Był sobie populizm
Jerzy Marek Nowakowski 31.01.2019

Jednym z ulubionych słów, używanych przez polityków na całym świecie (oczywiście w odniesieniu do swoich przeciwników) jest populizm. Na Forum Europa-Ukraina, które odbyło się w ubiegłym tygodniu w Rzeszowie wybrałem się na debatę o populizmie w gospodarce, pomiędzy ekspertami z Polski, Ukrainy i Stanów Zjednoczonych. I już na pytanie o definicję tego pojęcia usłyszałem stwierdzenie z ust politologa amerykańskiego, że populizm jest to najczyściejsza forma demokracji, spełnianie krótkoterminowych potrzeb obywateli, bez myślenia o celach strategicznych. Polski ekspert podkreślając, że nie ma jednoznacznej definicji populizmu stwierdził, iż jest to dawanie ludziom tego czego pragną a nie tego czego potrzebują. A Ukrainiec z kolei podkreślał, że populizm to zwracanie się do społecznych emocji a nie do rozumu, i że wynika on ze słabości komunikacji pomiędzy elitami a ogółem społeczeństwa.

 

Naciskani przez moderatora uczestnicy debaty wzdragali się przed zdefiniowaniem rządów czy to w Polsce, czy USA czy na Ukrainie jako populistycznych. A na zarzut, że ustępstwa prezydenta Macrona wobec „żółtych kamizelek” są populizmem dyskutanci dość zgodnie, że nie jest to żaden populizm tylko próba zapobieżenia rewolucji.

Celowo pomijam nazwiska dyskutantów. Dość łatwo można sobie wyszukać w Internecie 12 Forum Europa-Ukraina i znaleźć zarówno dane, jak przebieg debaty. Mnie interesuje bardziej realny kłopot ekspertów z populizmem. No bo rzeczywiście, jak w demokracji można uznawać kierowanie się opiniami i potrzebami większości za coś nagannego? Tropem wskazującym na kierunek poszukiwań zdaje się zdanie, iż populizm to dawanie ludziom tego czego pragną a nie tego czego potrzebują. Doskonale, ale to znaczy, że jest ktoś kto wie lepiej od samych zainteresowanych czego potrzebują. Idąc dalej tym tropem, i przyglądając się rządom uznawanym za populistyczne (bezdyskusyjnym przykładem zdaje się Wenezuela Chaveza i Maduro), odnajdujemy twarde przeciwstawienie interesów i myślenia „złych elit” przeciwstawionych „dobremu ludowi”. Element buntu przeciwko elitom, które wiedzą czego ludzie potrzebują lepiej od nich samych, był obecny w polityce od czasów rzymskich a w epoce nam współczesnej przybrał wręcz formy patologiczne. Nie tak dawno dwóch szacownych profesorów z ministerialnymi epizodami w swojej karierze gromko zapewniało w studium telewizyjnym, że oni absolutnie nie są żadną elitą, a już w żadnym wypadku elitą się nie czują.

Tymczasem współczesna demokracja jest zbudowana właśnie na mechanizmie krążenia, wymiany i replikacji elit. Zadaniem elit w społeczeństwie obywatelskim było tworzenie wzorców, rekrutowanie organów przedstawicielskich, wyłanianie rządów. Ale też redagowanie, gazet, kształcenie młodzieży czy tworzeni sztuki. I wreszcie, last but not least, elity budowały gospodarkę i tworzyły dobrobyt.  Elity władzy, pieniądza, wiedzy i wpływu od dawna się nie pokrywały, ale dysponowały monopolem przekazu, który w epoce radia i telewizji stał się niebywałą siłą. Oraz (przyznajmy z nader licznymi wyjątkami) dzierżyły poczucie odpowiedzialności za los państw czy społeczności. A przede wszystkim były autorytetem i dostarczały wzorców oraz horyzontu marzeń tak zwanym warstwom ludowym. Od zawsze stanowiącym ok. 90 procent populacji.

