Kolejka linowa, hotele, co następne?
Łukasz Warzecha 22.12.2018

Przyjęło się, że przed Świętami warto napisać coś optymistycznego. Od razu uprzedzam: nie jestem w stanie sprostać temu zadaniu. Strumień kolejnych genialnych pomysłów, decyzji, rozwiązań płynie od strony władzy do obywateli z taką intensywnością, że każdemu szczeremu wolnorynkowcowi trudno wygospodarować świąteczną porcję optymizmu.

 

Wybór tematu przedświątecznych narzekań jest trudny, bo lista jest długa. Wybieram ogłoszony jak zwykle z przytupem w przypadku takich przedsięwzięć Polski Holding Hotelowy (trochę jestem jednak zawiedziony, że nie „Narodowy”). Pomysł krążył w kręgach Ministerstwa Infrastruktury co najmniej od połowy ubiegłego roku i wygląda na to, że ma być w końcu wcielony w życie. Nie chodzi tu o stworzenie czegoś nowego, przynajmniej nie na początku. PHH ma połączyć w jednym organizmie ośrodki typu hotelowego, których właścicielem jest skarb państwa.

To, że polskie państwo poza wieloma innymi zbędnymi działaniami prowadzi także jakieś hotele, może niektórych zaskakiwać – i słusznie. Że nie jest od tego – to jasne i oczywiste. Nie będąc doktrynerem, można jeszcze od biedy uznać, że na potrzeby urzędów centralnych jakieś pojedyncze rządowe ośrodki mogą funkcjonować, choć i to wydaje się przesadą. Jeśli zaś takie dziś działają – a jest ich niemało – to i tak funkcjonują na zasadach częściowo rynkowych i w większości z nich pokój może wynająć każdy, co sprawia, że sens utrzymywania ich w państwowym portfolio jest jeszcze mniejszy. Pytanie brzmi, czy naprawdę państwo musi się zajmować prowadzeniem kolejek linowych, punktów skupu warzyw i hoteli. I o to toczy się dzisiaj spór pomiędzy rządzącymi socjalistami, a nielicznymi obrońcami wolnego rynku przed tym etatystycznym szaleństwem, w które coraz wyraźniej popada PiS.

Jeśli państwo jakieś hotele posiada, powinno je jak najszybciej sprzedać, bo ich prowadzenie to po prostu nie jego rola. Mało tego, to otwieranie drzwi dla nepotystycznej patologii. Nie ma piękniejszej fuchy niż otrzymanie posady kierownika takiego ośrodka, najlepiej w ładnym miejscu, po linii partyjnej znajomości i lojalności. A przecież wiadomo, że tak się zawsze działo i tak się dziać będzie. Może najwyżej przy okazji powoływania PHH jednych parteigenossen wymieni się na innych.

Lecz im bliżej przyglądać się temu przedsięwzięciu, tym groźniej to wygląda. Jak wiadomo, jednym z podstawowych argumentów przeciwko angażowaniu się państwa w gospodarkę jest niebezpieczeństwo konfliktu interesów. Państwo, które wchodzi w dany segment rynku, zarazem ustala reguły gry w tym segmencie. Jeśli zaś przyjrzeć się komunikatowi, w którym premier ogłasza powstanie PHH, to dowiemy się, że ma on być jednym z elementów budowy Airport City, czyli otoczenia CPK. A tu już nie mówimy o konsolidacji tego, co istnieje, ale o tworzeniu nowych obiektów.

Innymi słowy, państwowa firma, zajmująca się dziedziną, w którą państwo w ogóle nie powinno się angażować, ma zamiar prowadzić ekspansję w segmencie rynku, który to państwo samo reguluje. Przypomnijmy sobie przy okazji, że do listy „wolnościowych” regulacji, uchwalonych przez „najbardziej wolnościowy rząd w III RP” (według pana premiera) trzeba dorzucić obostrzenia, jakie dotknęły segmentu B&B, stanowiącego przecież konkurencję dla hoteli. W tym dla hoteli państwowych. To już jawny i jaskrawy konflikt interesów.

Nie mam oczywiście wątpliwości, że zapowiedzi premiera padają na podatny grunt. Znaczna część Polaków nie pojmuje, dlaczego właściwie państwo nie miałoby prowadzić hoteli, warzywniaków, kolejek linowych i stu innych przedsięwzięć. Jak mówiłem podczas niedawnego Weekendu Kapitalizmu – wolny rynek słabo się w Polsce sprzedaje, a rządowe zaklęcia, mające nas przekonać, że silne państwo to państwo wtrącające się w każdą głupotę i obecne w każdej gałęzi gospodarki, odnoszą skutek.

Lecz przyczyny, dla których państwo nie powinno zajmować się niczym więcej niż sprawami niezbędnymi, pozostają te same od czasu, gdy działanie wolnego rynku w kontraście z działaniem państwa opisywał Frédéric Bastiat.

Po pierwsze – coś, co jest państwowe, jest w gruncie rzeczy niczyje. Prowadzący państwowe przedsięwzięcie niemal nigdy – poza przypadkami rzadkich idealistów – nie będzie miał do niego stosunku takiego, jak właściciel do swojej firmy. To zjawisko dotyczy zresztą również zarządów giełdowych spółek z rozproszonym akcjonariatem.

Po drugie – istnieje wspomniany już konflikt interesów: państwo, będące właścicielem firmy, zarazem ustala reguły gry dla niej i dla konkurentów. To tak jakby w meczu piłkarskim sędzia grał w jednej z drużyn, pozostając zarazem arbitrem.

Po trzecie – im więcej państwowych przedsięwzięć, tym bardziej państwo się rozdyma, rozrasta, tym większa pokusa instalowania w nich partyjnych towarzyszy i pociotków. To z kolei zwiększa pokusę każdej kolejnej ekipy, żeby takie nieefektywne, ale bardzo wygodne rozwiązania pozostawić. Tym też słabiej w całej gospodarce działają prawidłowe mechanizmy awansu i kariery, w oparciu o kompetencje, wiedzę i pracę.

Po czwarte wreszcie – państwowe przedsięwzięcia nie czują ostatecznego przymusu efektywności, bo przecież państwo nie pozwoli im splajtować. To również poważnie narusza reguły gry rynkowej – słabo konkuruje się prywatnym firmom z przedsiębiorstwem, za którym stoi budżet państwa, dziesiątki tysięcy pracowników de facto budżetówki oraz tysiące nominatów politycznych.

O ile wiem, nikt jeszcze nie sporządził raportu, opisującego paternalizację i etatyzację państwa w okresie III RP. Ten temat czeka na swojego autora, a bardzo by się takie zestawienie przydało. W ciemno jednak zakładam, że – przynajmniej relatywnie do czasu sprawowania władzy – poziom etatyzacji państwa za PiS przebił wszystko, co widzieliśmy do tej pory, zostawiając za sobą daleko rządy lewicy czy PO.