Czas nieładu
Jerzy Marek Nowakowski 29.08.2018

Po wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie, Stanisław Cat-Mackiewicz napisał, iż to wydarzenie zamyka proces likwidacji półmocarstw przez wielkie mocarstwa. Obserwując współczesną politykę, choćby pozorne szaleństwa dyktatora Korei Północnej, można dojść do wniosku, że ten proces ulega odwróceniu. Pół- (a nawet ćwierć-) mocarstwa na całym świecie zaczynają „wstawać z kolan” i prowadzić politykę konfrontacyjną wobec dotychczasowych patronów.

 

Przykładów jest bardzo wiele: Turcja, Iran, Korea Północna, Pakistan… Generalnie można uznać, że abdykacja Ameryki z roli światowego superpolicjana i lidera w czasach Obamy zaowocowała globalnym nieładem. Część partnerów USA – jak Turcja czy Pakistan poczuła się opuszczona przez dotychczasowego sojusznika i zaczęła prowadzić politykę brutalnej obrony swoich lokalnych interesów. Cześć państw – Korea Północna czy Iran, uznała że najlepszą gwarancjaą suwerenności będzie dla nich zaopatrzenie się we własną broń atomową i środki jej przenoszenia. Przykład Ukrainy, która zrezygnowała z posiadania broni atomowej w zamian za gwarancje międzynarodowe. Memorandum z Budapesztu uroczyście popisane przez czterech prezydentów w 1994 w zamian za pozbycie się przez Ukrainę broni atomowej mówiło w Punkcie 2: Federacja Rosyjska, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz Stany Zjednoczone Ameryki potwierdzają swoje zobowiązanie do powstrzymania się od stosowania groźby lub użycia siły przeciw integralności terytorialnej bądź politycznej niezależności Ukrainy, i że żadna broń w ich posiadaniu nigdy nie zostanie użyta przeciw Ukrainie, chyba że w samoobronie lub w przypadkach zgodnych z Kartą Narodów Zjednoczonych.

Każdy, kto czyta gazety doskonale wie, ile warte były te zobowiązania. Zabór Krymu i wojna w Donbasie przekonały inne państwa, że tylko własne siły odstraszające są coś warte.

Osłabienie Stanów Zjednoczonych i konsekwentne dążenie Chin i Rosji do budowy świata wielobiegunowego zaowocowały światowym nieładem. Wojna atomowa może dziś wybuchnąć co najmniej w kilku regionach świata (Korea, pogranicze Indii i Pakistanu czy Bliski i Środkowy Wschód to najbardziej prawdopodobne, ale nie jedyne możliwe pola konfliktu). Coraz więcej państw jawnie bądź tajnie prowadzi własne prace nad uzyskaniem broni masowego rażenia. Niedawno, przy okazji budowy trzeciego reaktora atomowego w Brazylii, pojawiły się pogłoski – dość pozytywnie opisywane w mediach brazylijskich – że największy kraj Ameryki Południowej rozpoczyna prace nad budową własnej broni atomowej. To samo mówi się o Arabii Saudyjskiej. Rijad chce koniecznie wyprzedzić Iran w wyścigu po bombę A. Wiadomo, że bomby atomowe wyprodukowała, a potem zniszczyła RPA. Ale znaczy to tylko tyle, że półmocarstwo afrykańskie ma zdolności techniczne, by w każdej chwili wrócić do takiego projektu. I w końcu jest oczywiste, że tylko powody polityczne powstrzymują kraje takie jak Japonia, Niemcy czy Koreę Południową przed zaopatrzeniem się w broń masowego rażenia. Bo w razie potrzeby, każde z tych państw może sobie taką broń zbudować w parę miesięcy.

Sprawa Skripala a wcześniej Litwinienki, to z kolei zawoalowana groźba ze strony Rosji, że w razie czego może udostępnić broń chemiczną czy środki radioaktywne terrorystom. Bo przecież nie chodziło o prymitywną zemstę – to można załatwić o wiele ciszej i skuteczniej. Podobnie rzecz się ma z chemicznymi wybrykami Asada w Syrii. Są potrzebne jako dowód, że broń masowego rażenia jest dostępna dla państw zbójeckich, więc mocarstwa nie mogą czuć się spokojne.

Akurat minęła 50 rocznica podpisanie traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (1 lipca 1968). I podobnie jak wiele innych traktatów okazuje się on wyłącznie zapisem odnoszącym się do konkretnego momentu historycznego. Dopóki światowy porządek był dyktowany przez supermocarstwa, a potem gwarantowany przez globalną dominację USA, traktat (lepiej lub gorzej) działał. Jego otwartym złamaniem była budowa bomb przez Indie i Pakistan. Bo Izrael konsekwentnie udaje że bomby A nie posiada (choć wszyscy wiedzą że jest inaczej). Ale sukces Korei Północnej i zaawansowane prace Iranu nad bronią atomową w połączeniu z agresją na Ukrainę stanowią zaproszenie dla wszystkich, którzy nie wierzą w siłę prawa międzynarodowego, by sami zadbali o swoje bezpieczeństwo.

