Co widać i czego nie widać
Łukasz Warzecha 14.07.2018

W sferze ekonomii każdy czyn, zwyczaj, instytucja, prawo pociąga za sobą nie jeden, lecz całą serię skutków. Niektóre z nich są natychmiastowe – te widać, inne pojawiają się stopniowo – tych nie widać. Można pozazdrościć tym, którzy potrafią je przewidywać.

 

Między złym a dobrym ekonomistą istnieje tylko jedna różnica: pierwszy poprzestaje na skutku widocznym, drugi zaś bierze pod uwagę zarówno skutek, który widać, jak i skutki, które należy przewidzieć.

Tak zaczyna się „Co widać i czego nie widać” (Ce qu’on voit et ce qu’on ne voit pas) – broszura autorstwa Frédérica Bastiata, wydana po raz pierwszy w 1850 roku. Na pierwsze polskie wydanie, co znamienne, musieliśmy czekać aż 152 lata. Jedna z najbardziej zdroworozsądkowych lekcji ekonomii była zatem w polskim myśleniu nieobecna przez półtora wieku (chyba że ktoś znał francuski i sięgnął po Bastiata w oryginale).

Niezależnie od tego, ile razy pan premier lub pan prezes powołają się na Piketty’ego, nie unieważnia to praw, rządzących ekonomią od wieków. Nie unieważnia to podstawowej zasady, którą Bastiat opisuje w swoim dziełku: jeśli rząd zabiera ludziom pieniądze, a następnie na coś je wydaje, to to widać; nie widać jednak tego, że gdyby te pieniądze zostawić obywatelom, oni sami wydaliby je efektywnie i lepiej.

Ja do powyższej zasady dorzuciłbym jeszcze jedną, która zresztą gdzieś tam na marginesie Bastiatowych rozważań się przewija – tam mianowicie, gdzie francuski publicysta i ekonomista pisze o panach ministrach, którzy dzięki podatkom postawią sobie na swoich stołach sto pierwsze danie. Zasada ta brzmi: im więcej przywilejów ma władza, im ma mniejszy kontakt z codziennością i rzeczywistością, tym łatwiej jej podejmować decyzje o kolejnych obciążeniach obywateli.

Piszę to wszystko wkrótce po tym, jak pan prezydent podpisał ustawę o biopaliwach i biokomponentach ciekłych, która od przyszłego roku wprowadzi nowy nie-podatek (bo pamiętajmy, że ten rząd podatków nie podnosi – powiedział to wyraźnie jakiś czas temu Jacek Sasin, twierdząc, że ta władza, w przeciwieństwie do poprzedniej, nie sięga do kieszeni obywateli) w postaci opłaty emisyjnej. Na fundusz, zajmujący się ochroną środowiska oraz fundusz, zajmujący się autkami elektrycznymi (których nie ma), dopłacimy po 10 groszy od litra.

Tu niezbędna dygresja: gdy losy opłaty decydowały się w Sejmie, przedstawiciele partii rządzącej powoływali się na oświadczenia władz Orlenu i Lotosu, które zapowiadały, że „wezmą opłatę na siebie”. Oczywiście nie zapowiadali tego właściciele innych sieci stacji, ale tym już nikt się nie przejmował.

Postanowiłem wówczas zweryfikować zapowiedzi Orlenu i przesłałem tam kilka konkretnych pytań. Brzmiały one następująco:

  1. Co w praktyce oznacza „wzięcie na siebie” przez PKN Orlen opłaty emisyjnej?
  2. Kiedy spodziewają się państwo podjęcia przez zarząd PKN Orlen uchwały w tej sprawie?
  3. Czy treść uchwały zostanie podana do publicznej wiadomości?
  4. Czy po wejściu w życie nowelizacji wspomnianej ustawy oraz podjęciu odpowiedniej uchwały przez zarząd firmy, przy ewentualnych kolejnych podwyżkach cen paliw PKN Orlen zamierzają Państwo szczegółowo informować opinię publiczną o ich powodach i przedstawiać odpowiednie wyliczenia, tak aby rozwiać wątpliwości, że podwyżki te mogą zawierać w sobie skutki opłaty emisyjnej, a obietnica firmy jest łamana?
  5. Czy w związku z publicznymi wypowiedziami państwa przedstawicieli na wspomniany temat otrzymaliście państwo w tej sprawie stanowisko akcjonariuszy, posiadających największe pakiety akcji firmy (przede wszystkim Nationale-Nederlanden OFE, Aviva OFE, OFE PZU Złota Jesień, OFE Aegon, OFE MetLife, OFE AXA, OFE Generali i OFE Allianz)?

