Fatalna akcyjność
Łukasz Warzecha 07.01.2019

Dawno temu, w czasach, które z perspektywy galopującej polityki mogą się wydawać prehistorią, Solidarna Polska (wówczas odseparowana od PiS, bo było to na etapie, kiedy Zbigniew Ziobro starał się robić samodzielną karierę polityczną) zaproponowała, by zakazać w Polsce noszenia noży długości większej niż ileś tam. Ile, już nie pomnę, ale była to propozycja przypominająca absurdalne brytyjskie regulacje, które sprawiają, że uczciwi obywatele pozostają bezbronni (zakazane jest nawet noszenie większych scyzoryków), podczas gdy bandyci i terroryści (najczęściej islamscy) czują się praktycznie bezkarni, bo regularna policja jest również nieuzbrojona. Pomysł Solidarnej Polski miał swoje źródło w zbiegu w krótkim czasie w Krakowie kilku brutalnych przestępstw z użyciem noży czy nawet maczet i był przykładem jednej z najgorszych zmor polskiej polityki: bezmyślnej akcyjności.

 

Takich akcji mieliśmy mnóstwo, niezależnie od tego, kto rządził. Z akcyjnymi pomysłami występowali zarówno będący przy władzy, jak i opozycja (tak jak było w przypadku partii Ziobry, bo działo się to za rządów PO), przy czym ta druga w swoich akcyjnych pomysłach odznacza się zwykle wyjątkową niefrasobliwością, bo przecież za nic nie odpowiada i może iść już w najczystszy populizm. Swoją drogą jednak wiele wskazuje na to, że nawet ta reguła już nie do końca obowiązuje, bo przecież obniżka poselskich uposażeń, dokonana z polecenia Naczelnika, była również przykładem akcyjności, w tym wypadku motywowanej bieżącą polityczną potrzebą, a zarazem przejawem absolutnie skrajnego populizmu w postaci najszkodliwszej dla państwa.

Zwykle jednak akcyjność jest uzasadniana względami bezpieczeństwa w różnej postaci, a – jak wiele już razy wskazywałem na blogu WEI – bezpieczeństwo jest najczęściej stosowanym przez polityków pretekstem, gdy chcą poszerzyć po raz kolejny swoje prerogatywy i zabrać nam jakąś kolejną część naszej wolności.

Ten wstęp zmierza, jak już się państwo zapewne zorientowali, do sprawy koszalińskiej tragedii. O samym wydarzeniu pisać nie chcę, bo nie będę nawet udawał, że jestem w stanie wyobrazić sobie ból rodziców tragicznie zmarłych dziewcząt. To rzecz niewyobrażalna i niezwykle smutna (piszę to także jako ojciec).

Musimy jednak umieć oddzielić to straszne wydarzenie od tego, co robią – lub zrobią – z nim politycy. Można się było obawiać, że – jako że Polską rządzi partia skrajnie etatystyczna i paternalistyczna – już w pierwszym odruchu pojawi się zapowiedź wdrożenia jakichś specjalnych regulacji, zakazów czy nakazów. Szczęśliwie dotąd nic takiego nie nastąpiło, choć może za wcześnie się cieszyć. Na razie mamy wzmożone kontrole pokojów zagadek w całym kraju.

I już tutaj coś nie gra. Akcja zmasowanych kontroli jest bowiem dowodem na to, że państwo w swoich standardowych mechanizmach zawiodło, a przepisy, które narzuca, są w dużej mierze fikcyjne. Przypomina to trochę groteskowe policyjne akcje kontroli trzeźwości, spalin czy czego tam jeszcze. W dobrze działającym państwie tego typu działania są niepotrzebne, bo na co dzień funkcjonują odpowiednie mechanizmy – na przykład smrodzące ponad normę auta są wyłapywane podczas przeglądów albo standardowych policyjnych kontroli. Jeśli zaś mechanizmy te nie funkcjonują i nic szczególnego się nie dzieje, to znaczy, że są niepotrzebne.

