Czy się stoi, czy się leży, tysiąc złotych się należy, czyli perpetuum mobile nie istnieje
Łukasz Warzecha 08.07.2018

Najnowszy lewicowy pomysł na naprawienie niesprawiedliwości tego świata to dochód gwarantowany czy też bezwarunkowy dochód podstawowy. Mówiąc wprost: pensja od państwa, którą miałby dostawać każdy, niezależnie od sytuacji materialnej czy zawodowej. Nie trzeba dodawać, że to pomysł skrajnie niemądry, ale również w Polsce zafascynowani są nim lewicowi naprawiacze świata. W „Gazecie Wyborczej” teksty na ten temat opublikowali już Rafał Woś i Maciej Szlinder. Pierwszy z nich to znany z antyrynkowych poglądów publicysta, drugi – co nie powinno być żadnym zaskoczeniem – członek zarządu Partii Razem.

 

Przyjrzyjmy się argumentacji z tekstu Szlindera. Już początek jest zabawny:

W ostatnią sobotę przedstawiałem na konferencji TEDx Poznań ideę bezwarunkowego dochodu podstawowego. Na wstępie zapytałem publiczność, kto obawia się, że gdy każda Polka i każdy Polak będą otrzymywać od państwa 1000 zł miesięcznie, to istotna część społeczeństwa przestanie pracować. Las rąk. Następnie poprosiłem, żeby sami się zastanowili nad tym, czy w takich warunkach przestaliby pracować. Tym razem ręce pozostały opuszczone.

Ten przykład pokazuje, że nasze lęki i obawy często powiązane są z uprzedzeniami do osób ubogich czy z niższych klas.

Otóż jeśli ten przykład cokolwiek pokazuje, to jedynie podręcznikową manipulację. Publiczności na konferencji takiej jak TEDx, nie jest w najmniejszym stopniu reprezentatywna. Na widowni siedzieli ludzie, którzy – aby utrzymać swój poziom życia – muszą zarabiać przynajmniej kilkakrotnie więcej niż zaproponowane tysiąc złotych, nic więc dziwnego, że na drugie pytanie nie odpowiedzieli twierdząco. Nic w tym dziwnego również, gdy weźmiemy pod uwagę, że na sali, wśród ludzi, mało kto przyznałby się otwarcie, że nie będzie mu się chciało pracować, jeśli dostanie za nic tysiąc złotych.

Oczywiście zwolennicy dochodu gwarantowanego mają rację, twierdząc, że nie wszyscy, zapewne nawet nie większość aktywnych zawodowo zrezygnowałaby z pracy, otrzymując od państwa pieniądze tego rzędu. Mają też rację, że jakaś część zaczęłaby dzięki temu własną działalność gospodarczą.

Tu jednak wywód Szlindera sypie się kompletnie. Najpierw członek zarządu Partii Razem przywołuje rezultaty badań, w których – jak pisze – między 45 a 63 proc. badanych wyraziło zdroworozsądkowy pogląd, że dochód gwarantowany zniechęci ludzi do pracy. Potem podaje, że w badaniach prowadzonych w Barcelonie rezygnację z pracy z powodu przyznania dochodu gwarantowanego zadeklarowało jedynie 2 proc. Tyle że, po pierwsze, nie wiadomo, dlaczego akurat Barcelona miałaby być w jakimkolwiek stopniu reprezentatywna, a po drugie – nie dowiadujemy się, o jakiej wysokości dochodzie była mowa. Jeśli o 100 euro – wynik nie dziwi. Ale zaproponujmy ludziom po tysiąc euro – dlaczego by nie? – a idę o zakład, że wynik radykalnie się zmieni. Dla porządku dodajmy, że płaca minimalna w Hiszpanii to obecnie trochę powyżej 850 euro.

Dalej Szlinder pisze: „Oczywiście trudno do końca przewidywać, jak ludzie zachowają się naprawdę w nowych warunkach jedynie na podstawie ich deklaracji” i przywołuje eksperyment, prowadzony w Indiach w stanie Madhya Pradesh. Tyle że zaraz ten argument sam dezawuuje – całkiem słusznie – stwierdzając, że nie można na polskie warunki przekładać rezultatów, uzyskanych w kraju o całkiem innych zwyczajach, kulturze, warunkach życia. Faktycznie, nie można.

