Dlaczego wolny rynek się nie sprzedaje
Łukasz Warzecha 24.11.2018

Niedawno przeprowadzał ze mną wywiad do swojego najnowszego filmu Stefan Molyneux, znany aktywista i dziennikarz nurtu wolnościowego i altright (bardzo ciekawe i różnorodne środowisko, przez niektórych przedstawiane, moim zdaniem niesłusznie, jako całkowicie zinfiltrowane przez Rosję lub skrajne i radykalne). Pytał mnie między innymi o stosunek Polaków do wolności i wolnego rynku. Powiedziałem, zgodnie z prawdą, moim doświadczeniem i przekonaniem, że jest daleki od uwielbienia, mówiąc najdelikatniej. Że Polacy w większości popierają etatyzm, interwencjonizm państwowy, obfity socjal – i że to są oczekiwania, na których swój dotychczasowy sukces zbudował PiS.

 

Nie były to tylko moje autorskie impresje. Sondaż CBOS z października ubiegłego roku (a nie sądzę, żeby się przez ten czas coś zasadniczo zmieniło) pokazał, że za aktywną rolą państwa w gospodarce opowiada się aż 58 proc. badanych i jest to wzrost w stosunku do badania z roku 2016 o 3 punkty. Czyli że socjalizm, wprowadzany przez PiS, generalnie się podoba.

Opinię, że „im mniej państwa w gospodarce, tym lepiej”, wspierało 32 proc. badanych, o dwa punkty mniej niż rok wcześniej. Nie jest zaskoczeniem, że w elektoracie PiS popierających etatyzm jest aż 77 proc., a wspierających zdanie odmienne – 16 proc. W jednym z wywiadów w TVP Info Jarosław Kaczyński stwierdzał z niejakim oburzeniem, że niektórzy nazywają PiS socjalistami. „Nie jesteśmy socjalistami, jesteśmy ludźmi, którzy mają wiele empatii” – ripostował Kaczyński. Zawsze uważałem, że prezes PiS ma znakomite, autoironiczne poczucie humoru i ta wypowiedź to absolutnie potwierdza. Natomiast badanie, które wcześniej przytoczyłem, mówi samo za siebie.

Co ciekawe, pod względem akceptacji dla aktywnej roli państwa w gospodarce na drugim miejscu byli wyborcy Kukiz ’15: 65 do 31 proc.

Nie jest też zaskoczeniem, że za mniejszą rolą państwa w gospodarce opowiadają się głównie ci, którzy coś mają lub mają nadzieję mieć (to nadal wnioski z badania CBOS, instytucji – przypominam – rządowej). To normalne – jeśli się coś posiada, człowiek boi się, że za sprawą jakiejś kolejnej genialnej ustawy, jakiegoś wykwitu odkrywczej myśli posła tego czy innego przyjdą i mu zabiorą. I to jest może pierwszy optymistyczny element – potwierdza się stara, odwieczna prawidłowość: ludzie, którzy coś posiadają, w naturalny sposób stają się zwolennikami wolnego rynku. Ale tkwi w tym też paradoks: socjaliści to doskonale wiedzą i dlatego dbają, żeby wszyscy byli jednakowo biedni. W przeciwnym wypadku rozumieją, że uderzaliby we własną bazę wybroczą. Dokładnie tak postępuje od trzech lat Prawo i Sprawiedliwość.

Spójrzmy dalej w badanie CBOS. Zadano bowiem także pytanie, co mianowicie państwo powinno w gospodarce robić. Najwięcej osób z ogółu badanych – w sumie 20 proc. – wskazało, że powinno wspierać przedsiębiorczość. I tu znów mamy paradoks, z którego być może pytani nie zdawali sobie sprawy. Bo co mogli mieć na myśli, mówiąc o wspieraniu przedsiębiorczości? Przecież nie jakieś zapomogi dla biznesu. Zapewne myśleli o tym, czego większość przedsiębiorców chce: niskich kosztach pracy, stabilnym prawie i, generalnie, niewtrącaniu się państwa w robienie biznesu. A przecież to nie oznacza „aktywnej roli państwa w gospodarce”. 6 proc. chciałoby obniżenia podatków, 7 proc. było, ogólnie, za wspieraniem polskiego kapitału i restrykcjami wobec obcych firm. Również 6 proc. chciałoby minimalizacji ingerencji w gospodarkę – czyli rolą państwa w gospodarce powinno być wycofanie się z niej.

Co ciekawe, niemal po równo rozłożyły się odpowiedzi na pytanie, czy obecny niezły stan polskiej gospodarki jest czy nie jest zasługą rządu. 43 proc. uważa, że jest dobrze dzięki rządowi, 44 proc. – że wpływ mają czynniki niezależne od niego.

Nikt z nas nie ma chyba wątpliwości, że dobre wyniki sondażowe PiS mają swoje źródło w skutecznym stworzeniu skrajnie etatystycznej narracji: państwo dba o ciebie, obywatelu, zwłaszcza, jeśli masz mało. Doda ci, zabierając wstrętnym bogaczom, przychyli ci nieba, zajmie się wszystkim, a w dodatku wprowadzi różne regulacje, dzięki którym będziesz zdrowszy, bardziej zadowolony – ogólnie: szczęśliwszy.

