Jawność płac, czyli recepta na chaos
Łukasz Warzecha 08.02.2019

PiS w trybie ratunkowym przepycha ustawę, ujawniającą wynagrodzenia w NBP. I dobrze, choć nie powinniśmy się łudzić, że stoi za tym nagłe uznanie potrzeby wprowadzenia daleko idącej jawności w życiu publicznym. To jedynie ratowanie wizerunku po buncie Adama Glapińskiego, podobnie jak ratowaniem wizerunku było skrajnie populistyczne ograniczenie uposażeń parlamentarzystów.

 

Przy okazji jednak „Gazeta Wyborcza” opublikowała tekst, w którym postawiono tezę, że jawne powinny być wszystkie wynagrodzenia. Nie tylko w sektorze publicznym, ale w ogóle. Ten pomysł przewija się zresztą uparcie od jakiegoś czasu: ujawnijmy wszystkie płace, tak żeby ludzie mogli się przekonać, czy nie są „dyskryminowani”. To pomysł głupi, groźny i niezgodny z prawem.

Wśród pomysłów na nowelizację kodeksu pracy pojawiła się jego łagodniejsza wersja. Zgodnie z nią w ogłoszeniach o pracę mają być podawane stawki wynagrodzenia lub przynajmniej widełki płacowe. Czy wejdzie w życie – nie wiadomo.

Jednak nie ma w obecnym stanie prawnym możliwości ujawnienia zarobków, ponieważ wykluczają to przepisy o ochronie danych osobowych oraz sam kodeks pracy w artykułach, mówiących o dobrach osobistych. Przepisy można oczywiście zmienić, ale to nie sprawi, że pomysł na całkowitą jawność zarobków przestanie być głupi i groźny.

Po pierwsze – oznacza skasowanie wyboru. Dziś, gdy majątki (ale niekoniecznie wynagrodzenia) części osób, pracujących dla państwa, są jawne, każdy ma wybór. Jeśli ta jawność jest dla niego problemem, wybiera po prostu inną pracę. Uważam, że w sferze, zasilanej publicznymi pieniędzmi, jawności jest zdecydowanie zbyt mało. Jestem zwolennikiem jawności wynagrodzeń (nie majątków) w spółkach skarbu państwa – głównie dlatego, że SSP są dogodnym miejscem do upychania zasłużonych towarzyszy, a jawność wynagrodzeń jest być może jedynym sposobem, żeby tę tendencję stłumić. No i mówimy tu jednak o pieniądzach publicznych, mimo że SSP na siebie zarabiają.

Natomiast jawność zarobków w całej gospodarce oznaczałaby brak wyboru. Nie można by znaleźć pracy, w której dałoby się jawności wynagrodzenia uniknąć.

Po drugie – oznaczałoby to częściowe ograniczenie wolności zawierania umów i dysponowania swoją własnością. W prywatnej firmie kwestią decyzji właściciela i pracodawcy jest, jak ustawi sobie siatkę płac. Ważne jest, żeby firma dobrze działała. Jeśli właściciel ma kaprys, żeby płacić parkingowemu przy bramie tyle samo co swojemu wiceprezesowi, nikt mu nie zabrania. I nikomu nic do tego. Pracodawca, choć ograniczony ogólnymi przepisami o wynagrodzeniach, może też sam wymyślać sobie sposoby premiowania pracowników, przyjmując dowolne kryteria. Mówiąc w uproszczeniu – jeden postawi na ilość, inny na jakość, a dla jeszcze innego nie będzie ważne ani to, ani to, ale niewymierne pozytywne oddziaływanie danej osoby na zespół. Lub przeciwnie – umiejętność tejże osoby do tyranizowania pracowników. Powtarzam: nikomu nic do tego. Jawność wynagrodzeń sprawiłaby, że te często trudne do zmierzenia kryteria stałyby się obiektem nieustających i gwałtownych ataków.

Po trzecie – to recepta na kadrowy paraliż w całej gospodarce. To kontynuacja poprzedniego wątku. Przy jawnych wynagrodzeniach firmy – od mikrofirm po największe korporacje – zostałyby sparaliżowane roszczeniami, sporami i rozpadem relacji między pracownikami.

Skrajną nieodpowiedzialnością – ale zarazem podświadomym być może uwielbieniem dla komuny – wykazują się ci, którzy twierdzą, że pozwoliłoby to wyeliminować „niesprawiedliwości”. Przecież pojęcie sprawiedliwego wynagrodzenia jest całkowicie relatywne, a większość byłaby przekonana, że ich pensje sprawiedliwe nie są w zestawieniu z pensjami kolegów z pracy. Mogłoby się to skończyć wprowadzeniem sztywnych wynagrodzeń, ściśle przypisanych do danego stanowiska, bez względu na kompetencje, wkładany wysiłek, wiedzę, osiągnięcia. Z drugiej zaś strony – mnożeniem stanowisk w gruncie rzeczy fikcyjnych, tak żeby dało się niektórym zapłacić więcej. Nietrudno przewidzieć, że jest to recepta na wywołanie kolejnej fali emigracji, zwłaszcza lepiej wykwalifikowanych pracowników.

Kluczowym i negatywnym czynnikiem przy podejściu do własnej pracy i wynagrodzenia za nią byłoby wprowadzenie porównania własnej pensji z pensjami innych. A przecież bez tego elementu pracownik również może ocenić, czy uważa swoje wynagrodzenie za adekwatne do wkładanej pracy, wiedzy i efektów, bez kierowania się zawiścią, zazdrością i podobnymi emocjami. W płacowych negocjacjach sytuacja jest dzięki temu czystsza. A jeśli pracownik uważa, że jest niedoceniany, może zmienić pracę.

Przede wszystkim jednak byłoby to uderzenie w prywatność obywateli. Wynagrodzenia są sprawą prywatną, kwestią umowy między pracobiorcą a pracodawcą. Można założyć, że większość chciałaby wiedzieć, ile zarabiają jego koledzy z pracy, ale nie chciałaby sama ujawniać swoich zarobków. Ot, paradoks.

Pomińmy tu już ryzyko, związane z podaniem oszustom, złodziejom, bandytom wszelkiego rodzaju na tacy bardzo cennych informacji o sytuacji materialnej prywatnych osób.

Na razie pomysły jawności płac pojawiają się tylko po lewej stronie, głównie wśród publicystów. I oby tylko w tej sferze pozostały. Niestety, rządzący socjaliści takie niemądre pomysły lubią podchwytywać, zatem nigdy nic nie wiadomo.