Czas fiesty?
Jerzy Marek Nowakowski 07.09.2018

„Gdyby wprowadzić socjalizm na Saharze to tam wkrótce piasku zabrakło”, powtarzaliśmy w czasach PRL-u, sądząc iż jest to jednak satyryczne przerysowanie. Ale socjalista potrafi. Dzisiejsza Wenezuela jest dowodem, że prawdziwy socjalista potrafi każdy dowcip przekuć w czyn. I niestety tragedię.

 

Dla porządku przypomnę, że położona na północno-wschodnim skraju Ameryki Południowej Wenezuela wygląda trochę jak opowieść o raju XXI wieku. Na terytorium dwa i pół raza większym od Polski mieszka nieco ponad 30 milionów ludzi. Mają wszystko, góry, jeziora, fantastyczne wodospady i prerie, rewelacyjne wybrzeże (nie bez powodu ukochane kiedyś przez piratów, bo mające dziesiątki naturalnych portów) i deltę Orinoko. Do tego gigantyczne bogactwa naturalne: jedne z największych w świecie złóż rudy żelaza i w zasadzie całą tablicę Mendelejewa od diamentów po rudy tytanu i wolframu. Do tego znakomite warunki do rozwoju rolnictwa, A przede wszystkim największe na świecie (tak, większe od rosyjskich czy saudyjskich) zasoby ropy naftowej.

Na logikę prędzej może zabraknąć piasku na Saharze niż doprowadzić do upadku  gospodarkę takiego kraju jak Wenezuela. A jednak, 20 lat realizacji socjalistycznej utopii wystarczyło. Tylko w tym roku z Wenezueli uciekło 2 miliony ludzi, a pozostali żyją w nędzy. Pensja normalnego pracownika wystarczy na parę bochenków chleba, a inflacja pobiła już rekordy hiperinflacji w historii i dochodzi do 15 tysięcy procent.

W wypadku Wenezueli mamy jednak twórcze połączenie dwóch chorób. Pierwsza jest tak zwana choroba holenderska, czyli uzależnienie od łatwego pieniądza z ropy. Parę lat temu, będąc w tym kraju, z niejakim zdziwieniem zauważyłem, że zatankowanie samochodu wodą kosztowałoby drożej niż benzyna. Na dodatek wysokie ceny ropy sprawiły, że zaczęto absolutnie wszystko importować. Kraj mający znakomite warunki do hodowli był importerem mięsa. Co tam mięso, sprowadzano absolutnie wszystko, bo przy pieniądzach z ropy nie opłacona się nawet wydobycie diamentów.

Ale choroba główna to jednak był socjalizm. W odróżnieniu od większości naftowych krezusów (oczywiście najlepszy przykład to Norwegia) Hugo Chavez niczego nie inwestował. Pieniądze szybko i sprawnie rozdawał. Rzecz jasna sporą ich część rozkradano, ale reszta to były prezenty. Dla przyjaciół na Kubie i we wszystkich krajach budujących latynoski socjalizm, co w tłumaczeniu na język polski oznaczało przede wszystkim, że nie lubili Stanów Zjednoczonych, Chavez wysyłał ropę za pół darmo. A resztę rozdawał na socjal i przeróżne dotacje jak benzyna po 20 groszy za litr. Lud go kochał i przyzwyczaił się, że tak być musi. Tylko złośliwi kapitaliści doprowadzili do spadku cen ropy. I wspaniały eksperyment socjalistyczny się posypał. Wenezuelczycy, od lat sześćdziesiątych dumni ze swojej demokracji i dobrobytu, uciekają teraz gdzie pieprz rośnie. Czyli do wykpiwanych przez rządową propagandę Brazylii, Kolumbii czy Ekwadoru. Problem z milionami uchodźców z Wenezueli zaczyna przypominać kłopoty Europy z napływem nielegalnych imigrantów. A Wenezuelczycy są nielegalni choćby dlatego, że się w tym kraju nie wydaje paszportów bo brakuje papieru.

