Kogo teraz będą kochać polskie media
Dariusz Matuszak 08.11.2018

Polskim mediom zaczyna powoli brakować obiektów miłosnych wzruszeń. Już niedługo nie będą miały kogo wskazać jako światłego, postępowego, europejskiego przywódcę roztaczającego wizje nowych wspaniałych światów, pokazującego nowe horyzonty, porywającego za sobą serca i umysły (z tymi umysłami to może i przesadzam), prawdziwego przewodnika ludzkości po XXI-wiecznym świecie. Ciotka Merkel wybiera się na emeryturę, a Macron – „ostatnia nadzieja białych” skończył się zanim się zaczął.

 

Nie ma się kim zachwycić, nie ma kogo cytować, postawić za wzór i drogowskaz, a do wyborów do Parlamentu Europejskiego zostało ledwie pół roku. Kto teraz nadwiślańskim prostaczkom wytłumaczy porządek globalny, miejsce i przyszłość Europy i tym podobne bzdury.

Świat lubi przywódców, ludzi z wizją, rozmachem i charyzmą. I przez wiele ostatnich lat takich przywódców postępowa ludzkość i jeszcze bardziej postępowe media miały. Czy to była para Clinton – Blair, nawet na swój sposób Bush, który potrafił zjednoczyć Zachód wokół swej katastrofalnej krucjaty, później znakomity mówca i konferansjer Obama, Merkel na kontynencie – było na kogo patrzeć maślanymi oczy. Teraz nikogo takiego nie ma. (oczywiście są postaci pełne wigoru, polotu, charakteru jak Farage, Trump, wicepremier Włoch Salvini, prezydent Brazyli Bolsonaro etc., ale nie będą to idole postępująco postępowych mediów).

Rozejrzyjmy się po europejskiej scenie. Po tym jak Wielka Brytania odpłynęła pozostała na niej tylko para Merkel – Macron, która dawała oświeconym Europejczykom nadzieję na to, że wskaże kierunki. Do roli wizjonera nie nadaje się żaden z brukselskich przywódców. Przewodniczący Komisji Europejskiej dorobił się tylko przydomku moczymorda – Juncker Drunker, a i Donald Tusk też unijnych salonów nie podbił, wielbicieli nie pozyskał. Skończy kadencję i zniknie z pamięci Europejczyków dokładnie tak jak jego poprzednik na stanowisku – Herman Van Rompuy. Kto go pamięta ręka w górę. Nie widzę, dziękuję. (Oczywiście Donald Tusk ma szansę zabłysnąć jeszcze w Polsce, ale już nie w Europie).

Tak więc pozostaje nam kombo M-M, które jeszcze rok temu odgrażało się, że nada Europie nową energię, pokaże nowe horyzonty, wytyczy drogę. Nic z tego. Zmęczona, sfrustrowana Merkel zapowiedziała przejście na emeryturę, zwłaszcza, że w wieku jest już takim, że mogłaby być żoną Macrona. Pozostał więc sam prezydent Francji, któremu udała się wyjątkowa sztuka: w półtora roku całkowicie roztrwonił swój kapitał polityczny. Jego popularność w samej Francji jest niższa niż Hollanda na tym samym etapie prezydentury, który został zapamiętany głównie z tego, że nocami wyślizgiwał się z Pałacu Elizejskiego i motorynką pomykał do swej kochanki.

Prezydent Macron jest już we własnym kraju wyszydzany i upokarzany. Publicznie omawia się jego stany psychiczne i emocjonalne. Snuje rozważania na temat zgubnych namiętności seksualnych i nałogów. Głosy, iż przemawiał na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ będąc pod wpływem narkotyków nie były odosobnione. Szokująca była nie tylko forma, ale i treść. Macron wezwał bowiem publicznie świat ni mniej ni więcej, ale do zaprzestania handlu ze Stanami Zjednoczonymi. Miałaby być to kara za wycofanie się z Porozumień Paryskich.

We Francji wielu zaczyna dostrzegać, że jego stosunek do Ameryki Trumpa ociera się o obsesję. Ledwie kilka dni temu w rozmowie w radio Euro1 mówił o konieczności powołania armii europejskiej, która byłaby w stanie obronić kontynent nie tylko przed Rosją i Chinami, ale nawet Stanami Zjednoczonymi. Nic dziwnego, że po takich wypowiedziach pojawiają się pytania dotyczące zdrowia psychicznego prezydenta Francji. Za wystąpieniami Macrona nie kryją się bowiem prowokacje polityczne, jakaś strategia obliczona na zszokowanie i wywołanie dyskusji. Podejrzewa się, że tak naprawdę to emanacja stanów emocjonalnych kogoś o dojrzałości nastolatka. Rozkapryszonego, narcystycznego, nie znoszącego sprzeciwów, starającego się za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę gówniarza.

