Agencje towarzysko-ratingowe
Robert Gwiazdowski 14.10.2018

Podwyższenie ratingu Polski przez Agencję Standard & Poor’s wywołało uniesienie u jednych polityków i komentatorów i frasunek u drugich – dokładnie tak samo jak dwa lata temu, gdy ta sama agencja ten sam rating obniżyła. Nastąpiła tylko zmiana ról – ci, co agencję wówczas ignorowali dziś się nie mogą jej nachwalić.

 

Więc tradycyjnie przypomnę co piszę co kilka lat o agencjach ratingowych przy okazji ich kolejnych głośnych wpadek – a to z ratingiem Enronu, a to Lehmana, a to Grecji.

Gdyby cyganka naprawdę potrafiła przewidywać przyszłość grałaby w totolotka, a nie zaczepiała ludzi na ulicy, żeby im powróżyć za parę złotych. Z pracownikami agencji ratingowych byłoby podobnie, gdyby literki, które obstawiają, nie miały siły samosprawdzającego się proroctwa. A czasami mają. Na szczęście, albo na nieszczęście tylko czasami. Zmiana ratingu istotnie wpływa na kursy akcji, obligacji, spready na stopach procentowych oraz CDS-ach i na zmiany kursów walutowych. Więc szczęście mają ci, którzy wiedzą troszkę wcześniej, że się jakiś rating zmieni i jak się zmieni.

Publikację ratingów kredytów towarowych już w roku 1849 rozpoczęła na całkowicie komercyjnych zasadach, Bradstreet Improved Commercial Agency. Nie było wówczas FED, obowiązywał standard złota, nie było globalnych banków inwestycyjnych, a rynek był mocno rozproszony. Drobni gracze, którzy dominowali na rynku, nie mieli jak sprawdzić wiarygodności kapitałobiorców. Po pierwsze, było to – i jest do dziś – technicznie niewykonalne. Po drugie, trudno się spodziewać, że emitent, nawet jakby mógł, chciałby pokazywać wszystkie swoje tajemnice każdemu. Ktoś mądry i wiarygodny mógł więc zaoferować swoje usługi rynkowi. Sprawdzimy wiarygodność emitenta, zachowując informacje poufne dla siebie, a inwestorom i kontrahentom przedstawimy tylko ocenę ogólną, czy bezpiecznie jest dany papier kupować, a z jego emitentem handlować. Zapotrzebowanie na takie ratingi wzrosło w latach Wielkiego Kryzysu w związku z coraz większym natężeniem tak zwanych „szumów informacyjnych”. Pierwotnie ratingi służyły więc oszczędzającym. To właśnie oni jako zainteresowani rozważnym lokowaniem swojego kapitału kupowali informacje dotyczące tego, co nabywali. Od tamtych czasów zmieniły się trzy istotne rzeczy.

Po pierwsze, zmianie uległ system pieniężny. Ciułacze zostali wypchnięci z rynku przez „instytucje finansowe” dysponujące pieniądzem „kreowanym” w systemie finansowym. Z niczego! Większość projektów gospodarczych finansuje się długiem. W tym debt-driven system ciułacze są „jeleniami” dla „instytucji finansowych”. Od tych, którzy powinni być zainteresowani informacją, nie było jak pobierać za tę informację wynagrodzenia.

Po drugie, kapitałodawcy nie chcieli płacić za informacje – gdyż stawały się one coraz łatwiej dostępne. Jak informacja łatwo się rozchodzi, każdy może mieć do niej dostęp – więc nie ma chętnych do płacenia za innych.

Po trzecie, rating musiał być coś wart, żeby kapitałobiorcy byli chętni na jego zakup. Byliby chętni, gdyby kapitałodawcy mieli powody by ratingom wierzyć. Żeby w nie wierzyli, musiałyby one być rzetelne. Ale robienie rzetelnych ratingów jest trudne, czasochłonne i kosztowne. A jak koszty są duże to zyski małe. Więc trzeba było wprowadzić ratingowy przymus.

