Kto wygra wojnę handlową i dlaczego Trump
Dariusz Matuszak 04.06.2018

Już przed wyborami wieszczono, że prezydentura Trumpa doprowadzi do załamania się gospodarki USA. Wraz z kolejnymi posunięciami miało być tylko gorzej. Teraz zaś, według ekspertów i takich tam, nakładając cła na stal i aluminium prezydent może wręcz doprowadzić do recesji na świecie. Oczywiście to bzdury powtarzane przez tych, którzy go nie znoszą i nie wyobrażają sobie, że przywódcą największego mocarstw może być ktoś kto nie uprawia politpoprawności i tak bardzo nie przypomina tych wszystkich mdłych, bezpłciowych przywódców innych państw. To zabawne obserwować jak podskakują i podrygują nadziewając się na jego wyciągnięty swobodnym gestem środkowy palec.

W dniu, w którym Biały Dom wprowadził cła na stal i aluminium z Unii, Kanady i Meksyku, co wywołało tak wielkie oburzenie w USA ogłoszono, iż bezrobocie wynosi 3,8%, a więc jest najniższe od 1969 roku (podobny wynik jeszcze przez moment odnotowano w roku 2000). Prognozy wzrosty gospodarczego w tym roku sięgają nawet 4,8%, a przedsiębiorcy mają poczucie, że machina dopiero się rozkręca, co pokazują badania dotyczące optymizmu na przyszłość.

W sprawie ceł Trump jest krytykowany z dwóch pozycji. Pierwsza jest aksjologiczna. Jeśli ktoś uznaje, że wolny globalny handel jest „dobry”, to musi krytykować wprowadzanie barier. Problem polega jednak na całkowitym niezrozumieniu kontekstów i rzeczywistości. Za „dobrą” ideę, można by uznać globalne rozbrojenie, pozbycie się arsenałów i odtąd przeznaczanie zaoszczędzonych środków np na rozwój medycyny itp. Tymczasem nikt, poza Niemcami, które szukając pieniędzy na imigrantów i socjal doprowadziły Bundeswehrę do ruiny, tego nie robi, bo nikt nie zaryzykuje swego bezpieczeństwa w imię szczytnej, globalnej idei.

Podobnie jest w handlu. By globalna wymiana handlowa była całkowicie wolna, bariery musieliby znieść wszyscy. Dlaczego więc Stany Zjednoczone miałyby narażać swój rozwój i dopuszczać na swój rynek kogo się da, skoro partnerzy tego nie robią.

Decyzja Trumpa krytykowana jest też jako niekorzystna dla Stanów z ekonomicznego punktu widzenia – jako taka, która doprowadzi do wojny handlowej, na której ucierpią wszyscy. Najbardziej zaś konsumenci w USA, bo droższa stal wpłynie na wzrost cen wielu innych towarów i przedsiębiorcy, którzy padną ofiarą odwetu ze strony Unii i Kanady. Trump zaś na to odpowiada: A na co nam „pokój handlowy”, który Ameryce przynosi rocznie 800 miliardów deficytu.

Nikt jakoś nie zauważa, że pierwsza kampania owej wojny handlowej już zakończyła się zwycięstwem Trumpa. W styczniu w Ameryce wprowadzone cła na panele słoneczne i pralki. W marcu na aluminium i stal z Dalekiego Wschodu. W odwecie Państwo Środka nałożyło własne taryfy na towary wartości 3 mld pochodzące z USA. Na rozpętanej wojence zaczęły tracić Chiny, Japonia i Korea Południowa, więc wszystkie trzy państwa siadły do rozmów handlowych. Efekt: Pekin otworzył swój rynek na amerykańskie towary wartości 50 miliardów dolarów. Do Chin trafia gaz, soja, wołowina etc. W marcu nastąpiła rewizja umów handlowych z Koreą: podwojono m.in. liczbę samochodów jakie każda z amerykańskich firm motoryzacyjnych może sprzedać w tym kraju. Podobnie jest z Japonią. W powietrzu latają jeszcze oświadczenia o wolnym handlu, nieprzestrzeganiu reguł, ale kampania Dalekowschodnia jest już zakończona. Trump praktycznie zamknął front po drugiej stronie Pacyfiku.

