Aktorka Wolszczak smoguje dieselkiem
Łukasz Warzecha 29.01.2019

W galerii kuriozalnych wyroków sądowych poczesne miejsce zajmie ten kończący (w pierwszej instancji i, miejmy nadzieję, nie ostatecznie) sprawę z powództwa aktorki Wolszczak przeciw skarbowi państwa o nie dość energiczne zwalczanie smogu. Sama inicjatywa aktorki Wolszczak mieści się idealnie w głównym nurcie aktywności celebrytów, spośród których niektórzy są nawet niezłymi aktorami, ale gdy tylko zaczynają mówić własnym głosem, mówią prawie zawsze głupio. Celebryci – od Dżoany Krupy, przez Kingę Rusin, po aktorkę Wolszczak – są niezwykle wyczuleni na punkcie obrony zwierzątek, drzewek i środowiska w ogóle. Nie dlatego oczywiście, żeby sprawę głęboko przemyśleli, zapoznali się z różnymi opiniami i w toku głębokiej analizy wyrobili sobie własne zdanie. Na to przecież nie mają ani czasu (bo trzeba nagrywać kolejną reklamę albo odcinek serialu), ani dostępnych mocy intelektualnych. Oni robią po prostu to, co daje łatwą popularność i podziw. A, jak wiadomo, nie ma rzeczy mocniej oddziałującej na emocje tłumu niż emocje wokół zwierzątek, drzewek itd.

 

Przy tym dochodzi do wielu zabawnych sytuacji. Na przykład mieszkanie pani Rusin całe jest obstawione drewnianymi meblami, ale ona sama załamuje ręce nad każdym ściętym drzewem. Nie mając oczywiście zielonego pojęcia o zasadach gospodarki leśnej. Pani Wolszczak z kolei biada nad strasznym smogiem, ale do sądu przyjeżdża swoim potężnym SUV-em w dieselku. Oczywiście wszyscy zainteresowani tematem wiedzą, że to nie samochody (zwłaszcza te spełniające wyśrubowane nowe normy emisji spalin) są główną przyczyną smogu, ale narracja ekooszołomów, których przecież pani Wolszczak wspiera, jest inna i w niej samochody stanowią największe zło. No, ale przecież aktorka Wolszczak się na rowerek nie przesiądzie. Za to chętnie zapewne zmusi do tego innych.

Od tego kabaretowego wątku celebryckiej aktywności w sprawie ochrony środowiska ciekawszy i bardziej problematyczny jest jednak wątek sądowy. Aktorka Wolszczak pozwała bowiem skarb państwa, formalnie rzecz biorąc, o naruszenie jej dóbr osobistych. Sąd zaś zgodził się z taką definicją tychże dóbr osobistych i stwierdził w ustnym uzasadnieniu, że „każdy ma prawo do korzystania z walorów nieskażonego środowiska”. I to jest kuriozum nad kuriozami, nawet jak na wygibasy, które trafiają się w polskich sądach. Można się tylko cieszyć, że nie mamy prawa precedensowego, ale też pamiętajmy, że powoływanie się na istniejące orzecznictwo jest w Polsce dozwolone.

Pomińmy fakt, że aktorkę Wolszczak natchnęło, aby pozywać skarb państwa, akurat w 2018 roku. Widocznie za Platformy Obywatelskiej smog musiał ją jakoś omijać. Przede wszystkim jednak zadziwia twórcze rozwinięcie przez sąd zakresu dóbr osobistych. Jeżeli, zdaniem sądu, należy do tej kategorii „prawo do korzystania z walorów nieskażonego środowiska”, to czemu na przykład nie uznać, że można pozwać skarb państwa za przekroczone w mieście normy hałasu? Przecież każdy może mieć prawo do ciszy. Ale idźmy dalej: dlaczego naruszenia dóbr osobistych nie ma stanowić na przykład fakt, że kogoś nie stać na najnowszy model telewizora albo na porsche panamera? Czy to nie narusza dóbr osobistych takiej osoby? Czy nie każdy ma prawo do życia w komforcie? Nie wiem, może trzeba by zapytać wysokiego sądu.

Oczywiście wiadomo, że podstawą do sformułowania pozwu było twierdzenie, że polski rząd nie wykonuje zobowiązań wynikających z prawa unijnego, a dotyczących walki ze smogiem. Ale nie tego przecież dotyczyło uzasadnienie orzeczenia. Stwierdzenie, że „każdy ma prawo do korzystania z walorów nieskażonego środowiska” jako tłumaczące wyrok korzystny dla powódki jest hulającym absurdem. Owszem – każdy ma do tego prawo. Więc, jeśli aktorka Wolszczak tego chce, niech wsiądzie w swojego SUV-a w dieselku i uda się – bo ja wiem? – w Bieszczady. Tam będzie sobie mogła korzystać do woli. Nikt jej tego przecież nie zabrania. Jeśli natomiast sąd uważa, że „nieskażone środowisko” ma istnieć w środku dużego miasta, to mam spore wątpliwości co do tego, czy sędzia powinien nadal orzekać. W jakiejkolwiek sprawie.

Pozew aktorki Wolszczak mieści się w wątku określanym przeze mnie ogólnie jako ekoszmergiel. Wątku złożonym z wielu podwątków, których wspólnym mianownikiem jest gra na emocjach, robienie piaru (przy użyciu tychże emocji), pożegnanie ze zdrowym rozsądkiem i przede wszystkim narażanie obywateli na ogromne koszty różnych zabaw organizacji ekologicznych i rządów, ulegających presji tychże organizacji, przy nikłym efekcie.

Czy to znaczy, że problem smogu nie istnieje? Owszem, istnieje, ale poziom histerii wokół niego jest daleki od jakiejkolwiek racjonalności. Smog istniał od lat, tyle że nie istniały aplikacje na komórki, pokazujące jego natężenie, więc paniki na indywidualnym poziomie nie dało się odpowiednio nakręcić. Fakt, że histeria wokół smogu dobrze się sprzedaje medialnie, łączy się z tym, że dziś każdy może dzięki paru kliknięciom w komórkę przerazić się osobiście i doznać poczucia, że za moment się udusi. Co oczywiście nie ma nic wspólnego z używaniem mózgu, za to wiele z emocjonalnością na poziomie pięciolatka. Jeśli zaś antysmogowi wojownicy pokrzykują, że od smogu umiera tyle i tyle osób rocznie, to przecież są to czcze spekulacje. Nikt nie wykazał żadnego związku między smogiem – oczywiście generalnie szkodliwym – a konkretną liczbą śmierci.

Czy należy ze smogiem walczyć? Jasne, ale przy racjonalnym rachunku, a nie poprzez czysto piarowe posunięcia, takie jak idiotyczne strefy niskoemisyjnego transportu, których ustanawianie umożliwił samorządom PiS. Racjonalny rachunek oznacza zestawienie kosztów, które będą musieli ponieść obywatele (w tym budżet, bo to przecież też pieniądze obywateli) z korzyściami, jakie z tego odniosą. Na razie żadnego takiego rachunku nie mamy, jedynie histeryczne pokrzykiwania o strasznym smogu (które na mnie, dziecku fabrycznej jeszcze Łodzi, nie robią naprawdę najmniejszego wrażenia). Szkoda, że pod tymi pokrzykiwaniami postanowił się podpisać również sąd.