Konwencje samorządowe, czyli robienie wyborcy w bambuko
Łukasz Warzecha 09.09.2018

Duopol, dominujący w polskiej polityce, w jakimś stopniu rozwala kampanię samorządową. Obietnice dwóch głównych obozów politycznych składają się w rodzaj szantażu, przy czym oczywiście bardziej wiarygodny jest szantaż ze strony rządzących, bo to oni trzymają w dłoni wszystkie sznurki. I przede wszystkim rękę na pieniądzach. Druga grupa obietnic to gruszki na wierzbie.

 

W wyborach samorządowych oficjalnie chodzi o satysfakcję mieszkańców na lokalnym poziomie, w obecnej sytuacji prawnej samorządów, kampania nie powinna więc zawierać właściwie żadnych odniesień do decyzji, które są w mocy władz centralnych.

A jak to wygląda? Spójrzmy na propozycje obu stron.

Mateusz Morawiecki zaprezentował pięć głównych punktów, które mają stanowić zrąb propozycji PiS na najbliższe wybory.

Punkt pierwszy – ciepły dom i mniejsze opłaty za śmieci. Program termomodernizacji i premie za selekcjonowanie odpadów to działania władzy centralnej, nie lokalnej. Nawiasem mówiąc, horrendalne opłaty za wywóz śmieci to skutki fatalnej ustawy, uchwalonej przy wielkim propagandowym zadęciu przez Platformę. Samorządy zawierają na wywóz śmieci takie umowy, na jakie pozwala im ustawa.

Punkt drugi – otoczenie domu. Czyli domy seniora (skopiowała to później PO w swoich propozycjach), infrastruktura sportowa, tematyczne place zabaw, na które rząd chce przeznaczyć pół miliarda. Znów – to hojność władzy centralnej, z kompetencjami władzy lokalnej nie mająca nic wspólnego.

Punkt trzeci – nowoczesna gmina. To samo – rząd obiecuje program remontu dworców lub pieniądze dla gmin, które będą chciały odbudowywać połączenia autobusowe.

Punkt czwarty – szybki internet w każdej gminie. Kolejna obietnica programu rządowego.

Punkt piąty – 300 milionów złotych na budżety obywatelskie. Oczywiście 300 milionów z centralnego budżetu.

Możemy do tego zestawu dorzucić jeszcze obietnicę budowy dwudziestu mostów w miejscach, gdzie ich brakuje – to kolejna propozycja do realizacji na poziomie centralnym.

Weźmy teraz pod lupę „sześciopak” Koalicji Obywatelskiej, pamiętając oczywiście, że opozycja nie dysponuje pieniędzmi. Zatem jej propozycje, które wymagałyby współpracy rządu, są jeszcze mniej wiarygodne.

Po pierwsze – przyjazna szkoła. Wśród kilku niekonkretnych zobowiązań, takich jak „przywrócenie prestiżu zawodu nauczyciela” (czyli co – jeszcze sztywniejsze zasady i tak fatalnej Karty Nauczyciela?), pojawia się jedno konkretne: program „złotówka do złotówki” – obietnica dołożenia z budżetu złotówki do każdej złotówki, wydanej przez samorząd na ulepszenie szkoły, będącej w jego gestii. Tyle że KO nie ma nad budżetem żadnej kontroli, więc żeby tę obietnicę spełnić, musiałaby najpierw wygrać wybory parlamentarne.

Po drugie – bezpłatne przejazdy komunikacją publiczną dla uczących się dzieci i młodzieży. O ulgach w komunikacji decyduje ustawa (choć gminy mogą wprowadzić dodatkowe), za komunikację płacą gminy. Schetyna nie sprecyzował, czy i to przedsięwzięcie miałoby być współfinansowane z budżetu, ale raczej trudno sobie wyobrazić nałożenie na gminy tak kosztownego zobowiązania bez przekazania na ten cel jakichś funduszy z centralnej kasy. Którą, przypominam, PO nie zawiaduje. Czyli – bajka.

Po trzecie – pomoc dla seniorów. Zajęcie się nimi ma być obligatoryjnym zadaniem samorządów. Zatem znów – jak wygramy wybory parlamentarne i będziemy rządzić, to wtedy się zrobi (albo i nie).

Po czwarte – czyste powietrze i koniec sprowadzania śmieci do Polski. Na walkę ze smogiem ma być przeznaczone 0,5 procenta PKB, o czym znów może zdecydować jedynie władza centralna. Tu jednak w końcu pojawia się pierwsza w całym zestawieniu zapowiedź, która faktycznie dotyczy samorządów i można by ją egzekwować tam, gdzie Koalicja Obywatelska zdobyłaby władzę: to, czy na danym terenie powstanie składowisko odpadów, sprowadzanych w zagranicy, zależy właśnie od samorządu (mówiąc w pewnym uproszczeniu).

Po piąte – dokończenie programu budowy lokalnych dróg („schetynówek”) i orlików. Jak wyżej – sprawa w gestii rządu.

Po szóste – zakończenie dwuwładzy wojewodów i marszałków województw. To już kompletny odlot, bo jest to propozycja (jakkolwiek ciekawa i do dyskusji) zdecydowanie na wybory parlamentarne, a nie samorządowe.

Podsumowując: wśród jedenastu (dwunastu, wliczając sprawę mostów) propozycji, prezentowanych przez dwa główne obozy polityczne jako programy na wybory samorządowe, znalazła się jedna, której realizacja faktycznie w znacznej mierze zależy od samorządów.

Co gorsza, premier Morawiecki chyba mimochodem zdradził sposób myślenia władzy o realizacji prezentowanych punktów. Powiedział mianowicie (przedstawiając program pomocy dla seniorów): „Wszędzie w tych gminach, gdzie będą dobrzy gospodarze, uczciwi, tam zdecydowanie przesuniemy środki w kierunku wsparcia seniorów” (podkreślenie moje). Przekładając to z politycznego na polski: pieniądze damy tam, gdzie będą rządzić nasi. Bo przecież tylko nasi są dobrzy i uczciwi. I to niestety można odnieść do wszystkich obietnic PiS, gdyż wszystkie one, jako się rzekło, odnoszą się do działań władzy centralnej, związanych głównie z dzieleniem pieniędzy.

Opozycja też szantażuje, choć jej szantaż jest siłą rzeczy mniej skuteczny. Ona także obiecuje pieniądze, ale najpierw trzeba ją przywrócić do władzy w wyborach w 2019 roku.

Wniosek jest taki, że oba główne obozy polityczne robią z obywateli idiotów. Na żadnej z dwóch konwencji nie padły deklaracje, jakich właśnie teraz można by oczekiwać: że nasi kandydaci na radnych, burmistrzów, prezydentów tam, gdzie wygrają, zrobią to i to – podejmą określone decyzje, leżące w obszarze ich kompetencji i obecnych możliwości finansowych samorządów.

Nie wiem, jak Państwo, ale ja bardzo nie lubię, gdy ktoś ordynarnie robi mnie w bambuko lub szantażuje, że owszem, da pieniądze, ale tylko jeśli zagłosuję na jedynie słusznego kandydata.