Fiskus już tak nie „goli”
Cezary Kaźmierczak 10.05.2018

Rozmowa z CEZARYM KAŹMIERCZAKIEM, prezesem Związku Przedsiębiorców i Pracodawców

– Czy konstytucja dla biznesu jest nam naprawdę potrzebna? Przecież zasadę: co nie jest zabronione, jest dozwolone, w polskim prawie znamy od zawsze.

– W polskiej tradycji administracyjnej czy nawet sądowej nie ma możliwości odwoływania się wprost do takich fundamentalnych zasad zawartych w ustawie zasadniczej. Dlatego trzeba ją było jasno i dobitnie zapisać w ustawie.

– Zasada domniemania uczciwości przedsiębiorcy już obowiązuje w polskim prawie.

– Ale urzędnicy do tej pory jej nie stosowali.

– Prawo własności jest zagwarantowane w konstytucji, komunizm upadł 29 lat temu, a polscy przedsiębiorcy, na których przede wszystkim opiera się nasza gospodarka, nadal traktowani są przez państwo jak potencjalni przestępcy.

– W 1989 roku polscy przedsiębiorcy bez kapitału, infrastruktury, banków, telefonów stworzyli 6 milionów miejsc pracy! Dzięki temu ludzie z upadających państwowych molochów mieli gdzie zarobić na chleb. Gdyby byli bezrobotni, to mogli podpalić kraj. Tak więc można powiedzieć, że to nasi drobni biznesmeni uratowali w Polsce demokrację. Niestety, nie tylko nie spotkało się to z uznaniem kolejnych rządów, ale w ramach „nienawiści klasowej” niemal natychmiast doszło do przykręcenia śruby i odchodzenia od przełomowej ustawy Mieczysława Wilczka.

– Jako pierwsi zrobili to wicepremier Balcerowicz i premier Bielecki, którzy byli wówczas postrzegani jako liberałowie.

– Leszek Balcerowicz – kilka lat wcześniej zanim zaczęła tego od nas wymagać Unia Europejska – zamknął granicę dla drobnego handlu ze Wschodem. Wówczas mówiono, że robi się to ze względów estetycznych (chodziło o wygląd targowisk). I z tego powodu kilkaset tysięcy ludzi pozbawiono dochodów. W tamtych latach rządzący oraz urzędnicy nie kryli swojej niechęci do polskich przedsiębiorców, jednocześnie preferując i wychwalając pod niebiosa zagranicznych inwestorów. Pamiętam, jak w latach dziewięćdziesiątych oburzano się na mnie, gdy krytykowałem budowanie w centrach naszych miast zagranicznych galerii handlowych. Mimo że mieliśmy bardzo dobre, nowoczesne i świetnie sobie radzące na rynku polskie firmy produkujące płytki ceramiczne, to nasz rząd dał dotację ich hiszpańskiemu konkurentowi. Gdy powiedziałem o tym podczas spotkania w Stanach Zjednoczonych, potraktowano to jako dowcip. W sądach przez lata było normą, że gdy polskie firmy sądziły się z zagranicznymi, można było być niemal pewnym, że spór zostanie rozstrzygnięty na korzyść obcego podmiotu.

– Ale polska gospodarka potrzebowała nowych technologii i kapitału.

– To jeden z mitów. W Rumunii, skąd właśnie wróciłem, zagranicznego kapitału jest niewiele, a ich wzrost gospodarczy w ubiegłym roku wyniósł 8 proc. i jest najwyższy w Unii. Nie ma innego sposobu na wyprowadzenie ludzi z biedy niż wzrost gospodarczy, a tego nie zapewni nam żaden zagraniczny kapitał, tylko setki tysięcy mniejszych i większych rodzimych firm.

– Znane są spektakularne upadłości wielu dużych polskich spółek za co odpowiedzialny był fiskus lub sądy. Czy nowe przepisy w jakimś stopniu mogą zminimalizować ten proceder?

