Dwie Wieże! Kaczyński jak Lepper?
Robert Gwiazdowski 30.01.2019

Kilka miesięcy temu – gdy znacznie mniej osób było zainteresowanych Spółką Srebrna, a jeszcze bardziej tym co ja o niej piszę – gdy się okazało, że planuje ona sprzedać nieruchomość w Warszawie przy wykorzystaniu cypryjskiego wehikułu podatkowego napisałem, że jest bardzo dobra wiadomość. Nie tylko dla podatników. Dla wszystkich, bo oznacza, po pierwsze, że wbrew cynicznym twierdzeniom opozycji, jest w PiS jeszcze ktoś rozsądny potrafiący liczyć.

 

Dla podatników jest to dobra wiadomość bo, jak stwierdził sędzia Learned Hand „minimalizowanie zobowiązań podatkowych przy (…) nie jest niczym niemoralnym, ani też bezprawnym (…)”. Ciągle i ciągle na nowo sądy powtarzają, że nie ma niczego groźnego w takim organizowaniu swoich spraw, żeby utrzymać podatki na jak najniższym poziomie. Wszyscy to robią i wszyscy robią dobrze, ponieważ nikt nie jest zobowiązany, aby płacić więcej niż tego wymaga prawo: podatki są narzuconym wymuszeniem, nie dobrowolnymi datkami. Każdy może tak ułożyć swoje sprawy, że jego podatki będą tak niskie jak to tylko możliwe; nie jest on zobowiązany wybierać tego wzorca, w którym państwo dostanie najwięcej”. Co prawda, dotyczyło to podatników amerykańskich, ale krzepić się nimi mogą także podatnicy polscy. Miałem bowiem nadzieję, że jak prezes Kaczyński dostrzeże, że coś jest rozsądne, to nie będzie tego zabraniał robić innym.

Oczywiście pojawiły się zarzuty o hipokryzji PiS: że zwalcza optymalizację podatkową, a chce ją zastosować. A czy ci, którzy jej dotąd bronili, a teraz nagle zaczynają krytykować, to nie hipokryci? Ja przynajmniej jestem konsekwentny: każdy ma prawo do płacenia jak najniższych podatków! Nawet spółki należące do PiS. Oczywiście, gdy minimalizuje się ich wysokość zgodne z obowiązującymi przepisami – skoro, takie, a nie inne przepisy zostały uchwalone. Skoro bowiem ustawodawca jest racjonalny – a jest to domniemanie prawne niewzruszalne (iuris ac de iure), choć ustawodawca nieustannie daje dowody do jego wzruszenia – to musiał chcieć uchwalić takie przepisy, jakie uchwalił. Gdyby nie chciał, to by ich nie uchwalił. A snucie domniemań, że uchwalił je po to, by tylko niektórzy mogli z nich korzystać, może być karalne, zwłaszcza w połączeniu z pytaniem, za ile je uchwalił.

Kiedyś broniłem działaczy Krytyki Politycznej, wydającej „lewicowe czasopisma”, którzy w prowadzonej przez siebie knajpie na Nowym Świecie w Warszawie zatrudniali kelnerów na umowach zlecenia, choć głośno nazywali je „śmieciowymi” i domagali się ich likwidacji. Od tamtego doświadczenia ilość ich wystąpień i publikacji przeciwko prywaciarzom wykorzystującym pracowników zatrudnianych w oparciu o przepisy kodeksu cywilnego, a nie kodeksu pracy, drastycznie spadła. Dlatego głęboko wierzę w ludzki pragmatyzm. A najlepszym nauczycielem pragmatyzmu jest zderzanie głupiej ideologii z rzeczywistością. Jak się już człowiek z nią zderzy, zaczyna myśleć pragmatycznie.

Dziś, gdy okazuje się, że oprócz problemów podatkowych właścicieli Srebrnej dręczą także przepisy prawa budowlanego, przypomnę co piszę od lat: w procesach inwestycyjnych trzeba ograniczyć uznaniowość i możliwość wydawania arbitralnych decyzji – o tym jaka działka jak może być zabudowana i jak wysoki ma być jakiś budynek.

