Lodówka i polityka
Jerzy Marek Nowakowski 19.06.2018

W sierpniowych upałach, jakie mamy od kwietnia w Polsce lodówka wydaje się sprzętem absolutnie niezbędnym. Jednak lodówka w polityce okazuje się urządzeniem szkodliwym a nawet groźnym. Współczesny świat jest pełen konfliktów głęboko zamrożonych, zamrożonych i częściowo zamrożonych.

 

Mistrzostwem w hodowaniu zamrożonych konfliktów wykazywał się w szczególności system komunistyczny. Stalin i jego następcy świadomie w przemyślany sposób tworzyli, a następnie umiejętnie konserwowali owe konflikty, aby w odpowiednim momencie użyć ich dla własnych imperialnych celów.

Kiedy mówimy o zamrożonych konfliktach wytworzonych przez system komunistyczny natychmiast możemy wymienić: Naddniestrze i Gagauzję, które rozsadzają dzisiejszą Mołdawię; Górski Karabach, który skonfliktował Armenie i Azerbejdżan; Abchazję i Południową Osetię będące pętlą krępującą ambicje Gruzji; Latgalię – gdzie mniejszość rosyjska stale zagraża rozwojowi Łotwy czy Kotlinę Fergańską, której losy skutecznie skłócają narody Azji Środkowej. Klasycznym – tym razem rozmrożonym – konfliktem pozwalającym na ingerencję z zewnątrz jest sytuacja w byłej Jugosławii. Władza Tito skutecznie zablokowała możliwość dyskusji i zamroziła stare spory pomiędzy Serbami, Chorwatami, Albańczykami i Bośniakami co doprowadziło do wyniszczającej i okrutnej wojny domowej.

Nie mamy się co cieszyć, że Polski ten problem nie dotyczy. Nawet te nieliczne dokumenty, które są już udostępniane, wskazują, że Sowiety świadomie i z premedytacją budowały konflikt polsko-ukraiński. Z jednej strony Stalin podpowiedział komunistom, by dokonali masowej akcji wysiedlania Ukraińców do Sowietów i na tak zwane Ziemie Odzyskane, a z drugiej przez całą epokę PRL-u dbano, by zarówno Polacy jak Ukraińcy źle myśleli i pisali o swoich sąsiadach. W katalogu zadań ambasady ZSRR w Warszawie „monitorowanie” relacji polsko – ukraińskich znajdowało się zawsze na czołowym miejscu. I nie był to monitoring zabiegający o „pogłębianie przyjaźni narodów obozu pokoju i socjalizmu”. Przeciwnie. Wszelkie filmy w rodzaju „Ogniomistrza Kalenia” czy „Wilczych ech” cieszyły się wsparciem sowieckich władz.

Po ukraińskiej stronie granicy nieustannie kultywowano pamięć o rzekomych krzywdach wyrządzonych przez „jaśniepanów polskich” ludowi ukraińskiemu. Jeszcze prezydent Kuczma, lider niepodległej Ukrainy, potrafił świętować rocznicę napaści 17 września 1939 r. jako datę „zjednoczenia ziem ukraińskich”. Nie dlatego, że zapomniał, iż po stronie polskiej wzbudzi to co najmniej irytację, ale dlatego, że taki stereotyp wtłaczała do głów kolejnych pokoleń Ukraińców sowiecka edukacja. A politykowi trudno iść pod prąd społecznego myślenia.

W kolejnych latach – zazwyczaj po fakcie – dowiadywaliśmy się, że nacjonalistyczne wybryki czy to po polskiej czy ukraińskiej stronie były finansowane, albo suflowane z Moskwy. I nic się w tej materii nie zmienia. A właściwie zmienia się, tylko na gorsze. Wszelkie analizy działalności rosyjskich „fabryk trolli” nadzwyczaj skutecznych w Internecie wskazują, że jednym z głównych zadań jest wzbudzanie polsko – ukraińskiej nienawiści. Gdyby nie lata skutecznego utrzymywania zamrożonego konfliktu tak łatwe wrzucenie jabłka niezgody pomiędzy Kijów i Warszawę nie byłoby możliwe. A z punktu widzenia imperialnej Moskwy nie ma niczego groźniejszego niż współpraca polsko-ukraińska. Mało kto pamięta, że Jelcyn wycofał rosyjskie veto w sprawie rozszerzenia NATO właśnie w obawie, że Polska zatrzymana w drodze na Zachód zacznie budować strukturę bezpieczeństwa z Ukrainą.

