Hat trick Putina
Jerzy Marek Nowakowski 17.07.2018

Mundial się skończył, więc mam ostatnią okazję, by użyć futbolowych porównań. Aż się prosi aby stwierdzić, że Władimir Putin ustrzelił klasycznego hat-tricka. Zaliczył trzy poważne sukcesy polityczne w ciągu dosłownie kilku dni. Miniony tydzień był jednym z najlepszych z punktu widzenia rosyjskich interesów na przestrzeni ostatnich lat.

 

Pierwszy punkt zaliczyli Rosjanie dzięki organizacji mistrzostw świata. Bez wątpienia impreza była zorganizowana bardzo dobrze. Co prawda stadion na którym Polacy rozgrywali swój mecz o honor – w Wołgogradzie – właśnie się zawalił po ulewach, ale tego już nikt nie zauważy. Podobnie jak nikt nie będzie rozliczał kosztów mistrzostw. Ważne było to, że setki tysięcy kibiców z całego świata (w tym Polacy) wyjechało z Rosji zachwyconych, gościnnością, nowoczesnością i tym, że na ulicach zamiast białych niedźwiedzi i tłumów ponurych policjantów był tłum życzliwych Rosjan, na oko nie różniący się zbytnio od podobnego tłumu w dowolnym mieście Europy. Kibice za chwilę zapytają swoich polityków: „dlaczego nakładacie sankcje na ten przyjazny kraj”.

Okazało się również, że bojkot polityczny mistrzostw wyszedł – delikatnie mówiąc – tak sobie. Dwukrotna wizyta prezydenta Francji, pani prezydent Chorwacji, królów Hiszpanii i Holandii, premiera Orbana oraz – oczywiście – wszystkich satelitów Rosji od Armenii po Białoruś udowodniły, że bojkot mistrzostw zwyczajnie się nie udał. Wisienką na mundialowym torcie były gratulacje prezydenta Stanów Zjednoczonych i jego zachwyty nad organizacją imprezy.

Jedyne zgrzyty zafundowali sobie sami Rosjanie wywołując awanturę po internetowym wpisie chorwackiego obrońcy, który ośmielił się powiedzieć „Sława Ukrainie”. Gdyby nie rosyjskie protesty pewnie nikt by tego wpisu nie zauważył. Trudno było nie zauważyć wpadki z parasolami podczas ceremonii dekoracji zwycięzców. Ale była to wpadka i nie wpadka jednocześnie. Bo moknący Emanuel Macron i Kolinda Grabar- Kitarović obok stojącego pod parasolem Putina to był jasny przekaz: są ważni ale są też ważniejsi. Podobnie było z wbiegnięciem na boisko grupy Pussy Riot. Polscy komentatorzy oburzyli się na chuliganów zakłócających „święto futbolu” i jak sądzę, tak samo zrobiła większość telewizji świata. Nie zadali sobie trudu, by się zorientować, czy nie jest to protest polityczny, a stanowczość służb porządkowych pochwalili.

Drugi punkt putinowskiego hat-tricku to szczyt NATO. A dokładniej ogólna niezgoda sprowokowana przez amerykańskiego prezydenta. W Brukseli zamiast rozmowy o wzmocnieniu Paktu odbywały się połajanki dotyczące budżetu i wkładu poszczególnych państw do kasy NATO. Zamiast zauważyć, że coraz więcej krajów zwiększa wydatki obronne, zamiast pamiętać, ze zgodnie z ustaleniami podjętymi w Warszawie państwa członkowskie mają czas do roku 2024 by wydatki obronne osiągnęły poziom 2% PKB, Donald Trump straszył sojuszników wyjściem USA z NATO i zażądał by nie mówić o 2% tylko o czterech. (Same USA wydają obecnie 3,71% PKB na obronę). Znakomicie unikał natomiast rozmowy o celach działania Sojuszu i o jakiejkolwiek wspólnocie państw Zachodu. A dzień po szczycie uznał Unię Europejską (czyli de facto europejską flankę NATO) za „wroga” (foe) i to – jak może wynikać z kontekstu – gorszego od Rosji i Chin.

Rozbicie solidarności Zachodu jest od lat jednym z naczelnych celów polityki rosyjskiej. Osłabienie NATO, otwarta awantura z UE, popieranie najbardziej antyeuropejskich polityków w Wielkiej Brytanii, agresywne obrażanie sojuszników, i odpowiedzi w stylu włoskiego „nie” dla wzrostu wydatków na obronę to więcej niż mógłby Władimir Putin sobie wymarzyć.