Najpierw ustawodawcy tak skomplikowali prawo podatkowe i w efekcie również rachunkowe, że statystyczny obywatel nie jest w stanie się połapać w niuansach bilansów większości spółek. Nałożono więc na nie przymus prowadzenia niezależnego audytu, a na niektóre dodatkowo otrzymywania ratingów. W sektorze audytorskim liczy się Big 4, a w sektorze ratingowym Big 3 – (Nationally Recognized Statistical Rating Organization). Dwie z nich: Standard & Poor’s oraz Moody’s Investors Service mają po 40% rynku. Trzecia – Fitch Ratings – ma 14% rynku. A jak się ma razem 94% ciągle rosnącego rynku, to jakość oferowanych usług jest taka, jak kiedyś była na stacjach CPN i w sklepach Społem.

Jak istnieje przymus korzystania z czegoś, nie ma powodu dbania o jakość. A zarobek pewny. Jak powiedział Warren Buffett przed amerykańską Komisją ds. Badania Przyczyn Kryzysu Finansowego „najważniejszym czynnikiem, według którego oceniam spółki, jest zdolność do podnoszenia cen”! W niektórych przypadkach, jak przyznał, przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych nawet nie bierze pod uwagę tego, kto zarządza spółką. Tak też miało być w przypadku zakupu przez niego akcji agencji ratingowej Moody’s. Charyzmatyczny inwestor trzymał akcje oskarżanej o zawyżanie ratingów agencji ze względu na jej wiodący udział w rynku. Jak podkreślił, nie interesował się jakością zarządzania w firmie, ponieważ „wspaniały biznes nie potrzebuje dobrych zarządzających”. „Jeżeli możesz podnieść ceny, nie tracąc klientów na rzecz konkurencji, to masz świetny biznes. Jeżeli jednak musisz się najpierw pomodlić, zanim podwyższysz ceny o marne 10%, to niestety, ale twój biznes jest do niczego”. Więc niektórzy mają świetny biznes. Oceniają innych, którzy muszą im zapłacić za to, że muszą być oceniani.

Żeby było jeszcze śmieszniej, status „Nationally Recognized…” nadawany jest przez United States Securities and Exchange Commission (SEC). A potem taka „Nationally Recognized” Agency nadaje rating papierom emitowanym przez kolegów chłopców z SEC pracujących aktualnie w bankach – do czasu, aż ci z SEC przejdą do banków, a ci z banków do SEC. Wszyscy studiowali na takich samych uczelniach – więc mają takie same poglądy na gospodarkę. Często były to nawet te same uczelnie, więc znają się osobiście. Razem nie tylko studiowali, ale i balowali.

Oczywiście dostęp do informacji jest niesłychanie ważny. A przede wszystkim szybkość tego dostępu. Ale ci, którzy czytają ratingi i tak nic z nich nie rozumieją. Ale za to agencje ratingowe mają dostęp do informacji o kapitalnym znaczeniu. Oficjalnie przerobić ich z pożytkiem dla odbiorców nie potrafią – jak pokazały przykłady Enronu, Lehmana, AIG, czy Grecji. Ciekawe czy przynajmniej na własny użytek mają one jakąś wersję Beta tych swoich ratingów z prawdziwą oceną badanych firm, instytucji i państw i emitowanych przez nie instrumentów finansowych, którą ktoś może do czegoś wykorzystać z pożytkiem przynajmniej dla siebie samego? Czy te całe badania są zupełnie nieprzydatne dla nikogo i nawet ci, którzy je prowadzą nie mają pojęcia jak wygląda rzeczywistość? Z wyjątkiem oczywiście pojęcia o realnej wartości swoich faktur za nierealne usługi.

Ratingi są potrzebne głównie korporacjom, w których nie ma konkretnego właściciela – czyli w socjalistycznym systemie giełdowym, który udaje, że jest ostoją kapitalizmu. Działa w nim stara, urzędnicza, zasada „podkładki”. Menadżerowie – czyli urzędnicy korporacyjni – wydają pieniądze anonimowych akcjonariuszy na opłacenie różnych agencji i firm doradczych, żeby mieć usprawiedliwienie przed tymi akcjonariuszami na wypadek, gdyby decyzje inwestycyjne okazały się nietrafne. Potrzebne też są rządom – którym też wystawiają ratingi. Z tym, że pomysł, żeby agencje oceniały obligacje rządowe to absurd kompletny i sprzeczny z samą genezą pomysłu tworzenia ratingów. Rządy to nie przedsiębiorstwa mające „tajemnice handlowe”. Informacje wpływające na kondycję finansową poszczególnych państw to informacje publiczne. Wystawianie ratingów rządom jest dowodem słabości rządów w obliczu współczesnego „rynku finansowego” przez te rządy ponoć regulowanego.

