Jak Cosmici doprowadzili do wojny z imigrantami
Tomasz Wróblewski 30.01.2017

 

Karambol na lotniskach i demonstracje w miastach, po tym jak Trump zakazał wpuszczania do Ameryki  obywateli siedmiu islamskich państw,  to dopiero początek wielkiej transformacji zachodniego świata. Na naszych oczach umiera wielki lewicowy projekt cywilizacji bez granic i państw bez narodów. Nie pierwszy to i nie ostatni bezmyślny koncept zrodzony w głowach progresywnych intelektualistów, a potem przenoszony z salonów do realu, na zgubę milionów. To nie będzie ani przyjemny ani bezbolesny proces, ale z Trumpem czy bez, nieunikniony.

Ani Mur na granicy z Meksykiem, ani zasieki Orbana, barykady w Calais, druty kolczaste na Gibraltarze czy przywrócone punkty kontrolne w całej Europie, nie są wymysłem partii narodowych. Pieniądze na rozbudowę muru,10 lat temu przegłosował Kongres przerażony dewastacją południowych stanów. Większość nowych utrudnień na europejskich granicach usankcjonowały te same rządy, które jeszcze niedawno z entuzjazmem witały dzikie tłumu nielegalnych imigrantów. Trzeba było tysięcy gwałtów, spalonych samochodów, zrabowanych sklepów i setek ofiar zamachów terrorystycznych zanim przejrzeli na oczy. Pojęli prostą prawdę, że granice nie dzielą ludzi na narody, tylko są konsekwencją już istniejących odrębności narodowych i różnic kulturowych. Zacierając różnice między legalnymi a nielegalnymi obywatelami rozmontowują to co dotychczas definiowało poczucie przynależności, tożsamości narodowej i stanowiło o atrakcyjności państwa. Wbrew rozmaitym akademickim teoriom szukającym źródeł wojen w państwach narodowych, granice od zawsze miały przede wszystkim moc twórczą. Ludziom wyznającym te same wartości i doświadczenia kulturowe, dawały poczucie przynależności i bezpieczeństwa, pozwalały realizować się w tym co uważali istotę swojego istnienia. Wyznaczały przestrzenie narodowej tożsamości,  moralności i wiary. Nawet jeżeli pozwalały współistnieć rozmaitym wyznaniom, to za każdym razem w ramach praw i tradycji unikalnych dla tego narodu.  Konkurując prawami,  przywilejami, bogactwem i wolnościami między sobą, z  niewielkiego kontynentu, narody europejskie stworzyły  tygiel unikalnych kulturowo państw. To nie przypadek, że właśnie tu, w nieustannych sporach i narodowych waśniach wykuła  się cywilizacja, która z czasem zawładnęła umysłami i gospodarką świata.

Europejska tożsamość wolności obywatelskich i demokracji to historia naszych granic. Nieodłączny element zachodniej tożsamości inspirującej dziś niemal wszystkie narody świata. Równie ważny co epokowe wynalazki,  co maszyna parowa,  druk Gutenberga, wspaniałe dzieła Michała Anioła,  Francisco Goya, Van Gogha, Bacha, Chopina czy Picasso. Wszystkie noszą ślady granic narodowych.

Konflikty i spory graniczne nie zawsze były próbą podbicia i zrabowania sąsiedniego państwa. Przez całe stuleci były jedynym sposobem wyrażania odrębności narodowych, własnej wrażliwości społecznej, własnego rzemiosła, uprawy roli, które w innym razie nigdy nie rozwinęłyby się, padając natychmiast ofiarą silniejszego czy agresywniejszego sąsiada. Zanim granice stanowiły przeszkodę, której nie dało się pokonać bez wiz, zezwoleń i paszportów, wyznaczały przestrzeń w której ludzie, których łączyło coś więcej niż pochodzenie od małpy, mogli się realizować w tym co cenili sobie nad życie. Migrowali między królestwami, państwami odnajdując dla siebie bezpieczne enklawy. Mniej lub bardziej zorganizowane osadnictwo ludzi podzielających lokalne wartości stanowiło o dziedzictwie nie tylko takich państw jak Polska, ale też Włoch, Grecji, Niemiec czy Hiszpanii.  W historii Europy mamy  dziesiątki granic, które przedmiotem wiecznych sporów: Bałkany, Alpy, Sudety, Prusy, Alzacja i Lotaryngia, Inflanty, linia Dniepru, Dunaju. Przysłowiowe Argos i Sparta, które nie wyznaczały samych  tylko ambicji oszalałych od testosteronu wodzów, ale przede wszystkim były częścią kształtowania się narodów, zmieniających się sentymentów i przenikających się kultur. Ludzie swobodnie przechodzili na drugą stronę jeżeli czuli, że bliżej im do ludów po drugiej strony góry, jeziora czy rzeki.