Gorzej, że socjalizm i populizm to choroby zaraźliwe. Pewnie nie pisałbym o kłopotach Wenezueli, gdyby nie to, że kryzys zaczyna dotykać największych krajów Ameryki Łacińskiej. Przykład Chaveza wyniósł w Brazylii do władzy lewicę. Niezwykle popularny prezydent Lula także ukochał rozdawnictwo (i korupcję za którą siedzi teraz w więzieniu), a naród pokochał rozdającego. Brazylijczycy maja wielką ochotę skazanego byłego prezydenta wybrać ponownie. Tak samo rozdawnictwo uprawiane wzorem Perona przez Krystynę Kirchner w Argentynie doprowadziło jej gospodarkę do kolejnego już kryzysu. Ale rzecz jasna obywatele nie zamierzają zaciskać pasa. Uważają, że im się należy.

Socjalizm bowiem prowadzi nie tylko do klęski ekonomicznej. Jego najgorszym skutkiem jest społeczna demoralizacja i swego rodzaju zdziecinnienie społeczeństw. Oczekują one, że dobry tatuś – państwo – ma im zapewnić wszystko. I nie zwracają uwagi, że taki model prowadzi do skrajnego skorumpowania władzy a potem do dyktatury. Znowu zarówno Wenezuela jak Argentyna są tego doskonałym przykładem.

Ale nie tylko, bo populizm z elementami socjalizmu zaczyna niszczyć gospodarkę turecką. Polityka prezydenta Erdogana wyzwoliwszy się z ograniczeń kontroli demokratycznej zaczyna demolować gospodarkę. Podobne zjawisko zachodzi w kolejnym kraju, który został wyjątkowo hojnie obdarowany przez Opatrzność – w RPA. Nowy prezydent tego kraju zapowiedział, że wzorem upadłego dyktatora Zimbabwe zacznie odbierać farmy białym obywatelom republiki i rozdawać czarnym. Zimbabwe, przez ponad stulecie będące spichlerzem Afryki, w efekcie takiej polityki stało się krajem zależnym od zagranicznej pomocy humanitarnej, a w końcu po masowych zamieszkach zmuszono Mugabego do rezygnacji. Ale choroba populizmu przeniosła się teraz do RPA i Bóg jeden wie jak to się skończy. Tymczasem z podróży po południu Afryki pamiętam rzucające się w oczy wrażenie, że względny, ale jak na Afrykę ogromny, dobrobyt regionu budowali właśnie biali farmerzy tworząc nowoczesną infrastrukturę i rolnictwo konkurencyjne wobec świata Zachodu.

Jeżeli ktoś sądzi, że są to egzotyczne opowiastki dla znudzonego turysty, to jest w podwójnym błędzie. Po pierwsze, wszystkie wymienione wyżej ofiary socjalizmu i populizmu są zaliczane do kategorii tak zwanych rynków wschodzących. Podobnie jak Polska. I jeżeli inwestorzy stracą do tych rynków zaufanie to proces wycofywania kapitałów rykoszetem uderzy również w nas. Upadek tureckiej liry (by pozostać w bliższych nas okolicach) już odbija się na spadku wartości złotego. A jeżeli procesy kryzysowe będą się pogłębiać, skutki możemy odczuć dużo boleśniej.

Jeszcze smutniejszy jest drugi powód, dla którego kryzys społeczny i ekonomiczny od Wenezueli po Turcję może nas potężnie zaboleć. Słusznie lub nie, Polska coraz częściej na Zachodzie zaczyna być uznawana za część międzynarodówki populistycznej. Niedawny artykuł Paula Krugmana jest jednym z wielu sygnałów, że spora część elit Zachodu zaczyna Europę Środkową (szczególnie Polskę i Węgry) umieszczać właśnie w towarzystwie Turcji czy Argentyny. Jeżeli czym prędzej nie udowodnimy, że takie myślenie jest błędem i że bliżej Polsce do Berlina niż do Stambułu może być całkiem niewesoło. Zwłaszcza, że w naszej społecznej tkance nie mamy za wiele genów odporności na populizm. A socjalistyczna zaraza dodatkowo nas osłabiła. Kiedyś zwiedzając plantację kawy w Kostaryce wdałem się w rozmowę z miejscowymi robotnikami. Narzekali na wyzysk i niskie zarobki. Od słowa do słowa okazało się jednak, że zarabiają podobnie jak polscy robotnicy. Powiedziałem im to dodając, że jednak w Polsce ludzie z podobnej pensji odkładają na marny samochód czy mieszkanie i zapytałem na co wydają pieniądze. Odpowiedź była tyleż prosta co rozbrajająca: „no jak to przecież w sobotę jest fiesta”. Mam wrażenie, że nad Wisłą coraz częściej słyszymy podobne narzekania i podobne wyjaśnienia.