Pozostały UE i Kanada. Nie trzeba być Sun Tzu, by wiedzieć, że wypowiadając wojnę należy ocenić potencjał i zasoby przeciwnika, a także zdolności generałów.

Na północy jest Kanada z potencjałem 1/12 tego co ma USA i z pajacem Trudeau jako wodzem z piórkiem, niczym włoski marszałek Ugo Cavallero. Tuż po wprowadzeniu ceł dumny Trudeau oznajmił o krokach odwetowych i opublikowano listę amerykańskich towarów, na które nałożono cła.

Jest na niej niemal wszystko co można znaleźć na Jarmarku Dominikańskim i odpuście w Licheniu. Oprócz aluminium i stali są ogórki, lakier do włosów, pizza, keczup musztarda, dżem truskawkowy,jogurt, długopisy dmuchane łodzie, sok pomarańczowy, syrop klonowy, papier toaletowy etc.

Zwłaszcza ta ostatnia pozycja wstrząsnęła Amerykanami. Jeden z komentatorów stwierdził, że w tym względzie Kanada ma tak wielkie zasoby naturalne, że to doprowadzi do upadku przemysł papieru toaletowego. Zaś Sekretarz Stanu Mark Pompeo opublikował Twitta w którym napisał” Ten facet chce wygrać wojnę handlową z Prezydentem Trumpem” i dołączył film pokazujący jak ubrany we wdzianko z hinduskiej Cepelii Trudeau pląsa do muzyki w czasie swej wizyty w Indiach.

Jak się jednak okazało stworzeniu tej listy towarów przypominającej inwentaryzację bazaru, towarzyszył głęboki polityczny namysł o czym obwieściła minister spraw zagranicznych Kanady Chrystia Freeland. Otóż Kanadyjczycy dobrali towary tak, by uderzyć w firmy, które mają siedziby w stanach, w których w listopadzie odbędą się do wybory do Kongresu i na gubernatorów, i gdzie poparcie dla Republikanów jest chwiejne. Przedsiębiorstwa te i ich pracownicy mają stać się ofiarami polityki Trumpa, więc Kanadyjczycy liczą na głosowanie na Demokratów.

Głupie to niemożebnie. I ideologiczne podejście do wojny handlowej i pochwalenie się nim. Towary objęte cłami mają wartość 16, 6 mld dolarów. Jeśli odliczyć wartość stali i aluminium, i pozostałą kwotę podzielić na resztę towarów, to wyjdzie,  że każdy z tych rozproszonych ciosów waży tyle co hinduska kurta, w której tańcował Trudeau.

Biorąc pod uwagę zdolności mobilizacyjne Amerykanów i wzmożenie patriotyczne, to okaże się że przestaną kupować w Kanadzie syrop klonowy i zastąpią go tym z Vermontu, który oclił Trudeau, przestaną pić kanadyjskie piwo i whisky Caribou. Amerykański sekretarz obrony generał Mattis wyśle dodatkowe porcje pizzy i keczupu do wojsk w Iraku i Afganistanie, Straż Przybrzeżna kupi kilka dodatkowych łodzi dmuchanych, Polacy z Jackowa i Kolorado zjedzą po kilka dodatkowych ogórków, a Ukrainki z New Jersey załatwią problem lakieru do włosów. Na koniec jeszcze widzowie doprowadzą do wyrzucenia z pracy kanadyjskiej gwiazdki telewizyjnej Samanthy Bee, która w swoim cotygodniowym programie amerykańskiej stacji telewizyjnej TBS, nazwała córkę Trumpa „piz.ą” (dosłownie).

Tak więc będzie wielki propagandowy szum wokół decyzji Kanady, a samo posunięcie okaże się kompletnie bez znaczenia. Taka to mniej więcej będzie skala

Nie wiem, czy Trump zemści się cląc kanadyjskie kije hokejowe, ale pamiętliwy jest i na pewno nie odpuści Trudeau prób mieszania się w wybory. Możliwe, że zniesienie kolejne regulacje na dobycie paliw kopalnych (o ile już wszystkich nie zniósł) i pozwoli w Północnej Dakocie zassać trochę ropy z terytorium kanadyjskiej Manitoby i z Saskatchewan.

