Kilka opowieści o tym jak władza troszczy się o zwykłych ludzi (nie, nie u nas, w Rosji)
Marek Budzisz 15.06.2018

Rosja ma rzecznika praw przedsiębiorców – Borysa Titowa. Tenże, wielokrotnie występował w obronie udręczonych przez administrację biznesmenów, ale teraz ma szansę zapisać się w pamięci współobywateli czymś innym. Otóż zwrócił się do prezydenta Putina, aby ten wprowadził cła ochronne na importowane wina. Rosja nie jest jakimś potentatem w tej branży, a ma warunki i raczkujący biznes potrzebuje wsparcia, bo w konkurencji z gigantami rynku sobie nie poradzi. Trudno określić jak wprowadzanie barier celnych ma się do ochrony praw przedsiębiorców, wszak importem win nie zajmują się roboty. Złośliwi, jak wszędzie na świecie, dziennikarze, piszą, że na zainteresowanie Titowa problemami lokalnych winemakerów pewien wpływ ma fakt, że jego rodzina jest właścicielką jednej z największych rosyjskich firm działających w branży winnej (produkcyjnej).

 

Trochę podobna historia z byłym już ministrem rolnictwa Tkaczowem, który zawsze był orędownikiem ochrony rodzimego rynku, hojnego wspierania producentów po to, aby ci, jak już okrzepną, mogli konkurować ze światowymi graczami. Pewien wpływ, jak się domyślano, na jego zapał w tym dziele miał fakt, że rodzina kontroluje jeden z największych rosyjskich holdingów rolniczych (kilkaset tysięcy hektarów ziemi, zakłady przetwórcze, handel) założony jeszcze przez ojca byłego ministra. A jak się do sprawy odnoszą Rosjanie? Trochę światła rzuca na to opublikowana niedawno statystyka najpopularniejszych w pierwszym kwartale tego roku, u naszych sąsiadów, turystycznych destynacji. I okazuje się, że zdecydowanie na pierwszym miejscu jest Finlandia (736 tysięcy wyjazdów). Każdy, kto był w Helsinkach, nie odmawiając temu miastu niczego, wie, że atrakcji turystycznych tam niewiele, a i zimowe miesiące to nie jest najlepszy czas, aby tam odpocząć. Ale Rosjanom nie odpoczynek w głowie, ale zakupy, głównie żywności. Finowie nie wprowadzili żadnych ograniczeń na jej wywóz, ale Rosjanie już tak. I jednorazowo nie można przywieźć więcej niźli 5 kg. Ale i z tym sobie poradzono. Popularność zyskała instytucja „poputczika”. My znamy to określenie jeszcze z czasów komunizmu, gdzie tym eleganckim mianem przyjęło się określać wspierających system sowiecki rozmaitych „użytecznych idiotów” licznie zaludniających zachodnioeuropejskie redakcje i salony polityczne. Ale teraz Rosjanie reanimowali termin i nadali mu nowe znaczenie. Idzie o ludzi stojących przy drodze wiodącej do granicy z Finlandią, którzy za niezbyt wygórowaną stawkę (1000 rubli) pojadą z Tobą, wezmą towar i przewiozą przez granicę. Statystyka wyjazdów Rosjan pokazuje, że i w innych regionach tego rodzaju „turystyka” jest niezwykle popularna. Najbardziej uczęszczane kierunki, to prócz niebudzących wątpliwości takich krajów jak Tajlandia czy Turcja, Chiny, Estonia czy Polska. Nie trzeba prowadzić pogłębionych analiz i badań opinii publicznej, aby wiedzieć, choćby na przykładzie przytoczonych danych wiedzieć, co zwykli Rosjanie mogą myśleć o efektach polityki ochrony rodzimych producentów żywności.

Wczoraj, rosyjski rząd, pod osłoną inauguracji Mundialu poinformował o podwyższeniu tamtejszego VAT-u (o 2 punkty procentowe) oraz podniesieniu wieku, w którym Rosjanie przechodzić będą na emeryturę (63 lata kobiety, 65 lat mężczyźni). Argumentacja, którą się w tym wypadku posłużył, nie jest nowa i dobrze nam znana. Idzie po prostu o to, aby emerytury były wyższe i ich beneficjentom żyło się wygodniej i dostatniej. Ale jak obliczono, gdyby wiek emerytalny pozostał bez zmian, to na statystycznego Rosjanina wypłacano by 800 tys. rubli a na Rosjankę 1,3 mln rubli więcej (od momentu przejścia na emeryturę do śmierci). Czyli nihil novi sub sole.