Szlinder oczywiście przyznaje – ma choć tyle uczciwości – że ponieważ dochód gwarantowany nie mógłby w Polsce zastąpić wielu już wypłacanych świadczeń, więc musiałby być dodatkowym obciążeniem dla budżetu, a to musiałoby oznaczać drastyczną podwyżkę podatków. Co natychmiast zbywa znaną na lewicy manipulacją: poziom wpływów w Polsce z tytułu podatków i składek w stosunku do PKB jest niższy niż średnia Unijna. To twierdzenie, po pierwsze, nie uwzględnia wszystkich podatków pośrednich, po drugie – absurdem jest mierzenie poziomu obciążenia obywateli relacją wpływów podatkowych do PKB, ponieważ sam poziom PKB nic nie mówi o faktycznej zamożności obywateli, w tym grup najbardziej obciążonych daninami, a więc i o poziomie oraz uciążliwości obciążeń podatkowych, nie tylko dla szczątkowej klasy średniej czy drobnych przedsiębiorców.

Są też w tekście miejsca autentycznie zabawne. Na przykład takie: „Drugim [sposobem finansowania dochodu gwarantowanego] jest deficyt budżetowy – stanowczo zbyt demonizowany w dzisiejszych mediach i ekonomii głównego nurtu. Jest on bowiem normalnym narzędziem polityki gospodarczej, bardzo użytecznym z perspektywy rozkręcania koniunktury”. Nie muszę chyba nikomu z P.T. Czytelników tłumaczyć, że deficyt budżetowy to po prostu zadłużanie polskiego państwa, nas wszystkich i naszych dzieci. Polski dług publiczny nadal rośnie; wolniej niż wcześniej, ale rośnie. Szlinder chciałby, żeby rósł o wiele szybciej.

Kluczowe jest jednak co innego: koncepcja dochodu gwarantowanego gwałci jedną z podstawowych zasad ekonomii. Jest nią powiązanie płacy z pracą.

Owszem, nowoczesne państwa, od Bismarckowskich Prus począwszy, oferują pomoc dla potrzebujących. Ta pomoc jest w niektórych przypadkach w wielu krajach absurdalnie rozdęta, prowadząc do patologii i zachęcając do niepodejmowania pracy. Jej istnienie jest jednym z magnesów, przyciągających do Europy imigrantów socjalnych.

Bardzo często przybiera też postać wyborczej łapówki – taki charakter ma polska Wyprawka Plus, kosztująca rocznie ponad półtora miliarda złotych. Jest to jednak wciąż, przynajmniej z nazwy, rodzaj pomocy państwa, teoretycznie dla potrzebujących. W obu przypadkach rząd przesuwa się niebezpiecznie w kierunku utrwalenia fatalnego sposobu myślenia: że coś należy się niemalże za nic. Jednak Wyprawka Plus jest powiązana z posiadaniem dziecka w wieku szkolnym, warunkiem otrzymywania 500 Plus jest również posiadanie dzieci. Jest w tym więc wciąż jakiś ślad racjonalności.

Tymczasem dochód gwarantowany zrywa całkowicie powiązanie pomiędzy wykonywaniem pracy a otrzymywaniem wynagrodzenia. Rozerwanie tego podstawowego iunctim na poziomie ludzkiej świadomości miałoby fatalne skutki. Sprzyjałoby powstaniu całkiem nowego, stricte roszczeniowego sposobu myślenia i przekonania, że pieniądze nie pochodzą z pracy – a więc również, że państwo nie wchodzi w ich posiadanie za sprawą opodatkowywania pracy innych obywateli. Konsekwencje polityczne takiego myślenia na przestrzeni już dwóch pokoleń mogłyby być katastrofalne. W praktyce mógłby to być koniec normalnie funkcjonujących gospodarek.

Pamiętajmy też, że jeśli obywatelom da się jakieś świadczenia, ogromnie trudno je potem odebrać, nawet gdyby sytuacja finansowa państwa stała się trudna. Doświadczymy tego zresztą, prędzej czy później, gdy idzie o 500 Plus czy 300 Plus.

Mrzonki o oparciu pomyślności i dobrobytu na redystrybucji pieniędzy przypominają majaczenia o wybudowaniu perpetuum mobile, co – jak wiadomo – jest niemożliwe ze względu na zasadę zachowania energii. W fizyce sprawa jest jasna. Ekonomia nie jest, rzecz jasna, nauką ścisłą, ale działa tu dokładnie ta sama zasada i dokładnie tak jak w przypadku perpetuum mobile, tak i tu rozliczni szarlatani chcą nas przekonać, że można stworzyć coś z niczego i to coś rozdać ludziom. Tyle że w fizyce chodzi o energię, w ekonomii, o pieniądze.