Bombowce strategiczne to straszak, ale nie na nas
Andrzej Talaga 17.12.2018

Niemało zamieszania w USA wywołał niedawny rajd rosyjskich bombowców strategicznych nad Morzem Karaibskim i ich chwilowe bazowanie w Wenezueli. Rosja pokazała znowu moc w skali globalnej i to na miękkim podbrzuszu Ameryki. Czyżby powrót zimnej wojny na półkulę zachodnią? – spekulowano w mediach.

 

Takie rajdy wyglądają groźnie, ale jeśli przyjrzeć się im bliżej, są nie tyle poważnym wyzwaniem rzuconym USA, co ledwie prężeniem wątłych muskułów przez małego chuligana pod nosem podwórkowego siłacza, tak jednak, by nie narazić się na jego prawdziwy gniew. A na poważnie, Rosja ponownie zastosowała swoją ulubioną technikę manipulacji geostrategicznej, czyli relatywnie małym nakładem stworzyła wrażenie swojej wielkiej mocy.

Rajd do Wenezueli nie jest bynajmniej pierwszym takim krokiem. Rosja przywróciła tzw. patrole strategiczne bombowców już dekadę temu. W takich patrolach chodzi o to, by zawsze były w powietrzu statki powietrzne mogące wykonać uderzenie nuklearne na przeciwnika. Uniemożliwia to ich unieszkodliwienie na lotniskach w razie wybuchu nagłej wojny. Podobną rolę pełnią patrole morskie atomowych okrętów podwodnych. W ciągu ostatniej dekady rosyjskie bombowce strategiczne latały nad Arktyką u wybrzeży Alaski, były też nad Atlantykiem nieopodal Nowego Jorku oraz na Karaibach. Nie bazowały jednak w Wenezueli, ani nigdzie indziej w pobliżu USA. To rzeczywiście nowa jakość, bardziej jednak propagandowa niż taktyczna.

Bombowce strategiczne dlatego mają ogromne zasięgi, by mogły chronić się daleko od potencjalnych celów w relatywnie bezpiecznych bazach i wykonywać niemal dowolnie długotrwałe loty. Ich bazowanie w pobliżu przeciwnika nie ma sensu taktycznego, narażają się bowiem na wykrycie i szybkie zniszczenie. Rzeczywistą groźbą dla USA byłoby bazowanie w Wenezueli samolotów szturmowych, np. nowoczesnych SU-35, ale na to się nie zanosi. Nie słychać, by Wenezuela w ogóle rozpatrywała podobną ewentualność, ponadto taka obecność zbrojna Rosji wywołałaby stanowczą odpowiedź USA, a przecież nie o to w tej zabawie chodzi.

Rosja dysponuje obecnie dwoma typami bombowców strategicznych: TU-160 (właśnie one poleciały do Wenezueli) i TU-95. Ten drugi typ to latające muzeum, pierwszy w zmodernizowanej wersji TU-160M2 jest godnym przeciwnikiem, ale Rosjanie mają obecnie jedynie kilka sztuk takich maszyn. Zdecydowanie za mało, by ryzykować bazowanie ich poza granicami Rosji w ogóle, a w pobliżu USA w szczególności.

Rajd karaibski miał pokazać po raz kolejny, że Moskwa jest w stanie pomachać nuklearną szabelką u granic USA, a zatem musi być uwzględniania w twardej polityce światowej prowadzonej przez prezydenta Trumpa. Rosja nie ma jednak potencjału ekonomicznego, by pokusić się o stałą obecność militarną w rejonie Karaibów. Wenezuela pozwoliła lądować jej samolotom na swoich lotniskach jako wyraz wdzięczności za pomoc finansową o wartości 6 mld USD. Ile by wzięła za stałą obecność wojskową – strach spekulować.

Rosji nie stać na takie zabawy, co jest pocieszające dla Ameryki, stać ją jednak na budowę potencjału do agresji militarnej u swoich granic. W Polsce powinniśmy się zatem przejmować nie tyle rajdami bombowców strategicznych, co rozwijaniem rosyjskich zdolności taktycznych uderzeń jądrowych i potencjału konwencjonalnego Zachodniego Okręgu Wojskowego.

 

Tekst oddaje prywatne poglądy autora