Najpierw, po bankructwie Enronu, a jeszcze bardziej po bankructwie Lehman Brothers, agencje ratingowe zalała fala krytyki. Komisja Europejska i Parlament Europejski uznały, że agencje niedoszacowały ryzyka niektórych produktów finansowych, a następnie z opóźnieniem zareagowały w analizach na pogorszenie sytuacji na rynku. Zdaniem wielu europosłów, wypowiadających się na forum Parlamentu Europejskiego, agencje nie potrafiły prawidłowo oszacować ryzyka kredytowego i nie przewidziały załamania rynków finansowych.

Ale to było nic w porównaniu z gromami jakie spadły na agencje w 2011 roku za… obniżenie ratingów Grecji i Portugalii. Paradoksalnie agencje zostały skrytykowane, gdy napisały w końcu prawdę! Jednak w tym samym czasie gdy obniżały ratingi Grecji z powodu długu, groziły, że obniżą rating USA jak Kongres nie zwiększy długu! „Kongres” nie był oczywiście właściwym adresatem. Chodziło o Republikanów mających większość w Izbie Reprezentantów. Agencje stanęły po stronie prezydenta. Dodajmy, że był nim wówczas Barak Obama, na którego spływały splendory za to, że był, jaki był – bez względu na to, co robił. Jednak w sierpniu 2011 roku S&P obniżyła rating USA, z najwyższego AAA do AA+, „w przekonaniu, że uchwalony przez Kongres plan redukcji deficytu budżetowego nie wystarczy do znaczącego zmniejszenia zadłużenia USA”. Kilka dni wcześniej zrobiła to samo chińska agencja ratingowa Dagong Global Credit Rating. „Jedyny sposób, jaki Amerykanie wymyślili, by przyspieszyć wzrost gospodarczy, to branie nowych pożyczek na spłatę starych” – napisała wówczas oficjalna chińska agencja prasowa Xinhua. „Chiny, które są największym wierzycielem jedynego supermocarstwa świata, mają wszelkie prawo, by domagać się od Stanów Zjednoczonych rozwiązania problemu ich długu strukturalnego i zagwarantowania bezpieczeństwa dolarowych aktywów Chin”. Zdaniem Xinhua „należy wprowadzić międzynarodowy nadzór nad amerykańskim dolarem. Rozwiązaniem może być także wprowadzenie nowej, stabilnej i pewnej waluty rezerw światowych, aby uniknąć spowodowania katastrofy przez jedno państwo”. Agencja Xinhua to nie jakaś tam agencja prasowa. Xinhua to jak agencja TASS za czasów ZSRR. Jej komunikaty należy czytać jako stanowisko Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin.

Po awanturze z ratingami Grecji i Portugalii, a potem Francji (której rating tez obniżono) unijny komisarz do spraw rynku wewnętrznego Michel Barnier zaproponował by agencjom zabronić publikowania ocen wiarygodności kredytowej państw Unii Europejskiej! Pisałem wówczas (2011 rok) że „zakaz publikowania „nieprawdziwych” informacji mogących wywołać niepokoje społeczne jest kolejnym krokiem ku „Nowemu, Lepszemu, Światu”. Ratingi państw są nikomu do niczego niepotrzebne i spokojnie można nie zwracać na nie uwagi. Ale prewencyjny zakaz publikacji czegokolwiek to świetna odsłona prawdziwych intencji i sposobu myślenia europejskich „elit” biurokratycznych. Zamiast Europejskiego Urzędu Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA) może od razu ustanowić „Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk”? „Towarzysze” zawsze uważali, że jak o czymś nie napisze agencja TASS, „Prawda”, tudzież jej regionalne dodatki – jak na przykład Trybuna Ludu – to tego nie ma. Więc skoro się nie opublikują jakiegoś ratingu, to go też „nie będzie”. Dzięki temu byliśmy za Towarzysza Gierka „dziesiątą potęgą gospodarczą świata”. Więc w ten sam prosty sposób Unia Europejska stanie się największą potęgo gospodarczą świata, a euro najsilniejszą walutą. Nie wiadomo tylko w jakiej kategorii umieścić „ratingi”? Czy jeszcze jako publikacje, czy już raczej jako widowiska? Nic się w tak zwanym międzyczasie nie zmieniło.