Skąd takie właśnie pytania?

Pierwsze jest oczywiste. Drugie także takie powinno być: w koncernie nic przecież nie może być „na gębę”. Decyzja o redukcji własnego zysku musi być podjęta jako uchwała zarządu, inaczej nie da się tego zrobić. Podanie jej do publicznej wiadomości ucięłoby wątpliwości i twierdzenia, że mamy do czynienia z oszukiwaniem ludzi. Pytanie czwarte jest konsekwencją poprzednich. Wszak doskonale można sobie wyobrazić sytuację, w której owszem, zarząd firmy odpowiednią uchwałę nawet podejmuje, ba, nawet ją ogłasza, ale potem podejmuje inną, której już nie ogłasza, i zaczyna wliczać opłatę w kolejne podwyżki, spowodowane innymi czynnikami. Jako klienci stacji benzynowych nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy opłata została doliczona czy nie. Dlatego, jeśli Orlen mówi serio, powinien wykonać wszystkie czynności, wyliczone w moich pytaniach: podjąć uchwałę, ogłosić jej treść, a potem rozliczać się z każdej podwyżki. Jeżeli któregokolwiek elementu by zabrakło, znaczy to, że robi się nas najzwyczajniej w bambuko.

Punkt ostatni też wydaje się oczywisty. Orlen nie jest prywatną firmą pana Obajtka czy premiera Morawieckiego, ale spółką giełdową, w której skarb państwa ma jedynie około 27 procent udziałów. Zarząd, podejmując decyzje biznesowe, musi się liczyć z mniejszościowymi akcjonariuszami, którzy mogą uznać, że piarowe wspomaganie władzy interesuje ich znacznie mniej niż maksymalizacja zysku, mająca odbicie w dywidendzie.

Po trochę ponad tygodniu nadeszła odpowiedź, podpisana przez panią Joannę Zakrzewską, rzeczniczkę Orlenu. Oto ona (w całości):

PKN ORLEN funkcjonuje w konkurencyjnym otoczeniu, gdzie wszyscy gracze podlegają tym samym mechanizmom. O ostatecznej cenie paliwa na stacjach paliw decyduje więc szereg czynników makroekonomicznych – notowania ropy naftowej, kurs dolara amerykańskiego do złotego, relacja popyt – podaż. Istotne są też warunki lokalne, w których funkcjonuje dana stacja paliw – czyli jej lokalizacja, koszty utrzymania, potencjał sprzedażowy, sezonowe zmiany popytu oraz obecność innych stacji. W oparciu o te aspekty każdy gracz ustala swoje formuły, które uwzględniają ruchy cenowe innych graczy na rynku. Oznacza to, że w rzeczywistości politykę cenową wyznacza i weryfikuje rynek, tak że nie ma tu pola do jednostronnych działań na niekorzyść spółki.

Natomiast chciałabym podkreślić, że PKN ORLEN, wbrew powszechnemu postrzeganiu przez klientów naszych stacji paliw, nie jest wyłącznie spółką paliwową. PKN ORLEN prowadzi również działalność wydobywczą. Funkcjonuje w branży energetycznej, a przede wszystkim rozwija segment petrochemiczny. Dlatego inwestycje związane z rozwojem elektromobilności postrzegamy w kategoriach szansy. Z tego powodu PKN ORLEN zadeklarował, (podobnie jak Lotos), że będzie partycypował w kosztach związanych z opłatą emisyjną. Ten koszt traktujemy jak inwestycję. Szerokie portfolio działalności pozwala nam patrzeć na zyski w perspektywie długoterminowej. Wzięcie opłaty emisyjnej na siebie oznacza jej finansowanie ze środków uzyskanych z redukcji kosztów i przyrostu zysków z całej działalności w dłuższym horyzoncie.

