Czy ZAIKS potrzebuje nowego pałacu?
Łukasz Warzecha 18.05.2018

Opłata reprograficzna jest rozwiązaniem kuriozalnym sama w sobie. W polskich warunkach, gdy trafia do mało wiarygodnych i powszechnie krytykowanych organizacji „zarządzania prawami autorskimi” – jest absurdem podwójnym.

Minister kultury Piotr Gliński był uprzejmy zapowiedzieć aktualizację rozporządzenia o czystych nośnikach, co oznacza po prostu podniesienie dotychczas obowiązujących stawek podatku, nakładanego na większość sprzętu elektronicznego (szczegółowa lista zawarta jest w rozporządzeniu ministerialnym). To właśnie owa opłata reprograficzna, której założenia są nie do obrony.

Stoi za nią następujące rozumowanie: prawie każdy sprzęt elektroniczny może dzisiaj służyć do przechowywania lub powielania utworów, podlegających prawu autorskiemu. A skoro może temu służyć, to przy sprzedaży każdego egzemplarza takiego sprzętu będziemy żądać określonej sumy, która następnie trafi do którejś z umocowanych prawnie organizacji zarządzania prawami autorskimi. Te organizacje przekażą następnie wpływy artystom i twórcom.

Pomijając powszechnie znany fakt, że twórcy mają na ogół problem z wydobyciem ze wspomnianych organizacji należących im się pieniędzy, w opisanej konstrukcji na pierwszy rzut oka widać brak logiki.

Po pierwsze – skoro mamy do czynienia z opłatą, która ma trafić do bardzo wąskiej, ściśle określonej grupy, a wiąże się z bardzo wyraźnie opisaną czynnością, to jakim prawem ustawodawca zakłada, że każdy posiadacz takiego sprzętu ową czynność wykonuje? To tak, jakby każdy zakup noża był obłożony specjalnym podatkiem, bo przecież nożem można się zranić, a skoro tak, to kupujący noże muszą się dodatkowo złożyć na koszty, jakie w związku z opieką nad rannym poniesie służba zdrowia.

Pojawiają się tłumaczenia, że wprowadzenie opłaty reprograficznej wynika z powszechności piractwa. Nie ma jednak żadnych danych na poparcie tezy, że piractwo jest dziś w Polsce powszechne, a wręcz przeciwnie – z powodu zmian technologicznych można założyć, że w zdecydowanej większości przypadków użytkownicy sprzętu wykorzystują nabyte utwory w ramach dozwolonego użytku i w pełni legalnie. Już za nie zapłacili, więc dlaczego mają płacić drugi raz, w formie opłaty reprograficznej?

Od lat kupuję płyty z muzyką klasyczną. Każdą ze swoich płyt dla bezpieczeństwa kopiuję na dysk twardy w bezstratnym formacie cyfrowym. Wiele z nich zgrywam w formie plików MP3 do słuchania w samochodzie. Mam je też na swoim odtwarzaczu przenośnym. Ale to wszystko mieści się w kategoriach dozwolonego użytku. Zapłaciłem już za to, kupując samą płytę. Nie widzę najmniejszego powodu, żebym miał płacić powtórnie, kupując pendrive, komputer, zewnętrzny dysk, odtwarzacz przenośny czy telefon komórkowy. To po prostu w istocie powtórne opodatkowanie. A przecież państwo od każdego zakupu i tak pobiera przynajmniej VAT. Jeśli uznaje, że sytuacja twórców jest tak dramatyczna, niech wyłoży na wspomaganie ich budżetowe pieniądze. (To oczywiście tylko chwyt retoryczny – oby nic takiego nikomu nie przyszło do głowy.)

Po drugie – nawet jeśli piractwo faktycznie wciąż się zdarza (w epoce serwisów streamingowych trudno je sobie nawet technicznie wyobrazić, ale powiedzmy, że jeszcze się pojawia tu i tam), dlaczego odpowiedzialność finansową mają za nie ponosić wszyscy użytkownicy sprzętu elektronicznego? Dlaczego na kasę dla ZAIKS-u albo ZPAV ma się składać użytkownik pendrive’a, który będzie na nim przez cały okres użytkowania gromadził wyłącznie, powiedzmy, własne teksty czy projekty graficzne? W wariancie najbardziej absurdalnym – kupujący pendrive pisarz zapłaci opłatę za ewentualne kopiowanie książki, którą będzie pisał, korzystając właśnie ze wspomnianego pendrive’a. Przekładanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni.

Ale zapowiedź premiera Glińskiego brzmi jeszcze bardziej absurdalnie. Mówiąc o „aktualizacji rozporządzenia” – czyli po prostu podwyższeniu podatku od urządzeń i nośników – stwierdził on: „To kwestia tego, żeby z tych najnowocześniejszych systemów – smartfonów, tabletów – gdy odtwarzana tam jest jakaś twórczość, głównie muzyczna, ale nie tylko, artyści mogli pobierać tantiemy wynikające z prawa autorskiego”. Zwróćmy uwagę na słowo „gdy”. Oznacza ono, że pan premier wyobraża sobie – a przynajmniej tak wynika z analizy jego słów – iż tantiemy miałyby spływać do artystów tylko w razie, gdy na urządzeniach odtwarzane są utwory. Tyle że to oczywiście nie do zrobienia. Ale taka forma informacji o podwyższaniu podatku jest znacznie strawniejsza niż powiedzenie: „Każdy kupujący nośnik lub sprzęt elektroniczny będzie musiał zapłacić więcej, bo więcej kasy ma trafić do ZAIKS-u”.