Pan Prezes Kaczyński nie pamięta jak służby specjalne dwanaście lat temu zastawiały pułapkę na jego koalicjanta – wicepremiera Andrzeja Leppera, podstawiając jego współpracownikom „biznesmenów” obiecujących łapówki za „odrolnienie” działek pod Mrągowem? Ponoć 3 mln zł. za 40 hektarów. Daje to, jak łatwo policzyć, 75 tys. zł. za hektar. Jeśli te 3 mln to jest „zwyczajowe 10%”, to znaczy, że jeden hektar „odrolniony” jest wart 750 tys. zł więcej niż nieodrolniony. Może więc po prostu trzeba odrolnić wszystko? I w taki prosty sposób państwo się „wzbogaci”. Powinna to być woda na młyn dla przeciwników prywatyzacji, którzy od lat krzyczą, że majątek narodowy jest sprzedawany za darmo, albo nawet „rozkradany”, bo wart jest o wiele więcej. Prostym ruchem „majątek państwowy” stanie się wart dziesięć razy więcej!

Nikt też nie zapytał, dlaczego o tym jaki jest charakter ziemi w gminie Mrągowo ma decydować Minister Rolnictwa w Warszawie, a nie po prostu wójt Mrągowa? Jak wiadomo na prowincji jest znacznie taniej niż w Warszawie. Więc może dałoby tam radę załatwić sprawę za 5%.

Żeby zbudować „solidarne” państwo, w którym decyzje tego typu podejmuje się bez żadnych podejrzeń trzeba byłoby wskrzesić św. Franciszka i zrobić z niego Ministra Rolnictwa. Ale nawet jakby Premier wymodlił ten cud podczas pielgrzymi rodzin Radia Maryja do Częstochowy i św. Franciszek zostałby Ministrem Rolnictwa, to skąd, na Boga, chłopina miałby wiedzieć, którą ziemie należy odrolnić, a której nie? Musiałby zaufać całej ferajnie urzędników, którzy od szczebla gminnego biorą udział w procesie odralniania ziemi. A z całą pewnością jacyś „inni szatani będą tam czynni…” i podszepną świętemu coś złego …

Proponowałem się zastanowić, dlaczego to państwo ma decydować o tym, czy na ziemi, która jest moją własnością mam siać żyto (rolna), paść krowy (nieużytek rolny), posadzić las (leśna), czy postawić budynek (budowlana). A jak budynek to jak wysoki? Może powinna to być decyzja właściciela? Limitowana ewentualnie jakimiś ogólnymi planami znanymi wszystkim na wiele lat do przodu? Może przynajmniej miasta powinny mieć obowiązek uchwalenia w ciągu roku (no może dwóch lat) miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego, a w przypadku braku takiego planu właściciel nieruchomości powinien mieć prawo dowolnego jej zabudowania. Po raz pierwszy napisałem że przydałaby się taka ustawa w listopadzie 2007 roku po wysłuchaniu pierwszego, ponad trzygodzinnego, expose Premiera Donalda Tuska. „Taką ustawę można uchwalić w trzy miesiące” – pisałem. I przyjmowałem zakład, że jej nie uchwalą! Dziś, dzięki PIS-owi wiemy, że można ustawy uchwalać nawet w ciągu jednego dnia. I plany też da się uchwalić w ciągu roku! Jak urzędnicy i lokalni politycy się zorientują, że tracą absolutnie całą władzę arbitralnego decydowania o losie inwestycji, to jakieś plany uchwalą. Będzie je można zaskarżyć, gra będzie ewidentnie czystsza.

Dziś cena nieruchomości z „pozwoleniem” rośnie dlatego, że dla nieruchomości sąsiedniej nie ma „pozwolenia”. Srebrna go nie dostała. Ponoć przeszkadzał „brak sąsiedztwa”. W Dubaju nie przeszkadzał nikomu brak sąsiedztwa. Ani w Singapurze. Ani w Hong-Kongu. W Warszawie tez nie zawsze przeszkadza. Bo inni pozwolenia dostawali. I przyjmuję zakłady, że za jakiś czas ujawniona zostanie kolejna afera, bo niektórzy dostawali je z pewną taką łatwością. I nawet nie wiemy kim są – mówiąc językiem prawa podatkowego, od którego zacząłem – „ostateczni beneficjenci”, stojący za „inwestorami” uzyskującymi te pozwolenia. Niektórzy już zaczynają wymieniać nazwy tych inwestorów. Ciekawe, czy służby specjalne zdołają nad tym zapanować? I czy Jarosław Kaczyński zdoła zapanować nad służbami specjalnymi? Bo obecny scenariusz „czegoś mi” przypomina ten sprzed dwunastu lat.