Optymalizacja kosztów dotyczy np. wytwarzania nowych produktów oferowanych naszym klientom. Najlepszym przykładem jest wprowadzona na rynek paliw EFEFCTA, która zastąpiła dotychczasowe Eurosuper95 i Ekodiesel Ultra. Nowy produkt jest bardziej efektywny i ekologiczny. Ceny nie wzrosły z tego tytułu. W związku z optymalizacją kosztów na etapie produkcji i blendowania dodatków mogliśmy zaoferować wyższy standard eksploatacyjny w cenie dotychczasowych paliw podstawowych.

Niestety nie mogę odnieść się szczegółowo do kwestii polityki cenowej, ponieważ stanowi ona tajemnicę przedsiębiorstwa. Żaden podmiot na rynku nie informuje o szczegółach dotyczących polityki cenowej.

Odnosząc się do kwestii opłaty emisyjnej trzeba pamiętać o idei, jaka jej przyświecała. Głównym celem jest poprawa jakości powietrza w Polsce. PKN ORLEN jako firma odpowiedzialna społecznie czuje się w obowiązku, aby ten projekt poprzeć, również poprzez przejęcie części jego kosztów.

Przepraszam – wiem, że przebrnięcie przez taką porcję korpobełkotu jest trudne i nie mam pretensji, jeśli przeczytali państwo tylko pierwszy akapit, resztą pomijając. Zaręczam, że pozostałe są podobne.

Jak łatwo dostrzec, bardzo konkretne pytania nie doczekały się odpowiedzi poza tą, że polityka cenowa stanowi tajemnicę przedsiębiorstwa. Wniosek musi być jeden, jasny i klarowny: żadnego „brania opłaty emisyjnej na siebie” nie będzie, wszystko to ściema dla naiwnych. Za pomysły rządu wszyscy zabulimy przy dystrybutorach, i to na każdej stacji.

A teraz zastanówmy się, czy którakolwiek z osób, które za tą decyzją stały, odczuje ją rychło na własnej skórze? Jarosław Kaczyński, który nie mając prawa jazdy, jest wożony limuzyną za faktycznie publiczne pieniądze (bo przecież pochodzące z subwencji)? Mateusz Morawiecki, którego wozi SOP, który jako szef BZ WBK zarobił miliony i który ma prawdopodobnie przed sobą lata politycznej kariery (też za publiczną kasę)? Któryś z głosujących „za” posłów, którzy korzystają z rozliczanego na śmiesznie liberalnych zasadach ryczałtu paliwowego? No, chyba że poseł taki narazi się Naczelnikowi i wyląduje w 2019 roku poza polityką.

Jest oczywiście argument – i jest to argument wart wzięcia pod uwagę – że politycy, wykonujący pracę dla państwa, nie mogą jej sobie organizować za własne pieniądze, bo muszą być skuteczni. Do jakiegoś stopnia – zgoda. Tyle że nasz system przywilejów nie rozgranicza tego, co jest pracą dla państwa, a co nie. Pisałem wielokrotnie, że politycy, generalnie, powinni zarabiać więcej (wbrew skrajnie populistycznym ograniczeniom, narzuconym przez PiS), ale za to powinno im się ściąć wszelkie konfitury i skrupulatnie rozliczać tam, gdzie używają środków publicznych. W przeciwnym wypadku, nie odczuwając skutków swoich najbardziej nawet grabieżczych pomysłów, gotowi są ogolić nas z pieniędzy do gołej skóry, kupując sobie popularność i poparcie za nasze pieniądze.

Co z kolei prowadzi mnie z powrotem do Bastiata. Ogromna część ludzi widzi tylko to, co na wierzchu – co widać od razu. Ogromna część ludzi na wieść o podpisaniu przez prezydenta ustawy, nakładającej opłatę paliwową, stwierdzi: „Ale oni nie kradną, a pieniądze idą na dobry cel. Poza tym to grosze”.

