Dama z łasiczką i politycy bez klasy
Dariusz Matuszak 04.05.2018

8 maja w Domu Aukcyjnym Christie pod młotek trafi część kolekcji dzieł sztuki i przedmiotów należących do rodziny Rockefellerów. 1500 artefaktów wśród których jest m.in zastawa Napoleona, której używał na Elbie i obraz Picassa „Naga dziewczyna z koszem kwiatów”, za który zażądane zostanie co najmniej 100 milionów dolarów. To nieszczególnie wygórowana cena, jeśli wziąć pod uwagę, że za „Kobiety z Algieru” w 2015 roku uzyskano 179,4 miliona. Płótno to, aż do listopada 2017, było najdroższym dziełem sztuki, kiedy to obraz Leonarda da Vinci „Salvator Mundi” sprzedano do Emiratów Arabskich za 450 milionów dolarów.

Te licytacje we właściwej perspektywie ustawiają sam finansowy aspekt awantury wokół Kolekcji Czartoryskich zakupionej przez Polskę. 100 milionów euro za ponad 80 tysięcy dzieł sztuki i przedmiotów artystycznych.

Swój wpis na blog być może powinienem zacząć tak jak Kurt Vonnegut swą powieść „Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater”: „Jest to opowieść o ludziach, ale jej głównym bohaterem jest pewna suma pieniędzy, tak jak pewna ilość miodu może być głównym bohaterem opowieści o pszczołach. Suma ta wynosiła 87 472 033 dolary i 61 centów w dniu pierwszego czerwca. 1964 roku, jeśli już musimy wybrać jakąś datę. Tego dnia zwrócił na nią swoje łagodne oczy młody kombinator nazwiskiem Norman Mushari. Procenty od tej sumy dawały 3 500 000 dolarów rocznie, czyli prawie 10 000 dolarów dziennie, także w niedziele.”

Jednak bohaterem mojego komentarza nie jest suma pieniędzy, na którą swe mydlane oczy zwrócili politycy, bowiem sprawa związana z Fundacją Czartoryskich zaczęła dotykać czegoś o wiele bardziej istotnego, niż kwota 100 milionów euro. Ponieważ zbliża się sezon wyborczy i mamy prawdziwy festiwal prymitywnego populizmu to, oczywiście bezklasa polityczna będzie nią epatować i kłuć w oczy, by lud uwierzył, że wiceperemier Gliński „zdefraudował ją”, by przekazać arystokratom. Chodzi jednak o coś znacznie poważniejszego – o niszczenie norm i wartości, które wydawałoby się, że są wspólne dla wszystkich. To, że partia Razem uważa rabunek za uprawniony sposób postępowania nie dziwi. To marksiści i ich zrodzony 200 lat temu idol uznawał kradzież i mordowanie za uprawnione sposoby budowania porządku świata.

Po 1989 jednak nawet spadkobiercy PZPR uznawali prawo własności. Dziś PO, która mieni się partią liberalną, gotowa jest sankcjonować grabież prywatnego mienia, która była fundamentem powołania PRL. Na jednym ze swych pierwszych zjazdów gdańscy liberałowie jako niemal jedyni w Polsce mieli odwagę mówić o kapitalizmie i wolnym rynku. Wtedy na sztandarach mieli hasło: „Nie ma wolności bez własności”. I mimo wszelkich różnic to hasło zostało jednak przyjęte przez wszystkich, jako coś co odcina od Polski Ludowej i wszyscy zgodzili się, że prawo do własności jest jednym z fundamentów, na którym buduje się demokrację i dobrobyt.

Dziś z lichych, taktycznych powodów PO, następczyni dawnych liberałów podważa te zasadnicze wartości i broni prl-owskiej grabieży. Uznaje, że to dobrze, że ukradziono Czartoryskim dzieła sztuki. Nie da się inaczej zinterpretować nagonki na Glińskiego, który ośmielił się zapłacić właścicielom 5% wartości za zagrabioną kolekcję. Do PO dołącza się Nieszczególna, która jest tylko rozmazaną kalką kopii dawnych formacji jak KLD, czy Unia Wolności. Krew poczuło też PSL. Trzy ugrupowania stanowiące trzon opozycji zaczynają podważać sens podstawowego prawa człowieka. Okazuje się, że nie ma takiej wartości, której nie można porzucić, by popsuć krwi rządzącym.

Opozycja dewastuje też kolejną fundamentalną zasadę – prawo do rozporządzania swoją własnością. Jak bowiem inaczej interpretować oskarżenia, iż Fundacja przekazała swoje własne pieniądze innym fundacjom i kolejnej, założonej w Liechtensteinie.

Na jakich podstawach ma być więc budowane państwo, skoro pretendujące do sprawowania władzy ugrupowania niszczą tak zasadnicze prawa ludzkie jak prawo do własności i swobody dysponowania nią?

