Dlaczego za kredyty indeksowane w CHF odpowiada państwo
Łukasz Warzecha 24.09.2018

Cwaniaki, nie czytali umów, sami są sobie winni, ani grosza z budżetu państwa!

 

To są najczęstsze reakcje na sprawę kredytów indeksowanych we frankach szwajcarskich. Podkreślam: indeksowanych, bo przecież nie były to kredyty frankowe. Franka szwajcarskiego nikt z kredytobiorców na oczy nie widział. Nie było ich też w zasobach banków, które kredytów udzielały.

Sprawa wróciła do obiegu publicznego w związku z, po pierwsze, raportem NIK w tej sprawie z sierpnia, po drugie – kolejnym wzrostem kursu CHF do PLN i, po trzecie, okresem wyborczym. Tyle że na razie nikt nie proponuje kredytobiorcom żadnego rozwiązania. To, co przygotowała Kancelaria Prezydenta, w żadnym stopniu nie rozwiązuje głównego problemu, jakim nie jest spłata kolejnych rat, ale całe saldo kredytu, które w przypadku wielu osób, w związku z indeksacją do franka, nie tylko nie maleje w miarę spłat, ale przeciwnie – rośnie. To zasadnicza różnica między kredytami indeksowanymi w CHF a złotówkowymi.

Moje stanowisko w tej kwestii wywołuje zdziwienie wielu: jak to, pan, wolnościowiec, domaga się, żeby państwo rozwiązało problem osób, które przecież dobrowolnie podpisały umowę z bankiem? Myślę, że – choć kilkakrotnie do tej sprawy kiedyś się odnosiłem – pora, żebym zrobił to znowu.

Po pierwsze – dlaczego państwo odpowiada za akcję kredytową? Tu pozwolę sobie przekopiować obszerny fragment tekstu, który kilka już lat temu napisałem dla Wirtualnej Polski:

Znany producent samochodów wprowadził do sprzedaży nowe, niezwykłe auto. Przy cenie znacznie niższej niż nowych aut kompaktowych, obszerny i dobrze wyposażony hatchback nęcił. Do salonów ruszyli różni klienci. Niektórzy chcieli mieć trzeci samochód w rodzinie, inni kupowali auto dla dzieci, samemu posiadając już jedno albo dwa. Ale wielu było takich, dla których własne tanie auto renomowanej marki było wybawieniem. Mieszkali na odludziu, musieli odwozić dzieci do szkoły, chorych krewnych do szpitali, mieli trudności z poruszaniem się lub po prostu chcieli w końcu uniezależnić się od jeżdżących dwa razy dziennie autobusów czy pociągów.

Sprzedawcy w firmowych salonach bardzo zachwalali nowy produkt. Pokazywali, jak starannie jest wykończony, jak przyzwoite ma osiągi i niskie spalanie. Jedynie mimochodem i tylko niektórzy wspominali, że po jakimś czasie może się pojawić niewielki problem z zębatką zwrotnicy w układzie kierowniczym. Dziewięciu na dziesięciu klientów nie pytało o detale. W końcu – nowe auto, renomowana marka, firmowy salon, dopuszczenie do sprzedaży i wszelkie certyfikaty. A poza tym – co to w ogóle jest ta zębatka? Przecież klient salonu samochodowego nie musi znać szczegółów konstrukcyjnych pojazdu. Gdyby chodziło o coś poważnego – rozumowali, o ile w ogóle się nad tym zastanawiali – producent nie wypuściłby bubla, a organy, odpowiadające za dopuszczanie modeli do ruchu, zatrzymałyby sprzedaż.

Ci, którzy postanowili się dopytywać, zwykle poprzestawali na następującym dialogu.

– Co to oznacza?

– E, nic wielkiego. Po prostu zębatka jest trochę nietrwała, po jakimś czasie może się zepsuć.

– I co wtedy?

– Nic takiego. Będą jakieś problemy z kierowaniem pojazdem.

– To pewne?

– Nie, absolutnie nie! Przecież to taka marka! Ja tylko tak na wszelki wypadek ostrzegam.

Jedna osoba na pięćdziesiąt mogła być bardziej dociekliwa.

– Na czym dokładnie polega ta awaria?

– Układ kierowniczy może przestać działać.

– Będą jakieś wcześniejsze objawy?

– No… Raczej nie.

– Po jakim czasie konkretnie może się to stać?

– Nie wiemy dokładnie. Może po dwudziestu tysiącach kilometrów? Może po stu tysiącach?

– Jeśli awaria nastąpi w czasie jazdy, to co wtedy?