Pan premier nie wyjaśnił, jak ma się sprawa owych tantiem do wspomnianego już faktu, że w zdecydowanej większości przypadków użytkownik owego „najnowocześniejszego systemu” już za odtwarzane utwory zapłacił. Jeśli na tablecie oglądam film w serwisie VOD – kupiłem abonament. Jeśli słucham streamu – zapłaciłem którejś z firm, udostępniających taką usługę. Jeśli czytam e-booka – kupiłem go w księgarni. Jeśli słucham pliku MP3 z własnej płyty – zapłaciłem za nią w sklepie muzycznym, fizycznym lub internetowym. I tak dalej. Dlaczego zatem miałbym płacić jeszcze dodatkowo? Równie dobrze można by żądać, żebym wnosił specjalną opłatę za każdym razem, gdy czytam kupioną w księgarni papierową książkę.

Kluczem do sprawy jest lobbing wcale nie artystów, ale organizacji zarządzania prawami autorskimi. Są to w istocie struktury pasożytnicze, od lat żyjące z wyciągania pieniędzy od ludzi. Słynne były lotne kontrole inspektorów ZAIKS-u, wpadające do kawiarenek czy salonów fryzjerskich i kasujące właścicieli za grające w rogu radio. W swoich tekstach zawsze doradzałem, żeby takiego inspektora z całym szacunkiem i bardzo delikatnie (bo nie jest to, broń Boże, nawoływanie do przemocy) wziąć za wszarz i wystawić na ulicę.

Zaimponował mi kilka lat temu fryzjer z Wałbrzycha, Marcin Węgrzynowski, który podjął sądową walkę z ZAIKS-em. Fryzjer w swoim lokalu uruchamiał radio, ale na drzwiach umieścił kartkę z informacją, że radio gra jedynie dla pracowników, klienci zaś proszeni są o niesłuchanie. Miał dla nich gotowe stopery do uszu oraz oświadczenia, że radia nie słuchali. ZAIKS pozwał fryzjera, ale w 2014 r. sąd apelacyjny przyznał rację pozwanemu.

Między innymi pod wpływem działań pana Węgrzynowskiego ponad trzy lata temu zainicjowano akcję „Nie płacę za pałace”. Powodem był zakup przez ZAIKS pałacu w Janowicach za 4,6 miliona złotych w połączeniu z kompletnym brakiem transparentności i przejrzystości rozliczeń organizacji. Jeszcze w 2004 r. UOKiK nie pozostawił na niej suchej nitki, wytykając ZAIKS-owi bezwzględne wykorzystywanie dominującej pozycji, przejawiające się między innymi „poprzez wymuszanie na autorach, oddających utwory pod ochronę będących członkami tego stowarzyszenia, udzielenia Stowarzyszeniu Autorów ZAiKS wyłącznego upoważnienia do zarządzania prawami do tych utworów (udzielania licencji na korzystanie z tych utworów) w zakresie publicznego wykonania oraz nagrań mechanicznych”. Prezes UOKiK nakazał zaprzestanie praktyk monopolistycznych i nałożył na ZAIKS karę w wysokości pół miliona złotych. Nie znam jednak twórcy, który nie mieszałby i dziś ZAIKS-u z błotem.

Inicjatorzy akcji w 2015 roku pisali:

ZAiKS mając na koncie ponad 1 mld zł należny artystom i wypłacając swoim ponad 470 pracownikom pensje w wysokości średnio 10 tys. zł miesięcznie, żąda obciążenia Polaków kolejnymi, bezpodstawnymi opłatami. Jeśli zgodzimy się na roszczeniowe postulaty ZAiKS, staniemy się ofiarami tego sytemu, my wszyscy – konsumenci, fani muzyki, przedsiębiorcy i artyści.

Do fryzjera nie przychodzi się po to, żeby słuchać muzyki, a tablety i smartfony to nie kopiarki, czy magnetowidy, tylko urządzenia wielofunkcyjne, przy użyciu których dzwonimy, szukamy informacji, łapiemy momenty robiąc zdjęcia oraz słuchamy i odtwarzamy muzykę. Nie płacę za pałace! chcemy nawiązać do zakupu przez ZAIKS Pałacu w Janowicach za bagatela 4,6 mln zł.

 

Nic się tutaj nie zmieniło.

Jeśli zatem wicepremier Gliński roztacza dramatyczną wizję artystów, walczących ze złymi piratami i tym uzasadnia podwyższenie podatku od elektroniki, to tak naprawdę ulega jedynie lobbystom z organizacji, pasożytujących na takich daninach.