Kto jest debeściak i dlaczego Trump
Dariusz Matuszak 11.06.2018

Zakończyło się spotkanie G7, czyli przywódców państw, które chciałyby uważać się za najbardziej gospodarczo i politycznie wpływowe na świecie. O tym, że tak nie jest, świadczą wciąż zmieniające się szyldy pod, którym się odbywają i cyfry przy literze G. Kiedy w 1975 roku zorganizowano pierwszy szczyt, państwa w nim uczestniczące odpowiadały za ponad 50% gospodarki światowej. Potem było G7, G7+1, następnie G8, a w rożnych mutacjach, a to G8+ 5, G20 etc. Teraz zaczyna mówić się o G6, albo G6+ 1.

 

Ponieważ nie da się już mówić o największych gospodarkach (udział państw grupy G7 w gospodarce światowej skurczył się do ok. 30%) tegoroczny zlot odbywał się pod szyldem spotkania przywódców krajów demokratycznych o najbardziej przodujących gospodarkach, co ma ukryć postępujący spadek znaczenia Europy. Tak czy owak nie było to jednak spotkanie przywódców przodujących gospodarek, bo trudno mówić o ekonomicznym liderowaniu niektórych państw z klubu G7, ani nie spotkanie przywódców demokratycznych, jeśli wziąć pod uwagę obecność na nim szefów Unii Europejskiej. Grupa ma coraz mniejsze znaczenie, czego dowodem jest choćby to, że prezydent Stanów Zjednoczonych opuścił szczyt w połowie i odleciał na spotkanie z Kim Dzong Unem do Singapuru i nawet nie podpisał końcowego protokołu. Trump uznał że szkoda czasu na rozmowy o globalnym ociepleniu i znaczeniu równości płci dla rozwoju świata, a temu m.in. miały być poświęcone kolejne nasiadówki na szczycie.

Wyjazd prezydenta USA uznano za policzek wymierzony przywódcom europejskim i kanadyjskiemu gospodarzowi (jakoś nikt nie pochylił się nad moralnymi stratami Japonii). Trump tymczasem oświadczył, że ma do załatwienia ważniejsze sprawy. Prawdopodobnie uznał też, że powiedział co miał do powiedzenia, a to co mówią inni i tak nie będzie miało wpływu na to co zrobi.

Szczególnie dotknięta była premier Wielkiej Brytanii Theresa May, która zabiegała o dwustronne, intymne spotkanie z Trumpem, ale ten nie znalazł dla niej czasu, o czym z oburzeniem poinformowały amerykańskie media. Cioci May było jednak przykro jeszcze z jednego powodu. Otóż na dzień przed jej wylotem na szczyt do kanadyjskiego Charlevoix wyciekły nagrania z kolacji jaką odbyli sobie liderzy brytyjskich konserwatystów. Jak kolacja, to znaczy, że popili. I tak, okazało się, że Boris Johnson, minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii powiedział, że byłoby świetnie gdyby to Trump ze swymi zdolnościami w imieniu mieszkańców Wysp negocjował Brexit. Ot, taki outsourcing. Minister otwarcie przyznał, że staje się coraz większym wielbicielem Trumpa i zaczyna doceniać jego metody. Mówił, że wszyscy odchodziliby od zmysłów, mieliby wrażenie chaosu, pokłócili się, tymczasem Trump w swoim niepowtarzalnym stylu doprowadziłby sprawę do końca i osiągnął sukces. – W tym szaleństwie jest metoda – miał zacytować szekspirowskiego Hamleta Johnson.

Brytyjski minister po niemal dwóch latach wreszcie zrozumiał na czym polega część tajemnicy sukcesów Trumpa. Prezydent USA jest niewątpliwie bucem, gburem, z ego większym niż Statua Wolności, a które potrafi napompować szybciej niż ryba nadymka samą siebie w momencie zagrożenia. Jest też podobny do nikogo ze świata mdłych, bezbarwnych polityków jacy zaludniają stacje i media na Zachodzie. Jest butny, arogancki i do bólu asertywny w przeciwieństwie do bezpłciowych i bezpotomnych May, Merkel, Macrona, czy Junckera. Nie spędził też całego swego życia na wpełzaniu ze stopnia na stopień w partyjnej i politycznej karierze.