W tradycji każdego europejskiego państwa mamy multum poruszających doświadczeń i legend o poświęcaniu  życia w obronie granic i narodowej tożsamości. Tyleż dowodów odwagi co tragedii narodowych. Niczym samobójstwo legendarnych    Zelotów broniących Masady, do dziś stanowiące o tożsamości narodu żydowskiego i jego przywiązania do swojej odrębności. I to te tragedie, zbiorowe samobójstwa, zabory, bestialskie mordy uczyły narody, że w chwili zagrożenia trzeba zwierać szyki, zwracać się w stronę tego, co daje im ochronę. Przekonanie, że to naród a nie przelotne sojusze czy wiara w ludzką dobroć, są gwarancją bezpieczeństwa, a granice strefą, bez której nic już nie jest takie same.  Płonące ulice Paryża, Londynu, Calais, Malmo, gangi  latynowskie paraliżujące miasta od Kalifornii po Florydę, to wszystko instynktownie karze ludziom szukać oparcia w tym co znają najlepiej. Otaczać się swoimi, a jak trzeba to murami, zasiekami i prawami eliminującymi zagrożenie.  W żadnym z państw, które wprowadziły, albo wprowadzają regulacje ograniczające dostęp nielegalnym imigrantom, skrajne partie narodowe nie mają jak na razie większości. Ba w większości z nich nie ma ich nawet w parlamencie. Radykalizacja nastrojów jest konsekwencją a nie przyczyną.

Wizja świata bez granic nie jest wymysłem socjalizującej ekipy Obamy czy  euro-elit. O ile dobrze pamiętam, to Sokrates  jako pierwszy utrzymywał, że jest człowiekiem „Cosmosu” a nie zwykłym obywatelem Aten i jako taki czuje się wolny. Choć i on uznawał, że jego ciało pozostaje w obrębie ludzkich granic. Kolejnymi przybyszami z Cosmosu byli wcześni marksiści, przekonani, że w miarę jak rozkwitać będzie  sojusz robotniczo-chłopski granice między narodami same z siebie będą zanikać. Coś, co później sowieccy komuniści sprytnie wykorzystywali racjonalizując kolejne aneksje niegdyś wolnych narodów Europy Środkowej i Azji, w imię ponadnarodowego sojuszu. Koncept przetrwał brutalne czasy komunistycznego terroru. Gdzieś w zakamarkach zachodnich uczelni cały czas tlił się intelektualny ferment przekornie sięgających do utopijnych filozofii Bakunina czy Lenina. Kawiarniane konstrukty filozoficzne  dowodzące, że granice to przestarzały koncept, stworzony dla możnych tego świata, którzy stygmatyzując poszczególne nacje i prowokując wzajemne animozje, mogą je łatwiej kontrolować. Prawdą jest, że  granice wyznaczały również bezprawie i zamiast łączyć oddzielały od siebie rodaków, których wir wojny i kompromisów politycznych wyrzucił do innych krajów. Jednak wiara, że świat po wygumkowaniu granic ich z mapy byłby lepszy jest tak naiwna jak leninowska teoria, że świat bez religii uwolni ludzi od strachu.  Nonsens. To nie granice stanowią o różnicach między narodami, ale co najwyżej są ich odbiciem. Tak, jak zacieranie się formalnych granic jest konsekwencją znikających różnic między narodami Półwyspu Apenińskiego, czy  Beneluksu. Choć i te, w razie potrzeby potrafią szybko się odrodzić, najlepszym przykładem jest podział na Czechy i Słowację. Przez te wszystkie lata historia dwóch rzeczy nas tu nauczyła. Po pierwsze, najtrudniej jest scalić narody, które siłą zostały wciśnięte w jedną granicę, czego najlepszym przykładem jest Związek Radziecki czy Jugosławia. Druga nauka, to, że bez względu na historyczne doświadczenia, wyalienowane elity, nigdy nie przestaną próbować nas scalać i jednoczyć wbrew prawom natury.

