Amerykańskie obietnice
Tomasz Wróblewski 23.05.2018

O podstępnej naturze Kim Dzong Una i agresywnych zamiarach Północnej Korei niewiele więcej można już pewnie powiedzieć i napisać. Stąd też wszystkie rozważania na temat porażki, sukcesu czy zerwania koreańsko-amerykańskiego szczytu, kręcą się wokół nieustępliwości Pjongjang. Co oczywiście może być główną przeszkodą denuklearyzacji półwyspu Koreańskiego, ale w tej całej układance pozostaje jeszcze jedna zapomniana karta – zaufanie do amerykańskich obietnic.
Pierwszym zgrzytem wstępnych negocjacji była wypowiedź sekretarza stanu Johna Boltona, który zaproponował libijski model rozbrojenia. Nie wszyscy pamiętają, że Libia miała broń nuklearną, ale wszyscy doskonale pamiętają co się stało z jej przywódcą, Muammar Qaddafi. Zabity zaledwie dwa lata po ostatecznym porozumieniu z Waszygtonem i zdaniu zasobów broni. Opowieść, która może być dla Una jeszcze większą przestrogą, to historia denuklearyzacji Ukrainy. Poruszająca saga państwa pozostawionego same sobie w chwili kiedy zniknęło globalne zagrożenie. Rzecz doskonale opisała Mary Mycio, dziennikarka Los Angeles Times i autorka zabawnego kryminału „Doing Бizness” opartego na prawdziwych faktach i jej wspomnieniach z negocjacji nuklearnych na linii Waszyngton, Kijów, Moskwa. W 1992 roku już po secesji Ukrainy, piloci strategicznych samolotów mogących przenosić bomby nuklearne niespodziewanie odmówili powrotu do Rosji. Oświadczyli, że ich lojalność i samoloty Tu-95 zostają na Ukrainie. Na terenie Ukrainy dodatkowo zostało dodatkowo ponad 1200 głowic i kolejne 3800 rozmaitych bomb nuklearnych. Niemal z dnia na dzień Ukraina stała się trzecią największą potęgą nuklearną na świecie. Oficjalnie prezydent Krawczuk zapewniał o gotowości rozbrojenia i oddania wszystkich pocisków, ale w zamian domagał się amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, no i oczywiście pieniędzy. Samoloty, koniec końców, odkupiła Rosja, ale z głowicami rakietami balistycznymi rzecz była bardziej złożona. Do rozbrojenia i wywiezienia ich konieczna była technologia, sprzęt i rosyjskie know-how. Moskwa upierała się, że chce utrzymać kontrolę nad rakietami, czy to w formie zachowania enklawy na terytorium Ukrainy czy relokując je w inne miejsce. Amerykanie, którzy wciąż nie mogli przyzwyczaić się do nowej sytuacji bez Związku Radzieckiego, zapewniali Kijów, że mogą czuć się bezpieczni i zdając broń nuklearną Rosji, ale z drugiej zapewniali Moskwę, że uznają ich prawo do przejęcia broni. George Bush a po nim Bill Clinton nade wszystko chcieli zawrzeć pakt rozbrojeniowy START. Kiedy to się udało, Bill Clinton prosił Ukrainę o deeskalację napięć dla uspokojenia sytuacji po przejęciu władzy przez Jelcyna. Ukraina, w miarę swoich umiejętności usiłowała prowadzić niezależną grę dając światu do zrozumienia, że przejęła również kontrolę nad zakładami zbrojeniowymi gdzie produkowane były komponenty do broni nuklearnej. To miało sugerować, że Kijów gotów jest wejść do gry imperialnej. Jak bardzo naiwne nie byłyby te posunięcia, Rosja wściekła się. I tak już dość upokorzona przez swoje dawne republiki, oświadczyła, że jeżeli Ukraina natychmiast nie przekaże kontroli nad bronią nuklearną to może się spodziewać brutalnej inwazji rosyjskich wojsk. I wtedy miał nastąpić dramatyczny moment w historii Ukrainy. Myślę, że niedoceniany game changer, który kto wie nie zdecydował, że kraj do dziś nie może wyrwać się z zaklętego kręgu Moskwy. Kijów podjął nieformalne starania o gwarancje zachodu i wtedy miał ponoć usłyszeć nieformalną odpowiedź wysokiego rangą dyplomaty, że Waszyngton dla rozwiązania problemu pewnie zrozumiałby takie stanowisko Moskwy. Niedługo po tym, Kijów przystał na amerykańską ofertę pośrednictwa w twardych rozmowach z Moskwą i zapłacił obu stronom za składowane materiały i zabrał całe paliwo. W 1994 w Budapeszcie, w eleganckim otoczeniu podpisano międzynarodowe memorandum o uznaniu państwa Ukraina. Dla Rosji to był ważny sygnał. Za każdym razem kiedy dochodziło do agresji, w Gruzji, czy na Ukrainie, jakoś tak dziwnie się składało, że Ameryka potrzebowała wsparcia Rosji a to przy 9/11 w wojnie z terrorem i otwartych korytarzach powietrznych do Afganistanu, a to przy wojnie w Syrii. Waszyngton potrzebował czterech lat od aneksji Krymu i nowego prezydenta żeby sprzedać Ukrainie pierwszą partię broni ofensywnej przeciwko Rosji. Gwarancji bezpieczeństwa Ukraina jednak już nigdy nie dostała i nic się na to nie zanosi. Dla Kima, znienawidzonego przez większość świata, żądanie całkowitej jednostronnej denuklearyzacji może być trudne do zaakceptowania. Pytanie czy tylko Kim powinien mieć ograniczone zaufanie do obietnic Waszyngtonu?