Jest ze świata brutalnych i twardych interesów, a metody z biznesowego ubijania targów potrafił przenieść do polityki. Skuteczność stawia zdecydowanie wyżej od dyplomatycznego konwenansu oraz „miłej i przyjacielskiej atmosfery rozmów”. Sam otwarcie mówi o swoich metodach i o swojej administracji, która tak jak on ma załatwiać sprawy. – To nie są mili ludzie, nie schlelibyście pójść z nimi na kolację – mówi o członkach swego rządu. W ten sposób też to, co w oczach mediów i polityków uchodzi za wadę pokazuje jako swoją zaletę. Nie chodzi o to by mnie lubili na świecie, żeby uważali mnie za miłego i sympatycznego. Chodzi o to bym załatwiał interesy Ameryki – głosi Trump. W ten sposób też usprawiedliwia swoje grubiaństwa i brutalne zagrania, a Amerykanie czują, że po ośmiu latach lansera Obamy, wreszcie mają prawdziwego przywódcę.

Trump negocjuje – stawia wygórowane żądania, publicznie atakuje, a czasami nawet upokarza przeciwnika, potem zaś komplementuje. Odchodzi od stołu, czasami wywraca go, by znów postawić na nogi i siadać przy nim, gdy jest szansa na ubicie interesu. Sprawia wrażenie chaotycznego i nieobliczalnego. Nikt nie wie na czym stoi i co może Trumpowi do łba strzelić. I dokładnie o to chodzi.

To właśnie pozorowana nieobliczalność jest jednym z atutów. To być może właśnie dlatego po miesiącach słania wzajemnych pogróżek, prowadzenia i zrywania rozmów komunistyczny dyktator z Korei zaczął niszczyć swe instalacje nuklearne i siada do stołu. Być może Kim pomyślał, że z wariatem Trumpem nie ma co ryzykować, bo gotów go jeszcze odstrzelić. Do mózgu dyktatorowi nie zajrzymy, ale wiemy że przez 30 lat żaden z przywódców zachodnich nie osiągnął z komunistycznym reżimem tego, co w w niecałe półtora roku udało się Trumpowi.

O tym, że te metody działają można przekonać się analizując choćby to, co dzieje się z NATO. Trumpa odsądzano od czci i wiary mówiąc, że porzuca sojuszników, że nie rozumie sojuszu, zagrożeń etc. A wszystko dlatego, że zażądał by państwa członkowskie wywiązywały się ze zobowiązań i przeznaczały na obronę 2% swego PKB. Dodatkowo chce, by poszczególni alianci płacili za ochronę i stacjonowanie amerykańskich wojsk. Trump zadał bardzo proste pytanie: dlaczego wyłącznie amerykańscy podatnicy mają ponosić koszty ochrony tak bogatych państw jak Niemcy, Japonia, czy Arabia Saudyjska?

Rezultat jest taki: państwa NATO zwiększają swe wydatki na obronę (nawet Niemcy, a sojusznicy zaczynają płacić rachunki za stacjonujące w nich wojska amerykańskie, o czym boleśnie przekonuje się choćby Polska.

By zrozumieć Trumpa trzeba całkowicie porzucić wiarę w to, że to co mówią eksperci, a donosi 90% mediów ma jakikolwiek sens. Nie ma żadnego sensu. Pierwsze co zrobił Trump, to całkowicie zdemaskował i skompromitował narcystyczną kastę ekspertów, analityków od socjologii, kultury, marketingu, mediów, polityki i takich tam, których pełno jest na łamach różnych gazet i w telewizyjnych stacjach. Jak on to zrobił? Po prostu wygrał wybory. Teraz demaskuje znawców i ekspertów od gospodarki i polityki światowej.

Spójrzmy na bilans 500 dni. Rozbite ISIS i zaawansowane rozmowy z Koreą Północną. Ambasada zgodnie z zapowiedziami przeniesiona do Jerozolimy (Polska powinna zrobić to jak najprędzej). Wycofanie się z Porozumień Paryskich – USA znoszą regulację i stają się eksporterem energii i ropy. Zerwanie umowy z Iranem – europejskie firmy mimo buńczucznych zapowiedzi UE, wycofują się zrobienia interesów z reżimem ajatollahów. Chiny, Korea Południowa w negocjacjach handlowych, które skończą się dla USA zmniejszaniem deficytu w obrotach z tymi krajami.

Nawet jeśli nie wszystkim podobają się te posunięcia, to trudno Trumpowi odmówić tego, że potrząsa światem. Moim zdaniem to wybudzanie go z letargu.

A co wewnątrz USA? Na granicy z Meksykiem powstaje mur, z czym nawet demokraci się pogodzili. Ogromny spadek nielegalnej imigracji. Wzrost gospodarczy za ten kwartał prawdopodobnie powyżej 4%. Bezrobocie na poziomie 3,8 % – najlepszy wynik od 1969 roku. Wśród murzynów i Latynosów najniższe w historii. Wzrost płac po 20 latach stagnacji. Optymizm na przyszłość na nienotowanym wcześniej poziomie.

Zestawmy to z Unią Europejską i jej pogłębiającym się kryzysem imigracyjnym i permanentnym już teraz kryzysem gospodarczym i finansowym.