Jak Żakowski nadużył Radbrucha
Łukasz Warzecha 02.07.2018

Nie wiadomo, co stanie się z Sądem Najwyższym 4 lipca, kiedy 11 sędziów, zgodnie z nową ustawą o SN, powinno ustąpić z urzędu w związku z przejściem w stan spoczynku. W tej grupie jest też prof. Małgorzata Gersdorf, I prezes SN. Pozostaje mieć nadzieję, że nie skończy się chaosem, który oznaczałby realne problemy dla wszystkich, dla których sprawnie funkcjonujący wymiar sprawiedliwości – również na najwyższym szczeblu, czyli właśnie na poziomie Sądu Najwyższego – jest kluczowy. Nie trzeba tłumaczyć, zwłaszcza na portalu Warsaw Enterprise Institute, jak ważne to jest dla przedsiębiorców.

 

Skłonny jestem uznać, że skoro w ustawie zasadniczej jest wprost mowa o sześcioletniej kadencji I prezesa SN, to nie można tego czasu skrócić w sposób inny niż również wskazany w konstytucji – ale to oczywiście jedynie opinia laika. Jak wiadomo, są w tym starciu opinie prawne korzystne dla obu stron.

Trudno jednak wierzyć, że wysłanie na emeryturę części sędziów SN miałoby zasadniczy wpływ na jakość orzekania w polskich sądach w ogóle. Mamy zatem do czynienia z polityczną walką o kolejne instytucje, która może się negatywnie odbić na obywatelach.

Sędziowie SN, którzy nie zgadzają się z postanowienia nowej ustawy, są faktycznie w trudnej sytuacji – abstrahując od ich ewentualnych politycznych motywacji. Nie wykluczam, że niektórzy spośród tych, którzy nie złożyli u prezydenta wniosków o umożliwienie pozostania w stanie czynnym, kierują się autentyczną troską o praworządność. Ale przecież to nie sędziowie SN decydują o konstytucyjności ustaw. To rola Trybunału Konstytucyjnego – niezależnie od tego, co myślimy o jego obecnym składzie i działalności.

Nie tym wątkiem chcę się jednak zająć. Moją uwagę zwraca szczególny sposób argumentacji, pojawiający się po stronie sprzyjających opozycji komentatorów.

Dla części opozycji bunt w SN jest jedną z ostatnich okazji, żeby pobudzić zagraniczną reakcję, nic więc dziwnego, że trwa zagrzewanie sędziów do boju. Zagrzewa do boju również Jacek Żakowski, który na portalu Wirtualna Polska zamieścił coś w rodzaju płomiennego manifestu, zatytułowanego „Sędziowie, ani kroku wstecz. Dosłownie. Nawet jak będą Was wynosić”. W tekście tym Żakowski przywołuje bardzo interesujący argument w postaci tak zwanej formuły Radbrucha.

Gustav Radbruch, niemiecki filozof prawa, wiceminister sprawiedliwości w rządach Stressemanna w latach 20. XX wieku, po II wojnie światowej zajął się problemem winy narodu niemieckiego. Swoją słynną formułę zawarł w krótkim wykładzie radiowym, zatytułowanym „Pięć minut filozofii prawa”, wygłoszonym w 1945 roku. Wykład zawierał krytykę pozytywizmu prawniczego – postawy niezwykle częstej również wśród współczesnych prawników. Pozytywizm prawniczy objawia się na przykład wówczas, gdy prawnik tłumaczy obywatelom, oburzonym wyrokiem, że może poczucie sprawiedliwości doznało krzywdy, ale litera prawa jest literą prawa.

Radbruch w pierwszej minucie swego wykładu powiada tak:

Rozkaz jest rozkazem – mówi się żołnierzowi; ustawa jest ustawą – twierdzi prawnik. Podczas jednak gdy żołnierz ma obowiązek i prawo wypowiedzenia posłuszeństwa, jeśli wie, że rozkaz prowadzi do przestępstwa, to prawnik, od kiedy przed około stu laty wymarli wśród prawników ostatni zwolennicy prawa natury, nie ma żadnych takich wyjątków od obowiązywania ustawy i posłuszeństwa osób podporządkowanych ustawie. Ustawa obowiązuje, ponieważ jest ustawą, a jest ustawą, ponieważ z reguły posiada moc samorealizacji.

Takie ujęcie ustawy i jej obowiązywania (nazywamy je pozytywizmem) uczyniło zarówno prawników, jak i naród, bezbronnymi wobec ustaw despotycznych, okrutnych i przestępczych. Utożsamia ono ostatecznie prawo z siłą – tylko tam, gdzie jest siła, jest prawo.

