Kto sprzedał stocznię, czyli szydera polityczna
Artur Kiełbasiński 04.09.2018

W mediach społecznościowych rozchodzą się opowieści, jak to PiS odkupił Stocznię Gdańsk sprywatyzowaną przez rząd… PiS. Sprawa pozornie absurdalna, wdzięczny przedmiot kpin. Ale tak naprawdę pokazująca, co się dzieje, jak ktoś nie prowadzi poważnej polityki przemysłowej. I to już nie jest zabawne.

 

Memy wyszydzające odkupienie Stoczni Gdańsk łatwo znaleźć na FB i TT. Jasno widać cel ataku – rząd PiS. Ale zanim pośmiejemy się z internautami, warto spojrzeć na fakty.

Stocznię sprzedano w październiku 2007 r. Unia Europejska prowadziła postępowanie w sprawie pomocy publicznej dla stoczni i wymagała scenariusza zmian w przemyśle okrętowym. Mówiąc wprost chodziło o prywatyzację stoczni w Gdańsku, Gdyni, Szczecinie.

Ale postępowanie nie wzięło się z powietrza. Polski stocznie źle znosiły cykle koniunkturalne, nie było wizji polityki przemysłowej. Stagnacja technologiczna odbijała się na jakości pracy i jakości produktów. A jednocześnie stocznie korzystały z gwarancji rządowych na budowane jednostki. Te gwarancje traktowano jako pomoc publiczną, którą kwestionowała Unia (mimo, że faktycznie gwarancji nie wykorzystano, były jednak udzielane). I te gwarancje były solą w unijnym oku.

Szukano więc „na siłę” inwestora i PiS takiego znalazł – był nim ukraiński konglomerat przemysłowy Siegieja Taruty. Teoretycznie wyglądało to nieźle – wraz z planami zakupu przez oligarchę huty, rysowała się wizja co najmniej grupy przemysłowej. Jednak realnie Taruta był słabym inwestorem. Ale jakimś był. Stocznie – Gdynia i Szczecin nie miały żadnego inwestora i upadły. Ale słaby Taruta Gdańska nie uratował, raczej wprowadził w stan wegetacji.
Umowę na Gdańsk podpisano jesienią. Był październik 2007 r. Chwilę później rządziła już koalicja PO-PSL. I przez kolejne lata ten rząd nie wyegzekwował realizacji deklaracji inwestora. Nie było przełomowego dokapitalizowania, nie było lawiny zleceń i zamówień. W efekcie słaby inwestor, zainwestował mniej niż się zobowiązał. A stocznia popadała w stagnację. Przełamania sytuacji szukano w próbach wyprzedaży majątku czy próbując sięgać po pomoc publiczną.

PiS w 2007 r. znalazł słabego inwestora. PO-PSL przez 8 lat go tolerowały.

Nie chcę dzielić odpowiedzialności, ani szukać winnych. Ale wyszło byle jak.

Czy dziś należy otwierać szampany po odkupieniu stoczni w Gdańsku? Zdecydowanie nie. Majątek produkcyjny mamy, kłopotem jest brak stoczniowych zleceń. Brak też pomysłu na polskie stocznie należące pośrednio do Skarbu Państwa. Te prywatne (Crist. „Remontowa”) doskonale czują się w swoich niszach, będąc mocnymi graczami na rynku. I mają zlecenia.

W publicznych stoczniach, ze zleceniami jest gorzej. Rynek zredukował je do poziomu podwykonawców. Czy uda przełamać się ten marazm? Być może. Ale nie oglądając głupawe memy i szukając winnych. Bo każdy jakoś zawinił. Pytanie – kto znajdzie dobrą strategię dla polskich stoczni. A dziś to naprawdę trudne zadanie.