Listopad to dla Polski niebezpieczna pora
Łukasz Warzecha 09.11.2018

…a chociaż czasu było mnóstwo, to prezydent o marszu gada z narodowcami w ostatniej chwili. A wszystkim zależy, żeby wspólnie pomaszerować na tę rocznicę piękną, chwalebną, ale pogodzić się nie umieją, więc razem nie pójdą. A prezydent mówi, że to narodowcy nie chcieli się zgodzić, a narodowcy mówią, że to prezydent nie chciał. I tak se mówią, hej, a po kraju się niesie, a echem odbija.

 

A prezydent stolicy mówi, że narodowcy źli są, więc ona im zabrania maszerować. Więc opozycja się cieszy, a skacze, a śmieje się, ale prezydent kraju całego mówi, że jak tak, to on robi własny marsz. Ale zaraz potem sąd zakaz tego marszu pierwszego uchyla i już wygląda na to, że są dwa marsze, bo narodowcy krzyczą, że im prezydent ich marsz podwędził. Więc już nikt nie wie, ile tych marszy będzie, ale, hejże, od przybytku głowa przeca nie boli.

A policjanci idą na zwolnienia. Więc komendant główny do nich pisze, żeby nie szli, bo służba, bo państwo, bo ważne rzeczy się dzieją. A oni idą. Więc minister od policji im daje pieniądze, a oni zdrowieją od razu. Hejże hej! A minister od wojska powiada, że ten marsz prezydenta, co to nie wiadomo, czy będzie, ale ma być, to będą żołnierzyki ochraniać. A prezydent mówi, że jak narodowcy chcą, to się mogą do jego marszu przyłączyć. A narodowcy mówią, że prezydent, jak chce, to do ich marszu dołączyć sobie może. Byle się nie rządził za bardzo. Hej!

A na głównym placu w stolicy odsłaniają pomnik zmarłego prezydenta. A ten pomnik jest większy i wyższy niż pomnik Marszałka. Patrzy Marszałek na to wszystko ze swojego cokolika, skąd samochodów pilnuje, pięknych, eleganckich, a nic nie powiada, chociaż może by i chciał. Ale może to i lepiej, bo tam dziatwa niepełnoletnia chodzi, jeszcze by co usłyszała.

Więc nikt już nic z tego nie rozumie, kto z kim i dlaczego. I wszyscy mówią, że to strasznie złe jest, że tak to wygląda i że to wszystko przez tych drugich. Hej!

Idzie se Jaguś podle lasu, dzban malin niesie, „A hej, dolo, dolo” – przyśpiewuje. Przyklękła se Jaguś pode krzyżem przydrożnym i modli się, modli, a dzban z malinami ostawiła w rowie. O cóż ona się tam modli? A Bóg raczy wiedzieć. Modli się i tyle, a wzdycha tylko czasem: „Oj, dolo moja, dolo”. – A tymczasem zakradł się złodziej, buch, dzban z malinami porwał i ucik. A Jaguś modli się i modli, gdy skończyła, patrzy: dzbana z malinami nie ma. I dopieroż lamentować, narzekać i ręce łamać: „Oj ze mój dzbanusku, oj ze wy moje malinki cerwoniutkie, na jarmark was niesłam, grosików bym za was dostała, a za grosik cerwonom sukienecke ze wstązeckami bym se kupiła, oj, doloz moja, doloz”. I znów idzie se Jaguś podle lasu, dzbana malin nie niesie. „A hej, dolo, dolo” – przyśpiewuje, że aż po lesie jęczy. I znów krzyż przydrożny napotkała i pomyślała se: „Trza się pomodlić trochę”. I modli się, modli, a myśli se: „Teraz mi się modlić skorzej, bo o nijaki dzban troskać się nie trza”.

 

***

Przepraszam wszystkich wielbicieli prozy Stanisława Dygata za tę moją, pewnie niedoskonałą, parafrazę wykładu o Polsce głównego bohatera „Jeziora Bodeńskiego” (kończącą się na akapicie o Jagusi, który jest już oryginalnie Dygatowy). Ten fragment powieści Dygata przywoływałem nieraz w moich tekstach, bo też obok najbardziej znanych passusów Mickiewicza, Słowackiego, Sienkiewicza czy Gombrowicza genialnie opisuje to, z czym musimy się zmagać: nas samych.