Po pierwsze – uczciwość jest kwalifikacją istotną przy sprawowaniu władzy, ale samą w sobie z pewnością niewystarczającą. Polityk niebędący złodziejem może nadal być przekonany, że nasze pieniądze najlepiej wydadzą urzędnicy oraz on sam. I chyba z tym przypadkiem mamy właśnie do czynienia.

Po drugie – śmiem wątpić, czy cel jest dobry. Fundusze wszelkiego rodzaju – a jest ich trochę – mają to do siebie, że są dla rządu bardzo wygodną skarbonką, po którą można sięgnąć zawsze, gdy robi się cienko z kasą w głównym budżetowym worze. Zresztą Fundusz Niskoemisyjnego Transportu, który ma być zasilany z naszych kieszeni poprzez opłatę emisyjną, jest przedsięwzięciem tak samo wątpliwym jak cały wielki polski plan elektromobilności, który ugrzązł i – stawiam dolary przeciw orzechom – już się nie wygrzebie. O mrzonkach rządu w tej dziedzinie pisałem wiele razy, także na blogu WEI, powtórzę więc tylko, że rząd uparł się przy jednej konkretnej technologii (PEV – podpinane do siebie samochody na akumulatory), której zwycięstwo nad innymi wcale nie jest pewne, a która rodzi gigantyczne problemy infrastrukturalne, zwłaszcza w Polsce (przede wszystkim zdolność sieci energetycznej do przyjmowania ogromnych obciążeń).

Po trzecie – dla jednych kilkaset złotych więcej rocznie to grosze, dla innych nie. Uwzględniając jednak punkt drugi, gdyby nawet była to złotówka rocznie, nie ma powodu, żeby obywatele pakowali swoje pieniądze w coś, co wydumał sobie rząd i co uważa za świetny pomysł, ale na co obywatele wcale niekoniecznie mają ochotę się składać.

Uprzedzając często padający argument: nie, mandat wyborczy nie daje rządzącym moralnego prawa (nawet, jeśli mają je formalnie) do nakładania dowolnych obciążeń i przeznaczania wpływów na dowolne fanaberie. Szczególnie wówczas, gdy o swoich planach nie powiadomili wyborców przed wyborami. A to jest właśnie ten przypadek: była mowa o podwyżce kwoty wolnej dla wszystkich (niezrealizowane), ale nie było o opłacie emisyjnej, umożliwieniu samorządom nakładania drakońskich stawek za parkowanie czy wprowadzaniu stref płatnego wjazdu do centrów miast (zrealizowane).

Po czwarte – dodatkowa opłata w cenie paliwa (gdzie i tak już ponad połowa to podatki) to gigantyczne obciążenie dla wszystkich, którzy zawodowo zajmują się transportem. A co za tym idzie – oczywisty impuls inflacyjny. Ale tego nie widać.

Swoją broszurę kończy Bastiat cytatem z „Pamiętników zza grobu” François-Réné de Chateaubrianda, stwierdzając, że to samo, co Chateaubriand napisał o historii, dotyczy ekonomii:

Dwa są rodzaje następstw w historii: pierwsze, bezpośrednie, w określonej chwili, i drugie, dalekie, zrazu niewidoczne. Te następstwa często są ze sobą sprzeczne; jedne wynikają z naszego ułomnego rozumienia, inne z odwiecznej mądrości. Wydarzenie opatrznościowe przychodzi po ludzkim. Bóg stoi za nami. Zaprzeczajcie, ile wam się podoba, wyrokom boskim, odrzucajcie je, kłóćcie się o słowa, nazywajcie siłą rzeczy albo racją to, co zwykły człowiek nazywa Opatrznością, rozważajcie skutki faktów dokonanych, a zobaczycie, że zawsze przynoszą rzeczy przeciwne waszym przewidywaniom, jeżeli nie znalazły wpierw oparcia w moralności i sprawiedliwości.

Ośmielam się postawić tezę, że janosikowa działalność rządu, sięgającego z każdym miesiącem głębiej do naszych kieszeni, nie ma nic wspólnego ani z moralnością, ani ze sprawiedliwością.