Bezpieczeństwo na stadionach – działania, nie emocje
Kamil Rybikowski 24.05.2018

Od lat kiedy na trybunach piłkarskich zdarzają się rozmaite ekscesy mamy do czynienia z niemal identyczną reakcją. Media pieklą się z oburzenia, domagając się reakcji polityków. Ci idą w te pędy i proponują rozwiązania, które oczywiście żadnego problemu nie rozwiązują, a jedynie pogarszają sytuację. Po jakimś czasie media zaczynają żyć czymś innym, kary nałożone na kluby zostają spłacone i wszystko wraca do normy, do kolejnego zdarzenia. Rzetelnej dyskusji nad poprawą sytuacji wciąż brakuje, bo część wypowiadających się w temacie nie ma nawet elementarnej wiedzy o podstawowych faktach.

A fakty są takie, że bezpieczeństwo na stadionach rokrocznie poprawia się, a frekwencja na ligowych spotkaniach rośnie. Potwierdzają to wszelkie statystyki policji i organizatorów rozgrywek. Czas regularnych zadym na stadionach i w jego okolicach, znany z lat 90tych w zdecydowanej większości to już przeszłość. Dzieje się tak dlatego, że zwykli kryminaliści coraz rzadziej zainteresowani są chodzeniem na stadiony, co nie znaczy, że nie mają dalej swoich wpływów w grupach kibicowskich, a za ich sprawą także w samych klubach. Większość jednak przestępstw na tle kibicowskim ma miejsce z dala od stadionu i organizowanej tam imprezy masowej. Kluby z tymi wydarzeniami nie mają nic wspólnego, a nawet gdy czasami do łamania prawa dochodzi na samym stadionie, to klub jako organizator meczu nie ma właściwie żadnych narzędzi, by tej sytuacji zapobiec.  Tak też było podczas zakończenia sezonu na Stadionie Miejskim w Poznaniu, gdzie władze Lecha Poznań od dawna ostrzegały, że może dojść do incydentów z którymi jako klub-organizator mogą sobie nie poradzić.

Karanie klubów i zwykłych kibiców decyzją o zamykaniu stadionów jest z gruntu absurdalna. Wyrządza ona bowiem spore szkody klubowi jako przedsiębiorstwu. Tak drakońska kara, jak ta nałożona przez wojewodę wielkopolskiego na Lecha Poznań, może dla tego klubu skończyć się gwałtowanymi cięciami w budżecie. Sprawcy zamieszania śmieją się z takowych decyzji, bo ich nie spotyka żadna indywidualna odpowiedzialność. Wyłapanie i wymierzenie kary tym którzy na nią zasługują jest jednak znacznie trudniejsze od płomiennej konferencji prasowej, na której ogłosi się zamknięcie obiektu na cztery spusty i politykę „zero tolerancji”, mimo że w rzeczywistości tolerancja dla sprawców jest pełna.

Jest to nic innego jak klasyczna odpowiedzialność zbiorowa, gdzie kilka tysięcy osób, chcąc spędzić wolny czas na meczu piłkarskim ponosi odpowiedzialność wyskoków grupki. Stosowanie analogicznych kar w innych sytuacjach np. zakaz otwarcia restauracji z powodu bójki w niej kilka dni wcześniej byłby uznany za szczyt absurdów, które o dziwo przy zamykaniu stadionów za absurd uznawane nie są. Co więcej zdobywają one często poklask opinie publicznej, bo ta o „kibolach” ma złe zdanie, a rząd pokazuje że nielubianą grupę zwalcza. W dodatku można jeszcze opozycję oskarżyć o współudział w zamieszkach, co próbowała robić Platforma Obywatelska idąc na wojnę z kibicami kilka lat temu. Obecny rząd, choć robi dokładnie to samo co poprzedni w retoryce, nie idzie jednak tak daleko. Zapewne dlatego, że „kibole” choć dalej społecznie nie lubiani reprezentują narodowo-prawicowy elektorat i Prawo i Sprawiedliwość nie chciałoby go całkowicie zatracić.

Jakie działania powinien więc podjąć rząd? Przede wszystkim nie poddawać się medialnej gorączce. Problem nie jest nowy i znany jedynie Polsce. W dużej mierze zwiększenie skuteczności działalności policji kryminalnej poprawi też bezpieczeństwo imprez masowych. Awanturnicy nie robią burd, wyłącznie na trybunach; wyłapywać ich można także przy innych okazjach, zwłaszcza że często zawodowo pałają się nielegalnymi biznesami takimi jak np. handel narkotykami. Rozbijanie takowych grupek zmniejsza także ich wpływy na piłkarskich trybunach.

Zamiast karać kluby, policja powinna w większym stopniu pomagać im w odpowiednim zabezpieczeniu imprezy masowej – choćby poprzez przeszkalania stewardów, którymi dziś są często nastolatki albo emeryci dorabiający na starość. No i przede wszystkim usuwać martwe prawo. Takim jest zakaz pirotechniki na stadionach, której to używanie stanowi zdecydowaną większość czynów przestępczych na stadionach. Zamiast nierespektowanego przepisu, a w praktyce wolnej amerykanki, sensowna regulacja która zezwoli na wykorzystanie pirotechniki osobom specjalnie do tego celu przeszkolonym, w konkretnej ilości. Dopiero w przypadku przekroczenia tych reguł surowe kary.

Stadion nigdy nie był i nigdy nie będzie teatrem. Myślenie, że uda się wymienić na stadionach publiczność to mrzonki, zwłaszcza przy niskim poziomie rozgrywek. Będzie można tam więc zawsze usłyszeć brzydkie słowa, a czasem i komuś puszczą emocje. Da się jednak pewne zjawiska ograniczyć bez wywracania wszystkiego do góry nogami. Głośne konferencje prasowe powinny jednak zostać zastąpione przez systemowe działania. A wtedy pozytywny trend poprawy bezpieczeństwa na stadionach będzie kontynuowany.