A później był szczyt w Helsinkach. Ponad dwie godziny rozmowy w cztery oczy Trumpa i Putina. Jest normą, że taka rozmowa odbywa się w towarzystwie zaufanych doradców, którzy robią notatki. Cztery oczy w polityce oznacza w istocie oczu dwanaścioro (tłumacze i doradcy z obu stron). Tym razem byli tylko tłumacze. Co ustali obaj gentlemani pozostanie ich słodką tajemnicą. Z przebiegu późniejszej konferencji prasowej można wnosić, że Trump nie czuł się zbyt pewnie. Zwykle błyskotliwy, lekko protekcjonalny i niegrzeczny tym razem był w cieniu Putina, niczym asystent przy profesorze. Zadziwiające zapewnienia rosyjskiego prezydenta, że nie ma żadnych „kompromatów” na Trumpa, zabrzmiały lekko dwuznacznie. W polityce obowiązuje bowiem zasada, że informacje niezdementowane są mało warte. No i na koniec, ku radości i zaskoczeniu Rosjan, Donald Trump zajął się oskarżaniem własnego państwa o psucie relacji z Rosją i oznajmił, że nie ma powodu by wierzyć bardziej własnym służbom specjalnym niż Putinowi (który skądinąd, wbrew swojemu zwyczajowi, przypomniał, iż sam się ze służb wywodzi). I na koniec Rosjanie dostali to co było ich głównym celem, czyli stwierdzenie, że wspólnie USA i Rosja ponoszą odpowiedzialność za światowe bezpieczeństwo. Krótko mówiąc w Helsinkach byli uprzejmi poinformować świat, że zamierzają wrócić do koncertu supermocarstw z epoki zimnej wojny.

A konkrety? Wiemy, że Rosja złożyła jakieś projekty nowych umów rozbrojeniowych. Rozbrojenie to dobra rzecz. Warto wszakże pamiętać, że od czasów Gorbaczowa kluczowym elementem rosyjskiej wizji rozbrojenia jest stworzenie w naszym regionie Europy strefy rozrzedzonego bezpieczeństwa. Dopiero po analizie propozycji rosyjskich będzie można powiedzieć czy idzie o prawdziwe rozbrojenie czy o rozbrojenie selektywne? Wydaje się również, że rozmówcy z Helsinek handlowali interesami Iranu i Kurdów. Co jest skądinąd logiczne, bo Iran jest dla Rosji dużo bardziej rywalem niż sojusznikiem a syryjscy Kurdowie, którzy przelewali krew w amerykańskiej wojnie z Państwem Islamskim teraz przestali być potrzebni, a nawet stanowią kłopot w relacjach z Turcją.

Rzeczywiste efekty szczytu poznamy zapewne po dobrych paru miesiącach. Warto przy okazji zauważyć, że w tym samym czasie, gdy prezydent USA odbierał lekcje polityki w Helsinkach, odbył się szczyt Unia Europejska – Chiny. I z Pekinu popłynęły apele o wolny handel i współpracę. Komunistyczny reżim chiński – pamiętajmy, że o wiele bardziej opresyjny od putinowskiego – staje się już od jakiegoś czasu głównym obrońcą globalizacji i wolnego handlu. Nie zdziwił bym się gdyby miało się okazać, że lipiec 2018 roku zostanie uznany przez historyków za początek procesu odwracania sojuszy. Zwłaszcza, że od czasu rewolucji łupkowej Stany Zjednoczone stały się eksporterem surowców energetycznych, podobnie jak Rosja, tymczasem Chiny podobnie jak Europa są zainteresowane jak najniższymi cenami ropy i gazu.

Rosjanie osiągnęli co najmniej jeden cel. W ciągu tygodnia z roli mocarstwa regionalnego zdołali awansować do kategorii gracza światowego, co było jednym z głównych celów Putina od początku prezydentury w 2000 roku. Znacznie zbliżyli się również do tego by rozmontować solidarność Zachodu. Ten drugi cel był zbieżny z dążeniem Chin, które z zachwytem powitają zbliżenie z Europą przeciwko Stanom Zjednoczonym. Niestety nie jest to dobra wiadomość dla nas. Coraz wyraźniej widać, że polityka światowa zmierza ku powrotowi do dominacji mocarstw kosztem mniejszych krajów. Pomysł na to by Polska była „drugim Izraelem”, który zdaje się przyświecać części naszych polityków, jest równie realistyczny jak niegdysiejsze pomysły na „druga Japonię”, „drugą Irlandię” czy „drugą Turcję”. A dokładniej może się zrealizować tylko w takiej formie jak marzenie, że Polacy w futbolu osiągną tyle samo co Niemcy. W Rosji się udało.