– W ostatnich latach to na szczęście już się uspokoiło. Praktycznie od czasów Romana Kluski (jeden z najbogatszych Polaków, w 2002 roku został zatrzymany pod zarzutem wyłudzenia przez jego firmę 30 mln zł podatku VAT, zarzuty okazały się nieprawdziwe, a przedsiębiorcy sąd przyznał… 5 tys. złotych odszkodowania za niesłuszne zatrzymanie – przyp. autora) urzędnicy skarbowi doszli do wniosku, że zadzieranie z dużymi polskimi firmami się nie opłaca, a najlepszy do „golenia” jest mały lub średni przedsiębiorca, który nie ma pieniędzy na drogie prawnicze kancelarie ani możliwości zainteresowania swoją sprawą mediów. Klasycznym przykładem są drobni producenci szaf, których jest 130 tys. Przez lata była utrwalona praktyka, że stawka VAT w przypadku sprzedaży szafy z montażem wynosi 7 proc., a samej szafy 23 proc. Ci producenci dostawali z urzędów skarbowych zaświadczenia o niezaleganiu z podatkami, mieli kontrole i wszystko było w porządku. Nagle za rządów PO Ministerstwo Finansów zmieniło interpretację, stwierdzając, że na wszystko powinna obowiązywać stawka 23 proc. i za ostatnie pięć lat producenci muszą oddać różnicę wraz z odsetkami. W ten sposób próbowano „ogolić” także inne grupy i branże. A jednocześnie przez lata tolerowano mafie VAT-owskie.

– Teraz rząd twierdzi, że z mafiami VAT-owskimi już sobie poradził.

– Bardzo wiele dobrego zrobił pakiet paliwowy, dzieło byłego wiceministra finansów Wiesława Jasińskiego (odszedł ze stanowiska w 2017 r. – przyp. autora). 40 miliardów złotych ekstra rocznie z tytułu zmniejszenia wyłudzeń VAT-u świadczy o tym, że ten proceder w znacznej mierze został ukrócony.

– A co z „goleniem” małych przedsiębiorców?

– Państwo, instytucja czy korporacja są takie jak ich szefowie. Dlatego dużo będzie zależało od pani minister finansów i od premiera. Od tego, jakie instrukcje przekażą swoim podwładnym. Za Platformy, a dokładniej za wiceministra Kapicy, wyznaczane były limity, jaki procent kontroli ma się zakończyć karą (notatkę na ten temat sporządził anonimowy pracownik skarbówki w Opolu, jednak minister Mateusz Szczurek zaprzeczał, że taka instrukcja kiedykolwiek istniała – przyp. autora). Teraz na szczęście nie ma już takich zaleceń. Zmniejszyła się też o 43 proc. liczba kontroli. Fiskus dużo lepiej profiluje (zbieranie informacji o podatnikach – przyp. autora). Wprowadzono tzw. poziom istotności, który chyba się sprawdza. Jednak konstytucja biznesu może być dobrym posunięciem, tylko pod warunkiem że w ślad za nią dojdzie do uproszczenia systemu podatkowego, który jest jednym z najgorszych i najbardziej wrogich tak wobec przedsiębiorców, jak i obywateli w całej Europie.

– Chyba pan przesadza.

– Z pewnością nie, gdyż ten system pozbawia nas podstawowego prawa: wiedzy, jaki podatek powinniśmy zapłacić. Trudno się w nim połapać, skoro jeden pączek jest opodatkowany trzema stawkami VAT! Niedawno słyszałem dowcip, że ostatni człowiek, który orientował się w naszym systemie podatkowym, umarł dwa tygodnie temu.

– To możliwe, gdyż według Grant Thornton Ministerstwo Finansów publikuje rocznie 240 tys. stron interpretacji podatkowych.

– Mateusz Morawiecki, jeszcze gdy był wicepremierem, obiecał, że gdy rząd upora się z mafiami VAT-owskimi, to zajmie się uproszczeniem podatku VAT. A więc czekamy. Ale nawet to nie rozwiąże wszystkich ważnych problemów. W Polsce są 44 instytucje, które mogą kontrolować przedsiębiorcę.