Inny zamrożony konflikt, który dotyka bezpośrednio Polski, to spór z Litwą. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku KGB poświęciło mnóstwo czasu i energii na to, by wytworzyć grupę działaczy polskich na Litwie występujących przeciwko litewskiej niepodległości a nawet postulujących powołanie „polskiej republiki sowieckiej” ze stolicą w Wilnie. Z tego samego źródła pochodziły rozpowszechniane na Litwie mapki, na których odrodzona Litwa obejmowała Olsztyn i Białystok. Jak grzyby po deszczu powstawały organizacje „kresowe” zakładane zwykle przez ludzi dobrej woli, ale dyskretnie „sponsorowane” ze źródeł dziwnie bliskich Moskwie.

Użycie czasu przeszłego jest tu nie na miejscu, bo do dzisiaj podgrzewanie konfliktów jest jednym z naczelnych zadań rosyjskich służb. Nie bez powodu osławiona agencja „Regnum” angażuje się w każdy konflikt pomiędzy Polakami z Wileńszczyzny czy Dyneburga a władzami Litwy i Łotwy.

Wielką nadzieją KGB, która na szczęście się nie zmaterializowała, było rozmrożenie konfliktu polsko-niemieckiego. Przez całą epokę PRL-u sowiecka agentura rozpowszechniała wśród Polaków zamieszkujących „ziemie odzyskane” tak zwane szeptanki o tym, że „Niemcy tu wrócą”, że nie warto remontować domów, że losy tych ziem są mocno niepewne. I jestem przekonany (choć tutaj dowodów nie widziałem), że niektórzy bojowi działacze niemieckich ziomkostw także byli dyskretnie wspierani przez Moskwę.

Kiedy przyglądamy się całemu obszarowi dawnego bloku komunistycznego, niemal wszędzie odnajdziemy obszary zmrożonych konfliktów. Węgrów ze Słowacja i Rumunią, Czechów z Niemcami, Rumunii z Bułgarią, Bułgarii z Turcją, Turcji z Armenią, Armenii z Gruzją. Część z tych konfliktów istniała od stuleci, część została świadomie wytworzona przez władze w Moskwie. Ale absolutnie wszystkie z nich były obserwowane i wykorzystywane przez Moskwę w celu realizacji jej imperialnej polityki.

Efekt zamrożenia dotyka nas wszystkich ponieważ systemy totalitarne i autorytarne zamykały granice, blokowały swobodną dyskusję i przepływ idei. W efekcie stare (i nowe) konflikty społeczne nie mogły być rozwiązane na drodze demokratycznej. Pozostawały utajone, zazwyczaj samo ich nazwanie było zakazane przez cenzurę a kiedy indziej władze celowo je podgrzewały, nie dopuszczając jednak do wybuchu, a manifestacji limitowanego nacjonalizmu używały do legitymizacji swojej władzy. Zjawisko jest uniwersalne (ostrość konfliktu w Baskonii czy Katalonii to też po części odłożony skutek rządów Franco), ale w naszej części Europy nakłada się na generalny brak akceptacji dla tych prądów ideowych, które dominują na Zachodzie. Wybitna francuska filozof Chantal Delsol napisała niedawno: „Jestem przekonana, że zderzenie z mentalnością ponowoczesną jawiącą się jako przymus (w każdym razie przedstawianą jako warunek powrotu do wspólnego domu) stało za wzrostem populizmu w Europie Środkowej. To zderzenie miało taki efekt dlatego, że za żelazną kurtyną czas stał w miejscu”.

Mam wrażenie, że powinniśmy zabrać się do solidnej analizy pozostałości lodówki politycznej w której żyliśmy. Bo nie tylko zewsząd dookoła niemiło pachną z lekka rozmrożone i nadpsute konflikty. Także nasze myślenie o świecie i polityce trąci często anachronizmem. I nie idzie mi wcale o to, że mamy akceptować modną (i zwykle durną) „ponowoczesność”. Polityczna lodówka zabija nowoczesny konserwatyzm zastępując go zatęchłym pseudokonserwatywnym populizmem. Dość często suflowanym w interesie tych, którzy nas w tej lodowce trzymali.