Powoli przekraczamy granicę, za którą wszystko jest dozwolone i nie ma niczego, co do czego można by się zgodzić.

Nie mogłem wyjść ze zdumienia, kiedy przekonałem się, że lewackie ugrupowania w Stanach Zjednoczonych, czy w Europie Zachodniej podważają np. samo istnienie granic państwowych. Wydawało mi się nieprawdopodobne, że można dyskutować o takich sprawach. Zastanawiałem się jaką drogę przeszły społeczeństwa, by kwestionować takie oczywistości jak to, że suwerenne państwo ma swoje terytorium, swoje limes, których chroni, bo chroni żyjącą w ich obrębie wspólnotę.

Teraz rozumiem jak doszło do erozji najbardziej podstawowych pojęć i wartości, bo widzę, że i w Polsce ci, którzy chcą sięgnąć po władzę gotowi są porzucić to, co konstytuuje demokratyczne państwo. Jak w wielu takich przypadkach zaczyna się od błahej z pozoru sprawy. Gdyby przecież zapytać posła Szczerbę, czy uznaje prawo własności, to z pewnością zarzeknie się, że gotów go bronić do ostatniej, cudzej kropli krwi. Tymczasem grzyb już zaczął obrastać fundamenty.

W przypadku PO, Nowobogackiej i PSL szczególnie obłudny wydaje się też zarzut transferu pieniędzy za granicę. Wszystkie trzy ugrupowania chcą uchodzić za bardzo proeuropejskie. Ale i z zasad obowiązujących w Unii są gotowe zrezygnować dla szybkiej, iluzorycznej korzyści w brukowcach. Jedną z nich jest pełna swoboda przepływu ludzi i kapitału. Jesteśmy obywatelami Europy, którzy mają prawo przeprowadzić się w jej dowolne miejsce, przenieść w nie cały swój majątek i żyć i działać swobodnie od Lizbony po Helsinki. Także i ta zasada przestaje obowiązywać, gdy przychodzi wszcząć polityczną młóckę.

Od lat budujemy też społeczeństwo plemion. I nie chodzi o prosty podział PiS i cała reszta. Co jakiś czas poszczególne grupy zawodowe, czy społeczne dosłownie padają ofiarą nagonki. Lekarze, prawnicy, przedsiębiorcy, urzędnicy – można wskazać na dowolną i opisać mechanizmy szczucia. Teraz do tego grona dołączyli arystokraci. Mamy demokrację i równość więc szczuć można na każdego. Znów jak za koszmarów wczesnego PRL pojawiły się teksty o krwiopijczej klasie tuczącej się na krzywdzie ludu. Pal diabli, gdyby ich autorami były przygłupy z Razem. Okazuje się jedna, że nawet ci, którzy mienią się światłymi Europejczykami gotowi są lustrować do dwudziestego pokolenia wstecz. Arystokraci pewnie mogliby sobie istnieć nie zawadzając nikomu, byle biednie i w pokucie za domniemane grzechy przodków. Ale pojawiły się pieniądze i okazja na punkcik w sondażach, więc nagonkę czas zacząć.

Niektórzy uznają, że to niezgrabne porównanie, ale powiem tak: trzeba ich chronić (arystokratów) jak zagrożony gatunek. Szczerb, czy Kosiniaków-Kamyszy u nas nie zabraknie. Źle byłoby jednak gdyby zabrakło Czartoryskich, Krasickich, czy Radziwłłów, gdyby wszyscy wymyślili, że po tym całym nękaniu i pomiataniu rzucą to wszystko i wyniosą się do Liechtensteinu, czy do Argentyny. Czy się to komuś podoba czy nie, są strażnikami naszej pamięci, tradycji i kultury. Nie byłoby tej całej żenującej awantury, gdyby sto lat temu Czartoryscy wywieźli wszystko za granicę, sprzedali, a pieniądze przehulali w kasynach Monte Carlo. Poseł Szczerba nie wiedziałby nawet, że taki obraz jak „Dama z łasiczką” istnieje. Komu chcemy oddać te niszczejące od 70 lat, w tym 30 w wolnej Polsce parki, pałace, zamki? Kto zadba o nie? Szczerba i Kierwiński ze swoimi urzędnikami, gdy dopełzną do władzy?

Jednym z największych grzechów wolnej Polski jest to, że nie potrafiła rozliczyć się z dawnymi właścicielami. Nie tylko nie z powodów moralnych, lub by przywrócić właściwy porządek rzeczy, dać podstawę wartościom na których Rzeczpospolitą budujemy. Także z przyczyn czysto praktycznych. Patrzymy na chylące się do grobu dwory i wolimy, by wszystko sczezło niż oddać komuś, by zadbał o to jak o swój rodzinny dom.