– Według konstytucji biznesu kontrole mają być jak najmniej uciążliwe.

– Problem tylko w tym, że te instytucje kontrolne są państwami w państwie. Sanepid w Małopolsce jest czymś zupełnie innym niż sanepid w Zachodniopomorskiem. Słyszałem o przypadkach badania przez tę instytucję (za grube pieniądze) w warsztatach lakierniczych substancji, które nie są produkowane na świecie już od 25 lat. Kiedyś zatelefonował do mnie szef jednego z tych 44 urzędów, tłumacząc, że oni wydają tylko trzy regulacje rocznie (inne wydają o wiele więcej). Jeżeli jednak pomnożymy to przez 44 – to już mamy 132, a przez pięć lat – 660. Teoretycznie bardzo wiele z tych regulacji powinien znać każdy właściciel zakładu fryzjerskiego zatrudniającego trzy osoby albo niewielkiej firmy szyjącej damskie majtki! Przygotowujemy wielką publikację, która będzie spisem tych absurdów. Stosując wprost niektóre z nich, praktycznie można zniszczyć każdą firmę.

– Może pan je wymienić.

– (śmiech) Nic z tego. Na szczęście większość z nich nie jest stosowana i niech tak zostanie.

– Podobno teraz urzędnicy będą ponosić osobistą odpowiedzialność za naruszenie prawa.

– Proszę w to nie wierzyć. To fikcja. Jedyne, co mogłoby sprawić, żeby ta zasada zaczęła obowiązywać, to zmiana mentalności naszych sądów, by orzekały zgodnie z duchem i literą prawa, a do tego trzeba zmienić procedury. Ale to nie wszystko. W krajach anglosaskich stanowisko sędziego jest ukoronowaniem kariery prawniczej. U nas wystarczy aplikacja, asesura i można sądzić niezwykle skomplikowane sprawy gospodarcze o miliardowej wartości. Nie tak dawno brałem udział w sprawie, w której orzekała trzydziestoletnia dziewczyna, która nie miała żadnego pojęcia o gospodarce ani żadnego doświadczenia życiowego. Poczekajmy, jak te przepisy przełożą się na praktykę, na wyroki sądów administracyjnych. A znając szybkość ich pracy, wrócimy do tej rozmowy za pięć lat.

– Często słyszymy od polityków, że na przeszkodzie do uproszczenia systemu podatkowego czy zliberalizowania przepisów dotyczących działalności gospodarczej stoją dyrektywy unijne.

– To tłumaczenie naszych rodzimych geniuszy. Przykłady Estonii, Irlandii, Holandii świadczą o tym, że to nieprawda. Dwa lata temu napisałem artykuł, rodzaj odezwy do naszych polityków, w którym stwierdziłem, że Polska może konkurować z rozwiniętymi gospodarczo krajami tylko pod względem prawno-instytucjonalnym. Gdy nie mamy wielkiego kapitału ani supertechnologii, pozostaje stworzenie lepszych niż za naszymi granicami warunków do prowadzenia działalności gospodarczej.

– Myśli pan, że Mateusz Morawiecki podziela taki punkt widzenia?

– Tego nie wiem. Wiem, że Rumunia, która przez lata była w jeszcze gorszej sytuacji niż Polska, zdała sobie z tego sprawę i – jak już wspomniałem – efekty widać gołym okiem.

– Po 1989 roku polską gospodarką próbowało kierować wielu polityków. Któremu wystawiłby pan najwyższą ocenę?

– Jedynym do tej pory dobrym i kompetentnym ministrem od spraw gospodarczych był Mieczysław Wilczek. Morawiecki ma także szansę zrobić coś pożytecznego, ma dobre chęci, ale co z tego wyjdzie, na razie nie wiadomo. Niestety, nie wszystko zależy od niego, gdyż kierunek, tak jak w PRL-u, nadaje „partia matka”.

 

Rozmawiał: Krzysztof Różycki

Źródło: Tygodnik ANGORA