Z całym szacunkiem dla ofiar i ich bliskich – powtarzam, że nie umiem sobie wyobrazić osobistego wymiaru tragedii z Koszalina, on jest niepojmowalny – trzeba sobie zadać pytanie, czy nie mogła się ona wydarzyć w jakimkolwiek innym miejscu. Dla pokojów zagadek nie istnieją jakieś szczególne przepisy – i słusznie, bo nie każdy rodzaj działalności w takich przepisach można ująć. Ale czy pożar z ofiarami nie mógł się wydarzyć w jakimś sklepie, kinie, teatrze czy barze? Mógł. I nie oznaczałoby to, że wszystkie podobne obiekty należy objąć sankcjami albo specjalnym nadzorem. Znaczyłoby to tyle, że w tym jednym coś być może było nie tak. Bo, mówiąc brutalnie, takie jest niestety prawo statystyki. Nigdy nie da się sprawić, żeby wszystko wszędzie zawsze perfekcyjnie działało. A już na pewno nie będzie tak działać tylko dlatego, że Sejm uchwali kolejną ustawę, a minister wyda rozporządzenie z pierdyliardem punków i podpunktów.

W przypadku pokojów zagadek trzeba się obawiać typowej dla państw skrajnie zetatyzowanych urzędniczej nadgorliwości. Popędzani przez polityków i działający pod presją strażacy będą się teraz prawdopodobnie czepiać każdej bzdury, choćby nie miała ona żadnego wpływu na bezpieczeństwo, a jedynie wynikała ze sklerotycznych i absurdalnie rozbudowanych przepisów, będących w Polsce zmorą ludzi prowadzących biznesy.

Usłyszałem kiedyś anegdotę o przedsiębiorcy, który zaadaptował już istniejący budynek na prywatne przedszkole (czyli, formalnie, „klub malucha”). Niedługo przed otwarciem odwiedził go oczywiście strażak. Strażak bardzo przykładał się do pracy, oglądał, notował, mierzył. Wreszcie z tryumfem pokazał pomiar dokonany calówką w jednym z korytarzy i oznajmił: „No, to przedszkola pan tu nie otworzy, korytarz jest o półtora centymetra za wąski”. O przebudowie mowy nie było, budynek, jako się rzekło, nie był nowy, ściana była nośna. Właściciel zapytał strażaka, czy coś na to można poradzić, bo przecież wpakowane pieniądze, kredyt, inwestycja i tak dalej. Strażak ochoczo przytaknął, że oczywiście, można. Zamiast poszerzać korytarz, trzeba zrobić dodatkowy projekt ostrzeżeń przeciwpożarowych. Kilka tablic, wskazujących drogę ewakuacyjną i takie tam. „A zna pan kogoś, kto może to zrobić?” – spytał właściciel. „Oczywiście” – rzekł strażak – „mam znajomego, który prowadzi taką firmę. Zrobi to za 10 tysięcy”. Przedsiębiorca swój interes uratował. Kolega strażaka – i najpewniej sam strażak – zarobili.

Ta historia, absolutnie prawdziwa, nie jest unikatowa i jestem pewien, że podobne mogłoby opowiedzieć wielu przedsiębiorców. Właściciele pokojów zagadek mogą mieć teraz trochę trudniej, bo strażacy nie będą się chcieli narazić i staną się rygorystyczni oraz ostentacyjnie wręcz uczciwi. A może po prostu ceny dodatkowych ostrzeżeń i tabliczek wskazujących drogę ewakuacji pójdą w górę i odpowiedni projekt będzie kosztował nie 10, ale 30 tysięcy.

Nie chcę brzmieć cynicznie w obliczu tragedii i mam nadzieję, że tak nie jest. Ale naprawdę musimy umieć oddzielić ludzkie nieszczęście od kwestii zarządzania państwem i durnych przepisów, tworzących okazje korupcyjne. W gruncie rzeczy sprawna ewakuacja czy możliwość wstępnego opanowania pożaru zależy zapewne od spełnienia zaledwie kilku najprostszych warunków: sprawna gaśnica, drożne wyjście ewakuacyjne, czujka przeciwpożarowa. Wydolne państwo nie polega na mnożeniu przepisów, tylko na tym, że jest w stanie zweryfikować parę najbardziej podstawowych i najoczywistszych kwestii, które nie są problemem także dla przedsiębiorców.