Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie, co by tu jeszcze?
Łukasz Warzecha 04.03.2019

W znakomitym musicalu „Skrzypek na dachu” Tewie mleczarz pyta w pewnym momencie rabina z Anatewki, czy istnieje jakieś specjalne błogosławieństwo dla cara. Rabin chwilę się namyśla, po czym odpowiada: „Tak. Niech Bóg ma w opiece cara i niech go zachowa. Jak najdalej od nas”.

 

Słowa tego mądrego błogosławieństwa powinniśmy zastosować dzisiaj wobec rządu. Wiem, trochę to nudne – znowu pisać o tym, że trwa brnięcie w gierkowszczyznę-gomułkowszczyznę, a nasz ulubiony Gierek 2.0 ma fazę hiperaktywności, w ramach której zasypuje nas zapowiedziami kolejnych interwencji w rynek i robienia nam dobrze. A my mamy się już tak doskonale, że jeśli dostaniemy jeszcze więcej tej rządowej dobroci, to się chyba nogami nakryjemy. Ze szczęścia oczywiście.

Tym razem będzie o trzech najnowszych wykwitach rządowo-partyjnego intelektu gospodarczego, które mają różny status.

Pierwszy wykwit to zapowiedź zwolnienia z podatku dochodowego osób do 26. roku życia. Na pierwszy rzut oka wygląda to atrakcyjnie, ale obietnica została szybko obwarowana zastrzeżeniami. Wiemy już, że ma to dotyczyć wyłącznie osób, pracujących na etatach lub umowach zlecenia, czyli nie obejmie pracujących na umowy o dzieło ani prowadzących działalność gospodarczą. Przede wszystkim zaś znamienna jest granica owych 26 lat. Wynika z niej bowiem, że na zwolnieniu skorzysta się tym bardziej, im wcześniej przestanie się uczyć. Najmniej będą z tego mieli przedsiębiorczy młodzi ludzie, którzy założą firmy oraz ci, którzy skończą studia – czyli będą mieli 24 czy 25 lat – po czym podejmą dobrze płatną pracę. Innymi słowy – partia znów sygnalizuje, że najlepiej mają mieć ci, którzy w najmniejszym stopniu napędzają gospodarkę, zostając relatywnie wcześnie pracownikami najemnymi.

Jeśli ktoś pójdzie do roboty po szkole średniej, to przez siedem lat może się cieszyć zwolnieniem z podatku. Jeśli natomiast ktoś jest wybitnym studentem i już w czasie studiów walczą o niego duże firmy, po czym dają mu dobrze płatną pracę, rząd łaskawie zwolni go z podatku na rok. Bardzo to motywujące – głównie do wyjazdu z Polski.

Warto też zauważyć, że w tej łaskawej rządowej propozycji kryje się pewien paradoks, przypominający ten związany ze specjalnymi strefami ekonomicznymi. Ich przeciwnicy wskazywali, że skoro specjalnie korzystne warunki fiskalne w SSE tak bardzo sprzyjają rozwojowi przedsiębiorstw, które się w nich ulokowały, to dlaczego takich samych warunków nie miałyby dostać wszystkie firmy w Polsce? Tu jest podobnie: jeśli zwolnienie z podatku jest tak korzystne, to dlaczego tylko do 26. roku życia? Co się takiego dzieje później? Skąd ta granica? Nie wiadomo.

Kolejny raz można odnieść wrażenie, że tajemniczy autor rządowych pomysłów na polepszenie naszego losu nie jest w stanie przewidzieć ich konsekwencji. Być może w ogóle nie pojmuje sposobu, w jaki ludzie myślą o swoich korzyściach, o finansach, o podatkach. Łatwo bowiem przewidzieć i to, że zaroi się w Polsce od „słupów” poniżej 26 lat. Łatwo też przewidzieć, że socjalistyczny rząd będzie miał na to jedną radę: więcej kontroli, więcej urzędników, więcej dociskania podatników i kolejne uprawnienia dla Krajowej Administracji Skarbowej.

Drugi świetny pomysł to zapowiedź Gierka 2.0, że rząd ustawą ograniczy sieciom handlowym możliwość oferowania produktów pod własną marką, bo podobno zmniejsza to możliwość uzyskania przez producentów – w większości polskich – przyzwoitej marży.

To już tak głęboka interwencja w rynek i swobodę zawierania umów, że całkiem serio można się zacząć zastanawiać, kiedy socjalistyczna władza wprowadzi urzędowe ceny przynajmniej podstawowych produktów spożywczych. Można by wtedy powołać Narodową Komisję Cen, której członkowie dla dobra Polski i Polaków co tydzień ustalaliby ceny mleka, masła, jajek i chleba. Wiem, wiem, nie powinienem podpowiadać.

Własne marki sieci handlowych mają to do siebie, że są zawsze tańsze niż te oferowane pod markami producentów. Gierek 2.0 nie ma najwyraźniej świadomości, że istnienie marek sieci handlowych (Polska nie jest tu oczywiście wyjątkiem) jest korzystne dla klientów, a gdyby dostarczanie produktów w ten sposób konfekcjonowanych było rujnujące dla producentów, to po prostu by ich nie dostarczali. Zbankrutowaliby.

