Dziura ekologiczna
Jerzy Marek Nowakowski 17.12.2018

Skończył się szczyt klimatyczny w Katowicach. I skończył się tak jak zwykle, czyli mniej więcej niczym. Po przedłużonych – i niezbyt sprawnie prowadzonych – negocjacjach uchwalono ogólny dokument końcowy, z którego nic nie wynika poza stwierdzeniem, że niepokoimy się stanem klimatu. A ja muszę się przyznać, że z całej tej klimatycznej kołomyjki wyszedłem lekko ogłupiały.

 

Publikowane i nagłaśniane na całym świecie raporty brzmią gorzej niż alarmująco. Najogólniej mówiąc wynika z nich, że po roku 2050 nastąpi koniec świata sprokurowany przez samego człowieka. Ogromna większość klimatologów uważa, że globalny wzrost temperatury o ponad 1,5 stopnia doprowadzi do rozmarzania wiecznej zmarzliny i uwolnienia jakichś niebywałych ilości metanu, podniesienia poziomu oceanów i uruchomienia procesu nad którym nie będziemy w stanie zapanować a w efekcie końca naszej cywilizacji.

Na argument, że procesy te w niewielkim stopniu zależą od człowieka ekolodzy odpowiadają dość logicznie, iż zasadniczo natura zachowuje pewną równowagę a człowiek przez swoją aktywność i dodanie, jak jedni mówią jednego a inni pięciu procent gazów cieplarnianych do globalnego bilansu, tę kruchą równowagę burzy. Dalszy ciąg opowieści jest taki, że niczym w znanej opowieści o efekcie trzepotu skrzydeł motyla (który zaburza równowagę i powoduje na drugim końcu globu huragan), Kowalski jadąc swoim starym dieslem po bułki wywoła burzę, która zmiecie z powierzchni ziemi Nowy Jork.

Jeżeli ta opowieść, sygnowana i legitymizowana przez większość autorytetów naukowych z dziedziny klimatologii jest prawdziwa, to ludzkość powinna już od dzisiaj porzucić wszystkie inne cele i działania poświęcając się wyłącznie ratowaniu klimatu. Rozwój gospodarczy należy nie tyle spowolnić, ile zatrzymać, większość samolotów uziemić itd. Tylko, o ile można sobie wyobrazić, że bogate społeczeństwa Zachodu coś takiego zrobią, o tyle próba wyrżnięcia wszystkich krów w Indiach (a bydło jest potężnym producentem metanu) doprowadziłaby do natychmiastowej rewolucji. Podobnie jak spowolnienie rozwoju w Chinach czy Brazylii, o Afryce nie mówiąc, wywołałoby takie społeczne i polityczne turbulencje, że spodziewany koniec świata mógłby tylko przyspieszyć. Inaczej mówiąc strategia ratowania ludzkości suflowana nam jako jedyne wyjście z kryzysu ekologicznego ma szansę na sukces jedynie za cenę wyginięcia połowy populacji globu i niewyobrażalnego regresu cywilizacyjnego.

Wyjście drugie – całkowicie logiczne – jest odwrotnością pierwszego. Możemy powtórzyć za Beaumarchais: „Śmiejmy się. Nie wiadomo czy świat potrwa jeszcze trzy tygodnie”. I nie robić nic. Skoro nie zdołamy powstrzymać apokalipsy – bo nie ma szans na to by tak ambitnie zarysowane cele: zerowa emisja w skali globu za 30 lat były możliwe do realizacji – to należy uznać, iż jedynym sensownym działaniem pozostaje danie na mszę i czekanie co się zdarzy.