O tym, jak Trump traktuje Trudeau świadczy choćby to, że premier Kanady w ubiegłym miesiącu przez ponad tydzień przebywał w USA,  a prezydent nawet nie znalazł dla niego czasu. Sami zaś Kanadyjczycy będą pili droższy sok pomarańczowy z Florydy, albo jeszcze droższy z Hiszpanii, lub Maroka.

Wszelacy eksperci jak sobie to przeczytają mogą się podśmiewywać z tego ich zdaniem niepoważnego opisu, ale gwarantuję, że tak to będzie mniej więcej wyglądało. Taka będzie wojna handlowa USA – Kanada.

A co na froncie europejskim? Stany Zjednoczone i Europa to dwa kontynenty. Podobne mają zasoby i potencjał z tym, że USA militarnie i kulturowo to pół świata. Pozostaje problem dowództwa w Europie. Jeszcze od czasów Kissingera wciąż w USA pozostaje aktualne pytanie: „Jeśli chcę załatwić coś w Europie, to do kogo mam dzwonić”. No właśnie, czyj numer dziś wykręcić? Macrona? Merkel? Junckera? A może Tuska? Wiadomo, że nie do May, bo ona i tak za chwile nie będzie szefową rządu, a sama Wielka Brytania znajdzie się poza UE.

Juncker zapowiedział kroki odwetowe i cła na Harleye, whiskey i dżinsy. I co dalej? Kto w Europie ułoży wspólną listę amerykańskich towarów i działań odwetowych? Może Frederica Mogherini – Wysoki przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa (nic nie poradzę, że ma taki tytuł).

Może wstępne propozycje przygotują w Berlinie i Paryżu, a potem będą je uzgadniać z Junckerem, poszczególnymi komisarzami, a potem państwami członkowskimi? Pomysł z Paryża nie musi spodobać się w Madrycie, Wiedniu, czy w Rzymie i tak to sobie będzie trwało. Żadna gadanina o stanowczości i europejskiej solidarności nic nie pomoże. Każdy będzie szukał swego interesu, o czym przekonujemy się choćby przy okazji Nord Stream II.

Ostatni pokaz stanowczości mieliśmy w wykonaniu Francuzów. Po tym jak Trump oznajmił, że wycofuje się z układu z Iranem, Bruksela usty swego Junckera buńczucznie zapowiedziała, że umów dotrzyma i będzie robić interesy z Teheranem. Na co prezydent USA odpowiedział, że niestety bynajmniej ale jak ktoś chce robić biznes z reżimem ajatollahów, to niech zapomni o interesach z USA. Wystarczył miesiąc, by francuski Total poinformował o wycofaniu się z wielomiliardowej inwestycji w Iranie w gaz.

W Europie będą ględzić i się odgrażać, Trump zaś będzie działał, aż doprowadzi do zniknięcia z Piątej Alei w Nowym Jorku Mercedesów i BMW i zastąpienia ich Cadillacami i Lincolnami, co zapowiedział. Oczywiście jest to symboliczne, ale jasno pokazuje zamiary – dojście do równowagi handlowej pomiędzy USA, a Europą, poprzez zniesienie barier unijnych na amerykańskie towary, albo zniesienie w USA ulg na produkty z Europy. Ciekawe co Hiszpanie, Włosi i Francuzi poświęcą dla dobra Mercedesa, BMW i ThyssenKruppa.

W tej grze Trump nie ma przeciwników, bo ci są niedecyzyjni i rozproszeni. Stany Zjednoczone są praktycznie jedynym samowystarczalnym krajem świata. Kilka miesięcy temu zaczęły nawet eksportować ropę. Amerykanie przeżyją bez francuskich serów i wina, hiszpańskich oliwek i torebek Louis Vuitton. Te ostatnie kupią zresztą w Dubaju.