I tak, w miarę jak europejskie elity zamykały się za coraz to wyższymi murami swoich specjalnych osiedli i fortec unijnych instytucji wolnych od oceny wyborców, tak też ich wizje świata stawały się coraz bardziej wspaniałomyślne dla obcych i oderwane od tego co powodowało, że ludzie czuli się Francuzami, Włochami czy Niemcami. Jak  Sokrates, stawali się ludźmi oraz z Cosmosu. W efekcie dorobiliśmy się dwóch  równoległych cywilizacji, „chronionych” i „niechronionych” jak ich Peggy Noonan nazwała w książce –  „Wdzięk Patriotyzmu – Co to jest i dlaczego go dziś potrzebujemy”.

W miarę jak rosła pewność siebie Platformy Obywatelskiej i jej „chronieni” działacze otwierali ramiona dla uchodźców , wyborcy czuli jak tracą własne poczucie bezpieczeństwa. Brexitem skończyły się próby wymuszania otwartości i większych poświęceń na brytyjskich obywatelach. W tydzień po tym jak gubernator Florydy Jeb Bush, oznajmił, że przyjmowanie nielegalnych imigrantów jest „aktem prawdziwej miłości”, stracił większość poparcia i wypadł z wyścigu o  nominację partii republikańskiej na prezydenta. Kopacz, Tusk,  Juncker,  Bush, Hillary Clinton,  klasa chronionych, ludzi wolnych od przyziemnych trosk i strachów nie znajdująca zastosowania do podtrzymywania narodowych więzi i historycznych granic.

Dopóki rządzącym udawało się utrzymać pozory spójności kulturowej, praworządności i panowania nad przestępczością, „niechronieni” dawali się zwodzić tej dobrodusznej  ideologii  wspaniałomyślności i wyrozumiałości. Wielu pewnie to schlebiało, że mogą dzielić się swoim dobrobytem, mogą przejmować ten protekcjonalny stosunek do imigrantów, czuć się wybrańcami –   klasą „chronionych”.  Oczywiście do czasu. W miarę jak dzikie wędrówki przemierzały przez najmniejsze miasta i miasteczka Zachodniej Europy rosło grono osób narażonych i zdeklasowanych do warstwy  “niechronionych”. Przerażone twarze mieszkańców Calais, zastraszone dzieci w szkołach południowej Kalifornii, Niemki odarte z godności przez bandy seks maniaków,  czy bezsilni przechodnie Malmo, to ich obrazy przedostały się z ekranów telewizji do zbiorowej świadomości. To w domach, na kanapach w salonie, w kuchni przy  śniadaniu, a nie w mrocznych głowach jakichś skrajnych nacjonalistów,  zapadły decyzje o stawianiu murów i wzmacnianiu granic.

Granice dla narodów są tym, czym płoty dla sąsiadów. W dojrzałych, spokojnych dzielnicach płoty karleją, czasem znikają, bo ludzie wiedzą jak zostały wytyczone i jak daleko mogą się posunąć. Stare teksańskie powiedzenie brzmi – rozbierając płot dzielący przyjaciół umacniasz przyjaźnie, budując mury między wrogami umacniasz pokój”. W żadnym wypadku nie zrobisz przyjaciół z wrogów, tylko dlatego, że rozbierzesz płot. A kiedy jest już za późno i w panice od nowa   bierzemy się za stawianie murów,  to budujemy je tylko wyższe i grubsze.  Coś, co dziś obserwujemy w Ameryce i na płonących ulicach europejskich miast, coś czego zatrzymać się już nie da.