20 lat po bankructwie Rosji. Refleksje rocznicowe, choć aktualne
Marek Budzisz 19.08.2018

W Rosji wspomina się właśnie wydarzenia sprzed 20 lat. Przypomnijmy, w sierpniu 1998 roku rząd rosyjski poinformował, że nie jest w stanie obsługiwać i wykupić wyemitowanych przez siebie obligacji, co oznaczało ogłoszenie faktycznego, choć tymczasowego, bankructwa państwa. Dziś Rosjanie są zdania, że od tego czasu ich kraj przeszedł długą drogę i jest w o niebo lepszej sytuacji. Choćby powierzchowne porównanie danych makroekonomicznych każe takiemu poglądowi przyznać rację i wyjaśnia też, jakie są źródła nadal utrzymującej się popularności rosyjskiego prezydenta. Otóż o ile rosyjski PKB liczony w dolarach wynosił w 1998 roku 270,9 mld, to dwadzieścia lat później 1,58 bln, czyli jak łatwo obliczyć wzrósł 5,85 raza (dla porównania nasz PKB w tym samym czasie urósł prawie 4 razy). Jeśli chodzi o poziom średnich wynagrodzeń, to przed dwudziestu laty wynosiło ono w Rosji 108 dolarów, a obecnie 759 dolarów, czyli też nietrudno policzyć, że zarobki rosły w tym czasie szybciej niż PKB (wzrost ponad 7 razy). Gdyby przeliczać te wskaźniki na głowę mieszkańca, to rosły one jeszcze szybciej, bo w ciągu tych 20 lat liczba ludności Rosji zmniejszyła się o prawie milion osób. Oczywiście, kiedy wejdzie się w szczegóły, obraz ten komplikuje się, bo przez ostatnie 10 lat rosyjska gospodarka stoi w miejscu i wzrost, o którym piszę to efekt koniunktury pierwszych dwóch kadencji Putina. Ale tym nie mniej trudno, aby zwykli wyborcy, których jest przecież większość, zamieniali się w wytrawnych ekonomistów. Popierają Putina, bo dla nich czas jego rządów to okres bogacenia się. Państwo rozpoczęło walkę z oligarchami, zwykli ludzie zaczęli więcej zarabiać i generalnie Rosja wstaje z kolan. Przesłanie to jest tym bardziej przekonujące, kiedy wspomina się końcówkę rządów Jelcyna.

 

Czy jest to obraz prawdziwy? To zupełnie inna historia, ale badania opinii publicznej w Rosji wskazują, że nastroje egalitarystyczne są tam nadal bardzo silne, a jeśli rząd jest krytykowany, to przede wszystkim za to, że zbyt opieszale „odbiera bogatym”.

Andriej Biełousow, doradca ekonomiczny prezydenta Putina, uchodzący za największego przeciwnika liberalnego kursu rządu Miedwiediewa, wystąpił ostatnio z propozycją, aby firmy sektora chemicznego oraz metalurgicznego obłożyć specjalnym podatkiem i zebrać w ten sposób ponad 500 mld rubli po to, aby móc sfinansować zaplanowany wzrost wydatków na cele socjalne. Ekstrawagancja tej propozycji polega na tym, że podatek miałby działać wstecz, bo dotyczyć zysków za rok ubiegły, które zdaniem doradcy Putina były wyższe, dzięki koniunkturze na świecie, niż zazwyczaj. Badania opinii publicznej wskazują, że takie posunięcie podoba się zwykłym Rosjanom, bo trudno im godzić się z myślą, że majątki oligarchów (a w pierwszej dziesiątce rosyjskiej listy najbogatszych Forbesa sześć lokat okupują właściciele hut) w latach zastoju gospodarczego, czyli po 2014 rosły, a ich wynagrodzenia nie. Przeciw tej propozycji stanowczo wystąpił rząd, oprotestowały ją wszystkie ministerstwa gospodarcze, ale nie zniechęca to Biełousowa, który zaprosił właścicieli firm mających zapłacić ekstrapodatek na Kreml. Czyli prace trwają, tym bardziej, że na liście z propozycją wprowadzenia specjalnej daniny znajduje się ponoć aprobująca pomysł parafa prezydenta Putina. A to w rosyjskich realiach znaczy więcej niż wszystkie razem wzięte ministerialne protesty. Najciekawsze jest uzasadnienie projektu. Otóż pytany o to, dlaczego złożył swą propozycję, doradca Putina, powiedział, że dlatego, iż „trzeba się dzielić”.

Ekonomiści są zdania, że rosyjskie władze po prostu potrzebują więcej pieniędzy na realizację swoich pomysłów, a ceny ropy i dochody budżetu z tego tytułu już raczej nie wzrosną. Dlatego podniesiono podatki (m.in. VAT o 2 punkty procentowe) i formułowane są nowe, nowatorskie pomysły. Ich zdaniem na tym właśnie polega podobieństwo polityki rządu, który doprowadził do bankructwa Rosji w 1998 roku z propozycjami obecnie składanymi. Wówczas rozpuszczono prasy drukarskie nie dbając o inflację, teraz podnosi się podatki. W obydwu przypadkach zapotrzebowanie na pieniądze ze strony władzy doprowadziło do tego, że zapomniano o elementarnych regułach, że wzrostu nie gwarantują wydatki centrali, tylko koniunktura na rynku. Po przekroczeniu pewnego poziomu bezpieczeństwa to, co miało stymulować wzrost, zamienia się w jego główny hamulec. Rosja jeszcze nie weszła na tą drogę, ale zdaje się tam zmierzać.