Kiedy zaczyna się życie
Robert Gwiazdowski 22.01.2019

Jak było do przewidzenia zainteresowanie mediów koncentruje się na moim stosunku do aborcji. Więc miejmy to już ostatecznie za sobą. Napisałem ten tekst w pierwszej wersji kilka lat temu. Potem uzupełniłem. Ale nie opublikowałem. Teraz już muszę, skoro wszystkich to akurat tak bardzo interesuje.

 

O aborcji dyskutuje się w kontekście wolności. Na temat wolności napisali zacni filozofowie grube tomiszcza. A to w sumie prosta idea: każdy ma prawo czynić wszystko, co nie szkodzi innym. Tak to ujmował art. 4 Deklaracji Praw człowieka i Obywatela z 1789 roku, gdy francuscy rewolucjoniści pamiętali jeszcze nauki Monteskiusza – to znaczy zanim wyznawcy wolności „prawdziwej” nie wymordowali zwolenników liberała Monteskiusza. Taki paradygmat wolności jako wolności od przymusu wywieranej na jednostkę przez inne jednostki, grupy społeczne i – przede wszystkim – organy państwa, pozwala łatwo i logicznie tłumaczyć różne paradoksy. Także spór o aborcję.

Zacznijmy od prostego dość pytania: kiedy zaczyna się życie? Są trzy możliwe odpowiedzi: (i) w momencie poczęcia; (ii) w momencie urodzenia; (iii) gdzieś w tak zwanym „międzyczasie”. Gdzie ten „międzyczas” umiejscowić? Trudno byłoby zaakceptować – chyba nawet większości zwolenników aborcji – prawo kobiety do jej dokonania w 38 tygodniu ciąży (aczkolwiek niektórzy tak uważają). Więc gdzie jest granica? Bo jeśli zgodzimy się, że w 38 tygodniu ciąży aborcja nie powinna być dopuszczalna, to znaczy, że jest jakaś granica. W 12 tygodniu? No dobrze, a jak poznać, tak na 100%, że to jeszcze 12 tydzień, a nie już 13? Ile jest par, którym lekarze trafili dokładnie z prognozą kiedy „to” się stało na pierwszym USG? Skoro zresztą dzieci różnią się od siebie tak bardzo w chwili urodzenia, równie bardzo różnią się między sobą (przy zachowaniu odpowiednich proporcji) w 12 tygodniu od poczęcia. Więc może, skoro nie chcemy zaakceptować morderstwa nazywanego „aborcją” w 38 tygodniu ciąży, a nie potrafimy określić czy to już 13 tydzień czy jeszcze nie, powinniśmy poprzestać na uznaniu, że życie zaczyna się jednak w chwili poczęcia? Bo nawet jeśli nie wiemy kiedy dokładnie do niego doszło, to wiemy ponad wszelką wątpliwość, że doszło. A jeśli nie wiemy, kiedy dokładnie do niego doszło, to znaczy, że nie przywiązywaliśmy specjalnej wagi, do tego, że dojść może. A konstytutywnym elementem wolności jest przecież odpowiedzialność za własne decyzje i czyny. Rozerwanie związku między wolnością a odpowiedzialnością prowadzi z jednej strony do przekraczania granic wolności przez uprawnionych, a z drugiej do ograniczania wolności przez uzurpatorów – czyli państwo.

Dlatego prawo kobiety do dokonania aborcji nie jest kwintesencją wolności w jej klasycznym rozumieniu. Wolność miała wtedy, jak zdejmowała majtki. No chyba, że jej wtedy nie miała. I tu od aborcji na życzenie dochodzimy do całkowitego zakazu aborcji. Tymczasem są wartości, które niektórzy ludzie cenią bardziej od życia. Przecież „lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach”. Nieprawdaż? Tak twierdzą przeciwnicy aborcji zachwyceni Powstaniem Styczniowym czy Warszawskim. Możemy poświęcić życie w obronie wolności. Ale swoje. A cudze? Możemy zabić na wojnie? Możemy! A może zabić możemy tylko na wojnie „sprawiedliwej” – według definicji świętych: Rajmunda, Augustyna czy Tomasza? A jeśli posłali nas na wojnę niesprawiedliwą? Poborowy żołnierz może być Bogu ducha winny. Wysłali go by nas zabił. Czy może odmówić? Może. Wtedy go pewnie swoi rozstrzelają za dezercję. I będzie wówczas miał szansę zostać świętym. A jeśli w obronie własnego życia przed rozstrzelaniem będzie strzelał do nas, to pójdzie do piekła jak my zabijemy jego? Zresztą on może nawet do nas nie strzelać tylko po prostu niewinnie siedzieć w okopie, do którego go posłali źli ludzie – którzy chcieli „zgwałcić” naszą ojczyznę. A gdzie my pójdziemy, jak go zabijemy w obronie ojczyzny?

Możemy zabić agresora. A jak agresorem jest nasze własne dziecko? Niemożliwe? Możliwe. Dzieci zabiją rodziców (podobnie zresztą jak rodzice dzieci). Czy matka w obronie własnej może zabić dziecko próbujące ją zabić dla spadku? No chyba może. A czy policjant widzący jak dziecko wymierza własnej matce śmiertelny cios może zabić je? A czy zgwałcona kobieta nie ma prawa uznać swojego własnego po części dziecka za agresora ze wszystkimi tego konsekwencjami moralnymi i prawnymi? Tak jak uznaliśmy za agresora wroga, który siedzi w okopie przeciwnika? I czy lekarz ma prawo pomóc jej w obronie przed takim agresorem, jak policjant matce z poprzedniego przykładu? Nie mówiąc już o taksówkarzu, który ją do takiego lekarza zawiezie, a którego niektórzy też chcieliby zamknąć w więzieniu?

Wprowadzenie zakazu aborcji będzie zresztą miało znaczenie jedynie symboliczne z uwagi na problem egzekucji. Żeby karać Polki za dokonanie aborcji za granicą, gdzie jest ona legalna – powinniśmy stare posterunki celne zastąpić posterunkami ginekologicznymi. Przed wyjazdem za granicę badanie i po powrocie obowiązkowo kolejne, jeśli to pierwsze wykaże ciąże. A może jeszcze lepiej odebrać kobietom paszporty – by musiały przynieść zaświadczenie od ginekologa, jak będą chciały je dostać. A skoro odebranie paszportów samym kobietom Trybunał Konstytucyjny uzna może za niekonstytucyjne, to się odbierze paszport każdemu, żeby było sprawiedliwie. Ale kto wie, kto wie…

I to jest moja ostatnia wypowiedź na temat aborcji.