Owszem, produkcja pod markami sieci handlowych rządzi się swoimi prawami. Najwięcej zarabiają na tym same sieci, ale producenci także zyskują dzięki skali sprzedaży.

Przede wszystkim jednak zapowiedź Gierka 2.0 opiera się na być może nieuświadomionym założeniu, że polscy klienci to kretyni, których rząd musi prowadzić za rączkę (nie jest to zresztą jedyna sprawa, w której rząd PiS przyjmuje takie założenie). Dziś, jeśli komuś zależy na tym, żeby pod marką sieci handlowej kupić produkt polski albo nawet konkretnej polskiej firmy, bez problemu może to zrobić. Faktycznego producenta można bowiem zawsze znaleźć na opakowaniu. Część klientów bierze to zapewne pod uwagę, część nie, ponieważ nie interesuje ich, kto dany artykuł wyprodukował – szukają po prostu produktu w miarę akceptowalnej jakości i w dobrej cenie. To ich prawo. Jeżeli nasz wspaniały socjalistyczny rząd ograniczy możliwość sprzedawania przez sieci handlowe pod własną marką, nie miejmy złudzeń: produkty z najniższej półki cenowej znikną ze sklepów. Klienci ubożsi, a więc grupa będąca naczelnym celem umizgów PiS, stracą na tym najbardziej. Choć prawdopodobnie nie będą mieli świadomości, że zawdzięczają tę zmianę etatowemu wielbicielowi Piketty’ego, który tak pięknie mówi o samochodach elektrycznych.

Pozwolę sobie w tym miejscu nie podejmować polemiki z grupą nieustannie patriotycznie wzmożonych socjalistów, którzy są przekonani, że najlepszym rozwiązaniem byłaby natychmiastowa nacjonalizacja wszystkich zagranicznych sieci handlowych (za każdą z nich, jawnie lub skrycie, stoją pewnikiem źli Niemcy), przekazanie ich Narodowemu Koncernowi Handlowemu i postawienie na jego czele Adama Andruszkiewicza.

Wreszcie sprawa trzecia, na razie tylko lekko dotknięta, delikatnie zasygnalizowana, ale – znając skłonności obecnej władzy – możemy uznać, że jest to sprawa, jak to mówią policjanci, niestety rozwojowa. Oto Gierek 2.0 pojawił się z gospodarską wizytą na Intel Extreme Masters, wielkim turnieju gier komputerowych w Katowicach. Niestety, Gierek 2.0 bardzo zachwycił się polską branżą gier wideo i ogromnie ją chwalił. To rodzi poważną obawę, że lada moment rząd zechce jakoś temu sektorowi „pomóc” – czyli czegoś ustawowo zakazać, coś znacjonalizować, coś nakazać, wprowadzić jakieś wspaniałe usprawnienia. Na miejscu polskich firm z tego sektora zacząłbym powoli badać możliwość wyprowadzki do krajów gospodarczo normalniejszych – choćby do Czech.

Myślą państwo, że się czepiam albo przesadzam? Oto informacja z ostatniej chwili, ze spotkania Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich, które zaszczycił swą obecnością minister rolnictwa Krzysztof Ardanowski. Pan minister raczył tam oznajmić, że „zamierza wprowadzić przepisy, które będą nakazywały zakup co najmniej 50 procent towaru polskiego przez sklepy, tak aby stopniowo obniżać ilość zagranicznego towaru na półkach sklepowych” (podaję za portalem topagrar.pl). Jestem niezmiernie ciekaw, jak pan minister zamierza mierzyć ilość towaru: jego wartością, liczbą sztuk opakowań, ceną? Jak zamierza definiować jego „polskość” (wiele działających w Polsce zakładów, zatrudniających Polaków i produkujących z polskich surowców, jest zagraniczną własnością). Ale jeszcze bardziej jestem ciekaw, jak zamierza taki przepis pogodzić z wolnością prowadzenia działalności gospodarczej, jak zamierza go obronić przed niechybną skargą do TSUE oraz jak zamierza dowieść, że jakiekolwiek przepisy, dotyczące wolumenu handlu tymi czy tamtymi towarami w sklepach leżą w kompetencjach Ministerstwa Rolnictwa. Nie waham się powiedzieć, że to już jest, proszę państwa, odlot całkowity.

Mistrz Wojciech Młynarski miał wiele piosenek niezmiernie celnych i trafnych, które absolutnie się nie zdezaktualizowały. Jedna z moich ulubionych to ta, której słowa brzmią:

A więc: faceci wokół się snują co są już tacy,
że czego dotkną, zaraz zepsują. W domu czy w pracy

gapią się w sufit, wodzą po gzymsie wzrokiem niemiłym.
Na niskich czołach maluje im się straszny wysiłek,

bo jedna myśl im chodzi po głowie, którą tak streszczę:
„Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie? Co by tu jeszcze?”.