Stefan Molyneux był zaskoczony. Stwierdził, że nie bardzo rozumie, jak ludzie mogą chcieć powrotu, w gruncie rzeczy, do tego, co działo się za komuny. Nie dziwię się dość naiwnemu zaskoczeniu Stefana – to reakcja przypominająca szczerość dziecka z bajki o nowych szatach cesarza.

Starałem się mojemu rozmówcy wyjaśnić kilka kwestii.

Najpierw zaznaczyć trzeba, że komuna nie jest do końca dobrym punktem odniesienia, bo realny socjalizm był w gruncie rzeczy systemem oligarchicznym. Jeśli o kogoś wówczas dbano, to o członków elity, natomiast reszta mogła mieć miłe poczucie (względnie niemiłe, jeśli ktoś był wówczas wolnorynkowcem, o co naprawdę było trudno), że niemal wszyscy mają tak samo źle, a jeśli ktoś ma więcej – prywaciarze, badylarze itd. – to jest na cenzurowanym. Inna sprawa, czy obecny socjalizm nie zmierza w podobną stronę, choć na pewno dobra są dzielone uczciwiej. O ile o uczciwości w ogóle można tu mówić.

Wracając do przyczyn stanu rzeczy – są trzy główne.

Po pierwsze – to dziedzictwo zaborów. Czas, gdy normalne społeczeństwa kumulowały kapitał i uczyły się nowoczesnej gospodarki, Polacy w znacznej części, z nielicznymi wyjątkami, spędzili, tkwiąc w romantycznych mirażach – co zresztą w dużej mierze zrozumiałe. Anglicy budowali kapitalizm, Francuzi czytali Bastiata, a Polacy w tym czasie ginęli w kolejnych bezsensownych powstaniach.

Potem była etatystyczna II RP, korzystająca głównie z tego właśnie romantycznego dziedzictwa. Potem był Peerel, uczący kombinowania, ale nie normalnego gospodarowania. Dlatego dzisiaj tak niewiele osób rozumie najbardziej pryncypalne zależności i zasady, choćby tę najbardziej podstawową, o której Margaret Thatcher powiedziała w 1983 na konferencji torysów w Blackpool: „Nie ma takiej rzeczy jak pieniądze publiczne. Są tylko pieniądze podatników”.

Po drugie – dziedzictwo pseudoliberałów, rządzących Polską w latach 90., a także dziedzictwo PO. To te siły polityczne sprawiły, że słowo „liberał” dla wielu jest dzisiaj obelgą. Jak wielokrotnie pisałem i mówiłem, trzeba walczyć o to, żeby przywrócić mu właściwe miejsce i klasyczny liberalizm odkłamać.

Przy czym trzeba też pamiętać, że wśród klientów obecnej władzy są dwie grupy: tacy, którzy całkiem słusznie mają pretensję do wspomnianych środowisk politycznych, bo doznali od nich krzywdy. Mimo zdolności, pracowitości i samozaparcia, polegli na układach i kombinacjach, co zraziło ich do liberalizmu, który uznają za synonim krętactwa. Ale druga grupa to ci, którym się nie chce, nie umieją, którzy zawsze chcą być pasażerami na gapę i którzy każdej władzy oferują swój głos w zamian za kasę. Bo tacy są wszędzie i choćby nasza historia najnowsza była historią najuczciwszego klasycznego liberalizmu, oni nadal uważaliby, że to krzywdzący system.

Po trzecie – wpływ tych, których celem nie jest zmiana sposobu myślenia ludzi i odzyskanie pola dla klasycznego liberalizmu, ale wyłącznie pielęgnowanie swojej paruprocentowej niszy. Ci, którzy zawsze w końcu palną publicznie coś, co bardzo skutecznie zniweczy organiczną pracę nad odtwarzaniem wolnorynkowego myślenia w Polsce.

Nasza dzisiejsza działalność, działalność klasycznych liberałów, wolnościowców, powinna mieć za wzór pracę wielkopolskich pionierów polskiej przedsiębiorczości w czasach zaboru pruskiego. Pisałem o tym w pierwszym swoim wpisie na blogu Warsaw Enterprise Institute, już blisko rok temu. Przypomniałem nazwiska ludzi takich jak Hipolit Cegielski, ks. Piotr Wawrzyniak, August Cieszkowski, Maksymilian Jackowski czy Karol Marcinkowski. Nie załamywali rąk, nie biadolili, że Niemcy na nic nie pozwolą albo że Polakom się nie będzie chciało. Rozumieli, że przed nimi bardzo długa droga. Gdy gen. Dezydery Chłapowski po powrocie z wojen napoleońskich wprowadzał w swojej Turwi nowoczesne metody rolnicze i zaczynał ich uczyć chłopów (których w dużej części uwłaszczył), nie miał przecież nadziei, że efekty będą widoczne za rok czy nawet za pięć lat. Nas dzisiaj może irytować tępota ogromnej części klasy politycznej oraz skrajna roszczeniowość dużej części elektoratu, ale miejmy świadomość, że mamy do wykonania prace na dłużej.

 

Wystąpienie wygłoszone na Weekendzie Kapitalizmu 24 listopada 2018 roku