Współcześnie wszystko to na naszych oczach się wywraca. Media społecznościowe odebrały elitom monopol komunikacyjny. Z kolei zjawisko celebrytów stworzonych przez liberalne telewizje (niebywałą rolę odegrały talk show- z nieocenioną Oprah Winfrey – czy różne mutacje Big Brothera) wymknęło się spod kontroli pączkując Himalajami bredni i ekshibicjonizmu w Internecie. Pokazująca golą d… na YouTubie nastolatka ma dziś większy wpływ na opinie publiczną od laureatów Nobla.

Pytanie tylko, co było pierwsze: zalew bredni i teorii spiskowych, czy cyniczne wykorzystanie przez część elit tego zjawiska do pospiesznej abdykacji z roli grup odpowiedzialnych za rozwój. A może – coraz bardziej skłaniam się do takiego poglądu – rozwój technologiczny, który po raz pierwszy w dziejach stworzył realne możliwości praktykowania demokracji bezpośredniej, uruchomił jeszcze nie do końca uświadomione mechanizmy społecznej rewolucji. No bo we współczesnym świecie Zachodu nie potrzebujemy przedstawicieli, by przegłosować dowolna decyzję. Powszechny dostęp do Internetu pozwala poddać każdą ustawę czy każdy podatek pod powszechne głosowanie. Jeżeli ktoś złapie się za głowę na myśl o skutkach takiej decyzji, to po pierwsze może sobie poczytać wywody o nieuchronnym upadku wszystkiego (od państwa po moralność) w wyniku dopuszczenia chłopów czy robotników do Parlamentu w XIX wieku, a po drugie spojrzeć na Szwajcarów, którzy w referendach podejmują zaskakująco rozsądne decyzje, jak choćby odrzucenie idei powszechnego dochodu gwarantowanego.

Skoro nie ma odwrotu od Internetu, od Facebooka czy Googla, to nie pozostaje nic innego jak rozpocząć mozolną pracę nad upowszechnieniem poczucia odpowiedzialności. Zamiast zrzucania jej na nadawców kolejnych politycznych syrenich śpiewów będzie musiał jej kawałek dzierżyć sam. Jak zagłosuje za zwężeniem ulicy, żeby posadzić kolejne doniczkowe palmy, za chwilę będzie stał w korku, a pod jego oknem będą unosiły się spaliny. Jeśli przeciwnie, zdecyduje o budowie autostrady, to po cukier do sąsiadki z naprzeciwka będzie szedł dwie godziny. A ten przykład jest oczywiście najbardziej prymitywny z możliwych.

Wracając do populizmu, który w istocie jest próbą wykorzystania abdykacji elit do stworzenia politycznej kontrelity i dokonania operacji księcia Saliny, czyli poprzez zmianę wszystkiego i doprowadzenia do tego, aby wszystko pozostało po staremu. Jedyną sensowną odpowiedzią jest rozsądna dystrybucja odpowiedzialności. Rozsądna promocja ekspertów, którzy nie zadecydują za „lud” co jest dla niego dobre, ale potrafią onże lud do rozsądnych decyzji przekonać.

Wbrew pozorom wcale nie tak wielu ludzi chce dźwigać ciężar odpowiedzialności. Troską niedobitków rzeczywistej elity powinno być zapobieżenie temu, by narody Zachodu nie znalazły sobie swoich Chavezów na których złożą cały ciężar odpowiedzialności, ale by w świecie nowej komunikacji, nowych technologii i kompletnie nowych zagrożeń znaleźć sposób wyłaniania elit wzorcotwórczych i przywódczych zdolnych sprostać wyzwaniom jakich jeszcze przed sobą nie mieliśmy. Populizm wydaje się być w dzisiejszym świecie objawem znacznie poważniejszego kryzysu cywilizacyjnego jakiego nie doświadczaliśmy od schyłku starożytnego Rzymu.