– Straci pan panowanie nad pojazdem.

– I mogę wpaść do rowu, na drzewo albo na inny samochód?

– Tak.

W tym momencie klient prawie zawsze rezygnował. Tyle że mało kto do tego momentu dotarł.

Ludzie kupowali nowy model masowo. I równie masowo, po przejechaniu dwudziestu tysięcy kilometrów, zaczęły im się zdarzać wypadki. Pół biedy, jeśli działo się to na parkingu albo osiedlowej uliczce, gorzej, jeżeli przy dużej prędkości. Kierowcy, ich pasażerowie, postronni uczestnicy wypadków lądowali w szpitalach, pojawiły się ofiary śmiertelne. Ale niektórzy komentowali: „Dobrze im tak, cwaniakom. Połasili się na tanie auto, to teraz mają”.

Eksperci pochylali się z troską nad ofiarami wypadków: „Przy lżejszych uszkodzeniach ciała to przecież tylko kilka tygodni rekonwalescencji. No, jeśli w grę wchodzi złamanie kręgosłupa, to chodzić się już nie da, to prawda. Ale zawsze można jeździć na wózku”. Tym, którzy się nie rozbili, radzono, żeby reperowali samochód na własny koszt.

Wyszło na jaw, że Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów o sprawie wiedział i, owszem, zalecał nawet sprzedawcom informowanie o wadzie fabrycznej. No to informowali. Półgębkiem albo w umowie kupna na dwudziestej stronie małym drukiem na dole. Ale UOKiK nie zażądał od producenta przeprowadzenia akcji serwisowej.

Jednak część kupujących i inni eksperci wskazywali, że przecież skoro auto oficjalnie wprowadzono do sprzedaży, zatem nawet jeśli sprzedawcy coś tam wspominali o wadzie w technicznym żargonie, klienci nie mieli obowiązku podejrzewać ich o oszustwo albo zatajanie prawdy. Więcej – mogli ufać, że skoro auto jest znanej marki i przeszło wszystkie procedury certyfikacyjne oraz kontrolne, to jest sprawne i można nim normalnie jeździć. Odpowiedź drugiej strony sporu na to brzmiała: „Przecież skoro auto było takie tanie, mogli się spodziewać, że coś z nim nie gra. Ale chcieli pocwaniakować!”.

(Warto zaznaczyć, że ta bajka, dokładnie opisująca problem z kredytami indeksowanymi w CHF, ma też swój odpowiednik w rzeczywistej sprzedaży samochodów. Znaczna ich część, zwłaszcza nowoczesnych diesli czy tych z wysilonymi silnikami benzynowymi o małej pojemności z turbosprężarką, ma w swoją konstrukcję wpisaną awarię – na przykład horrendalnie drogich pompowtryskiwaczy w dieslach. Nie słyszałem jednak o sprzedawcy w salonie, który przestrzegałby przed tym klienta. I to też jest rodzaj oszustwa przez niedopowiedzenie.)

Wracając do kredytów: najogólniej rzecz biorąc, skoro państwo przyznało sobie prawo do regulowania, i to dość szczegółowego, działalności banków, to ponosi odpowiedzialność za to, co banki robiły. Gdyby było tak, że akcja kredytowa jest praktycznie nieregulowana, a w relację klient-bank wpisana jest daleko idąca nieufność, sprawa byłaby inna. Tak jednak nie było. Mówiąc zatem w uproszczeniu i pomijając aspekt ściśle prawny – banki sprzedawały, nawet wciskały klientom produkt, obarczony poważną „wadą fabryczną”, będąc pod ścisłym nadzorem państwa, które z jednej strony przyznało sobie prawo do kontrolowania tej sfery usług – a więc klienci mieli prawo wierzyć, że są chronieni – a z drugiej nic w tej sprawie nie zrobiło. Dlatego powinno teraz sprawę załatwić.

Wszystko to, co napisałem powyżej, nie jest deklaracją tego, jaki stan uważałbym za pożądany. Opowiadałbym się bowiem za znacznie słabszą regulacją, za niezakazywaniem udzielania kredytów walutowych lub indeksowanych w obcej walucie, pod warunkiem wszakże wymuszenia na bankach bardzo wyczerpującej i dokładnej informacji o wszystkich możliwych skutkach decyzji klienta oraz o tym, co się stanie, gdyby sprawy potoczyły się źle. Wówczas dopiero można by uznać, że mamy do czynienia ze świadomą decyzją i volenti non fit iniuria. To rozwiązanie najuczciwsze i wolnościowe. Ale nie z takim stanem rzeczy mieliśmy do czynienia w latach boomu na kredyty indeksowane w obcej walucie.