I bardzo wielu polityków, nie mówiąc już o zwykłych obywatelach, taką strategię przyjmuje. Przypominamy sobie przeróżne raporty prognozujące, że ludzkość wymrze z głodu (co miało nastąpić jakoś teraz), że w 2020 roku wyczerpią się zasoby surowców kopalnych itd. Aż po sławny raport z końca XIX wieku mówiący, że Londyn utonie w końskim łajnie wobec niekontrolowanego wzrostu liczby dorożek. I machamy ręką uznając, że skoro zdolności samoregulacyjne, zarówno natury jak gospodarki, zadziałały tyle razy, to zadziałają raz jeszcze.

Pedagogika nieustannego alarmu uprawiana przez ekologów prowadzi do efektu odwrotnego od zamierzonego. Co więcej, nawet tam, gdzie ogromnym kosztem potraktowano ich alarmy całkowicie serio skutki polityki prowadzącej do zerowej emisji są niezbyt zachęcające. Niemcy od lat prowadzą politykę dekarbonizacji swojej energetyki. Co nie zmienia faktu, że wciąż są największym producentem i konsumentem węgla brunatnego w Europie a spadek emisji dwutlenku węgla przez naszego zachodniego sąsiada jest niewspółmierny do poniesionych – i wciąż ponoszonych – kosztów.

Czy to znaczy, że nie ma sprawy i możemy spać spokojnie? Chyba nie. Poziom zanieczyszczenia świata jest alarmująco niepokojący. Sam pamiętam jak niedawno przyjemność kąpieli na plażach Bali obrzydzały mi pływające w wodzie foliowe śmieci. Rozmarzanie Arktyki również jest faktem niepodważalnym. Podobnie jak wiele innych elementów ekoalarmu. Rozsądek podpowiada, że w skali globalnej, ale znaczy to, że w naszych indywidualnych zachowaniach, powinniśmy ograniczyć dość oszalałą konsumpcję. Bez wątpienia budowanie poczucia odpowiedzialności za stan planety powinno stać się jednym z ważnych elementów edukacji. Pewnie trzeba również przygotować się na społeczne i polityczne skutki zmian klimatu. Także na wojny o wodę czy masowe wędrówki ludów z terenów, które przestaną nadawać się do zamieszkania. Wypada jednak przyjąć założenie, że ludzkość przetrwa ów mityczny rok 2050 i sensownie do zmian się przygotować. Tam gdzie się da stosować energie odnawialną. Ale unikając budowania fetyszy i znachorskich recept. Niedawno ekolodzy tłumaczyli, że rozwiązaniem kłopotów z energią są biopaliwa. Teraz słyszymy wrzask, że masowe hodowanie trzciny czy soi na biopaliwa powoduje wylesianie Amazonii (bo Brazylijczycy postawili na samochody spirytusowe). Gospodarka i życie społeczne są materią równie delikatną jak przyroda i wszelkie próby natrętnego manipulowania przy nich prowadzą zazwyczaj do skutków odwrotnych od zamierzonych.

Pomysł zwołania szczytu klimatycznego do Katowic choć z punktu widzenia kreacji wizerunku Polski mocno wątpliwy, w kategoriach ogólnowychowawczych był niezmiernie sprytny. Dostaliśmy skamielinę roku, co nie zdarzyło się dotychczas nigdy w odniesieniu do gospodarza szczytu. Ale z drugiej strony uczestnicy COP24 mieli okazję zobaczyć, że ich dziecięcy entuzjazm wobec walki z węglem i paliwami kopalnymi zderza się ze społecznymi realiami. A radosne przekonanie, iż najlepszym modelem życia jest odżywianie się kiełkami i jazda na rowerze nie do końca odpowiada potrzebom społeczeństw.

Prawdziwym problemem polityki ekologicznej jest znalezienie języka, którym wiedzę o zagrożeniach (dramatycznie rzeczywistych) zakomunikuje normalnym obywatelom. Na razie wygląda to trochę tak, jakby w sercu Afryki przed dziurawym mostem umieścić tablice po polsku „uwaga dziura” a potem dziwić się, że kolejni tubylcy w tę dziurę wpadają.