Kiedy prezydent Francji mówi, że Europa musi być zdolna do obrony bez polegania na gwarancjach amerykańskich, to można jego deklarację odczytywać jako powtarzanie starych haseł de’Gaulle’a. Ale bardziej jest to odpowiedź na politykę prezydenta Trumpa, który krok po kroku wycofuje się z amerykańskich zobowiązań wobec sojuszników.

Owszem, bycie światowym hegemonem jest kosztowne. Tylko, że w miejsce Ameryki, która tych kosztów nie chce ponosić, nie pojawi się jakiś mityczny świat wielobiegunowy wymarzony przez Pekin i Moskwę. Obserwujemy na razie powszechny światowy nieład. Najlepiej widać to zjawisko w Azji. Na Bliskim i Środkowym Wschodzie mamy nieskrywaną rywalizację o hegemonię pomiędzy Arabią Saudyjską, Iranem i Turcją. Dwa z tych państw są formalnie sojusznikami Waszyngtonu. Formalnie, bo w wewnątrzpaństwowej narracji Stany są przedstawiane jako wróg, a przynajmniej zagrożenie. Turcja Erdogana coraz wyraźniej zaczyna prowadzić politykę „osmańską” czyli walkę o wpływy przede wszystkim na Bliskim Wschodzie. Ale nie tylko. Wpływy tureckie są bardzo mocne w krajach postsowieckiej Azji Środkowej i Kaukazu. Kłopot w tym, że Ankara była tam uważana dotychczas za część Zachodu (stąd m.in. znakomite relacje z Gruzją). Spor z USA i mocno antyeuropejska polityka Erdogana znacząco obniża atrakcyjność Turcji w oczach środkowoazjatyckich braci w wierze. Saudyjczycy, jawnie faworyzowani przez Trumpa, wydają się atrakcyjniejsi. Jedyną ich słabością w oczach partnerów – szczególnie Uzbeków i Kazachów – jest niezwykle agresywna polityka religijna. Z kolei Iran konsekwentnie wspiera szyitów na Bliskim Wschodzie. Objęty sankcjami amerykańskimi popatruje na wschód. Wcale nie w stronę Moskwy, ale Pekinu.

Rzecz jasna kto może, sprzedaje wszystkim uczestnikom tej rozgrywki broń i próbuje wzmacniać swoje wpływy w kluczowym dla świata regionie. Paradoksalnie najmniej interesów na Bliskim Wschodzie mają Amerykanie. Od czasu rewolucji łupkowej nie potrzebuję bliskowschodniej ropy. Ich szlaki handlowe nie biegną ani przez Kanał Sueski ani przez Morze Arabskie. W regionie trzyma ich głównie wsparcie dla Izraela.

Pytanie, jaka lekcja z narastającego nieładu płynie dla polskiej polityki? Mam wrażenie, że śladem Józefa Becka staramy się, kopiąc wszystkich dookoła po kostkach, uzyskać status Turcji, czyli regionalnego półmocarstwa. Zapominając, że na granicy mamy aspiranta do roli mocarstwowej – czyli Rosję oraz potencjalne mocarstwo (w razie rozpadu Unii i NATO) czyli Niemcy. Na dodatek prosta analiza geografii interesów amerykańskich wskazuje, iż w Europie Środkowej nie dzieje się nic, co by dotykało żywotnych interesów USA. Jeżeli proces neoizalocjanizmu będzie się pogłębiał, to za chwilę może się okazać, iż „rotacyjna obecność” wojsk amerykańskich stanie się obecnością incydentalną, a potem nieobecnością. Z punktu widzenia Waszyngtonu, dużo cenniejszym partnerem jest Rumunia pozwalająca na częściowy dostęp do Morza Czarnego niż Polska. Żywotnym interesem Polski jest również zapobieżenie pogłębianiu się nieładu. Sygnały ze strony Niemiec, iż są zainteresowane współpracą w ramach naszej flagowej inicjatywy – Trójmorza, oznaczają mniej więcej tyle, że dużym nakładem sił budujemy mową Mitteleuropę. Co skądinąd jest również powtórką z iluzji politycznych doby międzywojennej. Polska wciąż, zarówno ekonomicznie, jak politycznie jest krajem na dorobku. A w interesie takiego państwa leży spokój i współpraca. Stanięcie po stronie światowego nieładu skazuje nas na klęskę i powrót historycznego przekleństwa polskiej polityki: szukanie miejsca między Rosja a Niemcami.