Do tego dochodzą skandale obyczajowe. Mniejsza o ploty dotyczące tego co dzieje się w pokojach, sypialniach i dark roomach Pałacu Elizejskiego, czy niezwykłej kariery prezydenckiego ochroniarza i jego specjalnych relacji z przywódcą Republiki. Obejrzyjmy tylko to co widać. A widać zapraszanych do Pałacu wypindrzonych chłopców i młodzieńców w makijażu, noszących szpileczki, pończoszki, koszulki w siateczkę. Na zdjęciach z Quartier d’Orléans na Saint-Martin widać prezydenta Republiki w obściskującego się z półgołymi czarnoskórymi młodziankami. „To też dzieci Reubliki ” – mówił Macron o swych przytulaskach. Okazuje się, że jedno z dzieci wcześniej siedziało za napad i handel narkotykami. Wkrótce po pełnej czułości sesji zdjęciowej z Macronem przytulasek znów wylądował w więzieniu.

Znany we Francji lekarz i działacz Patric Pelloux stwierdził, że Macron nie panuje nad swymi popędami i sprawa jego zachowań powinna już być przedmiotem badań psychiatrycznych. Słynny komik Fabrice Eboué pisał, iż jak się chce coś z Macronem załatwić to najlepiej rozebrać się wcześniej. No i dobrze być murzynem. Adriano Segatori, znany włoski profesor psychiatrii zdiagnozował Macrona jako psychopatę, ofiarę pedofilii. To związek ze starszą o 24 lata Brigitte miał zahamować jego rozwój emocjonalny. Fizyczne i psychologiczne uwiedzenie miało na zawsze okaleczyć osobowość Emmanuela, wówczas 15-letniego ucznia. Przełamanie tabu miało utwierdzić Macrona w przekonaniu, że nie ma żadnych ograniczeń, że wszystko jest dozwolone. Na to nakłada się poczucie wszechwładzy tak obecne w środowisku wyższych sfer, w którym przyszły prezydent Francji się wychowywał. Cokolwiek by postępowi eksperci nie mówili, jakichkolwiek słów o tolerancji, prawie do miłości, szczęścia i czego tam jeszcze nie dobierano, nic nie zmieni tego, że jest coś głęboko chorego, pokręconego w tym, że 40-letnia nauczycielka porzuca swą rodzinę, dzieci, by związać się z 15-letnim uczniem.

Ta wypowiedź pisemna jednak nie jest tak naprawdę o Macronie, czy innych europejskich przywódcach. Jest w gruncie rzeczy o bezmyślnych polskich mediach powtarzających bez żadnej refleksji każdą bzdurę z Zachodu, byle jakoś tam pasowała do ideologicznych opowieści. Tak oto Macron – człowiek znikąd, jakiś tam socjalistyczny minister w jakimś tam socjalistycznym rządzie zostaje wykreowany na potrzeby kampanii prezydenckiej i nagle zaczyna jawić się w Polsce jako prawdziwy europejski przywódca. Człowiek, który poza stanowiskiem nie osiągnął jeszcze niczego, pokazywany jest jako wzór dla polskich polityków. Wystarczy, że pokonał Marine Le Pen, coś tam w kółko plecie o europejskich wartościach, tolerancji, otwartości i takich tam a już stał się idolem polskich mediów i elit. Z litości przemilczę nazwiska tych, którzy publicznie snuli marzenia o polskim Macronie, który poprowadzi do boju z pisowskim reżimem. Rozpaczliwe, bezmyślne, schematyczne. Tak się dzieje ilekroć na horyzoncie pojawi się jakaś gwiazdka np. w stylu premiera Kanady Trudeau, który jest zwykłym, mało inteligentnym, powszechnie lekceważonym i wyszydzanym pajacem. Wystarczy kilka międlonych komunałów o równości, potrzebie walki z ubóstwem, ochronie planety i równouprawnieniu, by w polskich mediach awansować do rangi wizjonera zbawcy świata.

Teraz jednak zaczyna się prawdziwy kłopot. Nikogo na horyzoncie nie widać. Na szczęście już niedługo zaczyna się w USA kompania przed wyborami prezydenckimi 2020. Demokraci i tamtejsze uwielbiające ich media na pewno kogoś wynajdą. Nieważne kogo. To może być jakiś głupi aktor, albo jeszcze lepiej aktorka, jakiś telewizyjny konferansjer, albo działaczka na rzecz tego i owego. Ktoś z kim sfotografują się Bono i Madonna, albo nawet sam Zbyszek Hołdys, a zawładnie zbiorową świadomością polskich postępująco postępowych, jaśnie oświeconych redaktorów.