Po drugie – kwestia kredytów indeksowanych w CHF padła ofiarą plemiennej walki politycznej. Dziś widać wyraźnie, jak się to roztasowało. Po pierwsze – Andrzej Duda całkiem wprost oszukał wyborców, obiecując daleko idące rozwiązanie, a potem z niego rezygnując i proponując żałosny ersatz. Po drugie – PiS cynicznie uznał, że kredytobiorcy CHF to nie ich elektorat, więc można wykonać wobec nich jakieś tam pozorne ruchy, a w istocie pozostawić ich samym sobie.

Sprzyja temu skutecznie wykorzystywana przez PiS narracja: Polska „solidarna”, dla „zwykłych Polaków”, a nie dla „bogaczy”. Spora część kredytobiorców CHF jest postrzegana przez wyborców PiS jako „bogacze” czy „cwaniaki” i „kombinatorzy”. To oczywiście całkowity fałsz, bo jest to w istocie grupa bardzo zróżnicowana, a w wielu przypadkach mówimy o osobach na tyle słabo sytuowanych, że banki nie przyznawały im zdolności kredytowej w złotówkach, ale „we frankach” już tak.

Po trzecie – określanie kredytobiorców CHF jako „cwaniaków” jest absurdem. Równie dobrze można by cwaniakiem nazwać każdego, kto poszukuje okazji, żeby kupić coś taniej, korzystniej. Każdego, kto szuka możliwości kupienia taniej czegoś, na co za normalną sklepową cenę nie byłoby go stać.

Czy cwaniakiem jest klient komisu samochodowego, który podejmuje standardowe środki ostrożności, a mimo to pozwala się nabrać sprzedawcy, wciskającemu mu za relatywnie niskie pieniądze samochód złożony z dwóch po szkodzie całkowitej, twierdząc, że wymieniany był tylko zderzak? Owszem, można powiedzieć, że klient wykazał się pewną naiwnością. Ale z tego powodu nie przestaniemy sprzedawcy uznawać za oszusta. Nie można też zakładać, że każdy klient komisu samochodowego będzie miał ze sobą wybitnego eksperta do spraw motoryzacji, żeby takie oszustwo wykryć. Klient ma prawo zakładać dobrą wiarę sprzedawcy, a jeśli sprzedawca oszukuje, powinien ponieść konsekwencje.

Po czwarte – nikt nie oczekuje pomocy z budżetu państwa. To mit, powtarzany najchętniej przez lobby bankowe, żeby wywołać niechęć do kredytobiorców. Oczywiście jasne jest, że metoda kompleksowego rozwiązania problemu musiałaby być bardzo dobrze przemyślana, bo przecież nikomu nie zależy na krachu systemu bankowego. Ale też pamiętać trzeba, że banki będą z oczywistych powodów przekonywać, że każde dalej idące rozwiązanie taki kryzys wywoła.

Po piąte – PiS oferuje wątpliwe rozwiązania dla tych kredytobiorców, nie tylko CHF, którzy mają trudności z bieżącym spłacaniem rat, podczas gdy nie na tym polega problem osób z kredytami indeksowanymi we frankach. Ich problemem jest bilans ogólny kredytu i stosunek jego wartości do zabezpieczenia. W kredycie złotówkowym przy systematycznych spłatach suma pozostała do uregulowania się stopniowo zmniejsza. W kredycie indeksowanym w CHF – nie ma związku. W większości przypadków kredytów branych w okresie najintensywniejszej akcji kredytowej, czyli około dekady temu, ludzie mają dziś do spłacenia w złotówkach więcej niż na początku, a zabezpieczenie nie pokrywa tej sumy. Co zresztą wiąże się z dodatkowymi kosztami ubezpieczenia. I z tym głównie kredytobiorcy walczą, podczas gdy rządzący udają, że nie rozumieją istoty sprawy.

Napiszę jeszcze raz: czym innym jest rozważanie konsekwencji określonego stanu rzeczy, a czym innym – opisywanie, jakiego stanu rzeczy by się chciało. Chciałbym swobody decyzji klienta przy bardzo wyczerpującej informacji, którą uważam za niezbędny składnik wolności decyzji. I tak – w wymuszeniu udzielenia tejże widzę rolę państwa. A potem – wolna wola klienta.

Ale kredyty indeksowane w CHF były udzielane w odmiennych warunkach, dziś zobowiązujących państwo do rozwiązania problemu, na którego powstawanie biernie patrzyło, choć samo na siebie nałożyło obowiązek działania.