W minucie trzeciej Radbruch mówi:

Jeśli ustawy świadomie zaprzeczają sprawiedliwości, np. arbitralnie przyznają i odbierają ludziom ich prawa, to nie obowiązują, naród nie jest zobowiązany do ich przestrzegania, a prawnicy również powinni zdobyć się na odwagę odmówienia im charakteru prawa.

I wreszcie w minucie piątej Radbruch podsumowuje:

Istnieją takie zasady prawne, które silniejsze są od każdego przepisu prawnego i w konsekwencji ustawa, która jest z nimi sprzeczna, pozbawiona jest mocy obowiązującej. Zasady te określa się jako prawo natury lub prawo rozumu. Z pewnością niektóre z nich otoczone są wątpliwościami, ale z drugiej strony przez wieki wypracowano ich tak trwały stan i skodyfikowano w deklaracjach praw człowieka i obywatela w oparciu o tak powszechne porozumienie, że w odniesieniu do niektórych z nich tylko z trudem można zachować sceptycyzm.

Tyle Radbruch (cytaty za znakomitym zbiorem „Księga jubileuszowa Rzecznika Praw Obywatelskich”, wydanym za czasów śp. Janusza Kochanowskiego). Na czym polega manipulacja Żakowskiego?

Po pierwsze – środowisko dziś walczące z, jak to określa, zamachem na sądownictwo przez lata było zwolennikami twardego pozytywizmu prawniczego w najgorszym wydaniu, czyli kompletnego lekceważenia poczucia sprawiedliwości na rzecz ślepego podążania za literą prawa. Takie podejście wpajano nowym pokoleniom sędziów. Najoczywiściej niesprawiedliwe działania sądów tłumaczono w ten właśnie sposób. Pozytywizm okazuje się koncepcją ryzykowną dopiero, gdy Żakowskiemu pasuje to politycznie.

Po drugie – sięganie po Radbrucha, czyli najcięższe działa, w obecnej sytuacji jest najzwyczajniej obłudne. Gustav Radbruch swój słynny wykład wygłaszał w bardzo konkretnym kontekście politycznym i przede wszystkim etycznym: po 12 latach krwawej dyktatury narodowych socjalistów, którzy gwałcili najbardziej podstawowe prawa człowieka – te właśnie, o których Radbruch mówi jako o zasadach najbardziej rudymentarnych, odczuwanych przez każdego w sposób naturalny. Jego wywody o swoistym nieposłuszeństwie prawników wobec ustaw odnosiły się do otwarcie rasistowskiego prawodawstwa III Rzeszy i osób takich jak Roland Freisler, sędzia Trybunału Ludowego, który miał na koncie setki ofiar najzwyklejszych mordów sądowych, w tym członków Białej Róży – konspiracyjnego stowarzyszenia młodych chrześcijańskich idealistów, w którym działało rodzeństwo Schollów. Hans i Sophie zostali przez Freislera skazani na gilotynę. Sam Freisler zginął od odłamka w lutym 1945 r. w Berlinie.

Gdzie Rzym, gdzie Krym? Można toczyć spór prawny o zasadność zmian w polskim SN, można przywoływać czysto polityczny kontekst tychże, ale doprawdy nijak się to nie ma do okoliczności, w jakich Gustav Radbruch formułował swoje twierdzenia ani, tym bardziej, do praw naturalnych i podstawowych, bo sposób powoływania i odwoływania sędziów tego czy innego sądu w oczywisty sposób do nich nie należy. Nikt nie jest prześladowany ze względu na swoją rasę czy poglądy, nikomu nie grozi śmierć ani więzienie z powodów politycznych. Mamy brzydki klincz polityczno-prawny, ale daleko stąd do sytuacji, która – według Radbrucha – uzasadnia swego rodzaju prawnicze nieposłuszeństwo.

Argumentacja Żakowskiego prowadzi tymczasem do bardzo ryzykowanych wniosków. Jeśli rozciągniemy obowiązywanie formuły Radbrucha na przypadki zwykłego sporu politycznego, wykraczające mocno poza sferę najbardziej podstawowych praw człowieka, to damy prawnikom prawo do arbitralnego decydowania, którego prawa zechcą przestrzegać, a którego nie. Do jakiego chaosu może to prowadzić, nie trzeba tłumaczyć. A piszę to jako konsekwentny krytyk absolutyzowania prawniczego pozytywizmu.

Jedną z fatalnych cech dzisiejszego sporu politycznego jest, że obie jego strony straciły wszelki umiar w argumentacji i opisywaniu oponentów. Odwoływanie się w przypadku konfliktu o sądownictwo do twierdzeń wybitnych filozofów prawa, ale odnoszących się do sytuacji absolutnie skrajnych, to część tego problemu.