Jak w swoim głośnym eseiku z roku 1987 napisał w odpowiedzi na ankietę „Znaku” Donald Tusk – polskość to nienormalność. Przy czym ten cytat, przywoływany obłudnie jako oskarżenie przeciwko Tuskowi, jest absolutnie uprawniony i zrozumiały, gdy czyta się go w kontekście reszty krótkiego tekstu byłego premiera.

Jak wyzwolić się z tych stereotypów, które towarzyszą nam niemal od urodzenia, wzmacniane literaturą, historią, powszechnymi resentymentami? Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń? Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze wrzuciły na moje bark brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię; i każą je z dumą obnosić. Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę; Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach przerwy rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi. Jest jakiś tragiczny rozziew w polskości – między wyobrażeniem a spełnieniem, planem a realizacją. Jest ona etosem pechowców, etosem przegranych i zarazem niepogodzonych ze swą przegraną. […]

Bo choć polskość wywołuje skojarzenia kreślone przez historię, jest ona także przecież dzianiem się, jest niepewnym spojrzeniem w przyszłość. I szarpię się między goryczą i wzruszeniem, dumą i zażenowaniem. Wtedy sądzę – tak po polsku, patetycznie, że polskość, niezależnie od uciążliwego dziedzictwa i tragicznych skojarzeń, pozostaje naszym wspólnym świadomym wyborem.

Tak pisał w swoim Tusk. I, przyznać trzeba, nawet jeśli nie są to wynurzenia przesadnie odkrywcze, to przecież jest w nich sporo celnych spostrzeżeń (ale oczywiście bardziej w duchu gombrowiczowskim niż mickiewiczowskim).

A co można – i co wypada – napisać w przeddzień setnej rocznicy odzyskania niepodległości, którą to rocznicę już skopaliśmy, jak tylko się dało, a bardzo możliwe, że skopiemy jeszcze bardziej?

Celowo używam pierwszej osoby liczby mnogiej, choć – jak w mojej parafrazie Dygata – wszyscy dookoła pokazują palcem: „To nie my, to oni! To oni są winni, że to tak wygląda!”. Można się oczywiście w to bawić i jest to ulubiona w ostatnich latach zabawa większości polityków, komentatorów, Polaków w ogóle. Z której nic, ale to nic kompletnie oczywiście nie wynika. Ja natomiast piszę „my”, bo przyjmuję, że pewnie i część mojej winy w tym wszystkim jest. A także dlatego, że jeśli z okazji, która zdarza się raz na sto lat, robi się cyrk, groteskę, farsę – przepychanie się, kto bardziej zawinił, wygląda żenująco. Żenujące jest, gdy zamiast poskromienia własnych ambicji i znalezienia jakiegoś wspólnego punktu walczy się o to, żeby zrzucić winę na innych.

WEI zajmuje się nie tylko szeroko pojmowaną gospodarką, ale też wolnością, jej miejscem w państwie i tym, jak ono jest zorganizowane. Nie tylko moi koledzy z Warsaw Enterprise Institute, ale też wielu innych moich znajomych, traktujących poważnie własne państwo, idee republikanizmu, obywatelskości, konserwatyzmu oczekiwałoby – i byłoby to oczekiwanie absolutnie zasadne – że rocznica odzyskania niepodległości będzie okazją do poważnej debaty o kształcie państwa. I gospodarczym, i w każdej innej dziedzinie. Próba takiej debaty, owszem, została nawet podjęta w postaci pomysłu prezydenckiego referendum o zmianie konstytucji, który to pomysł sam jego autor szybko zmarnował. Potem już żadnej debaty ustrojowej nie było. Był za to przykład poglądowy fatalnej legislacji w postaci uchwalenia na chybcika dodatkowego wolnego dnia (o czym pisałem niedawno na blogu WEI).

Smutno i rozczarowująco to wygląda.

W „Nocy listopadowej” Wyspiańskiego Wielki Książę pyta: „Listopad to dla Polski niebezpieczna pora — ?”. Odpowiada mu Makrot (tajny agent na usługach caratu):

 

Tak teraz jest listopad — więc baczne mam słuchy.

Jest to pora, gdy idą między żywych duchy —

i razem się bratają.

 

Bratają się, rzec można, potęgując chaos i zamieszanie. I jak tu nie wierzyć w narodowe charaktery?