Mała zwycięska wojenka
Jerzy Marek Nowakowski 29.11.2018

To była kiedyś najpiękniejsza trasa samochodowa z Polski na Kaukaz Południowy. Z Warszawy przez Wołyń, Żytomierz, Białą Cerkiew, Zaporoże i Krym. Następnie promem przez Cieśninę Kerczeńską, Soczi, Suchumi i Poti do Tbilisi i Erywania. Jej inny wariant prowadził przez Kijów, Donieck i Władykaukaz, do Osetii Południowej i dalej do stolicy Gruzji. W obu wypadkach, mimo fatalnych dróg, były to wyprawy porywające, związane ze zwiedzaniem wspaniałych zabytków i jeszcze wspanialszych krajobrazów.

 

Od dziesięciu lat na kolejnych fragmentach tego szlaku wyrastały zasieki, wojny, zamknięte granice. Najpierw okupacja rosyjska Abchazji i Południowej Osetii w 2008 roku zamknęła możliwość sforsowania Kaukazu. Potem doszedł okupowany Krym i wojna w Donbasie. W rezultacie coś, co jeszcze podczas planowania wspólnych ukraińsko-polskich mistrzostw Europy w piłce nożnej wydawało się wspaniałym pomysłem na rozwój turystyki, połączonej z opowieścią o niezwykłych dziejach I Rzeczypospolitej i Europy Wschodniej, stało się przewodnikiem po współczesnych wojnach, konfliktach i rosyjskim neoimperializmie.

Dla porządku dodam, że ta trasa powinna mieć jeszcze trzeci wariant. Przez Lwów, Kamieniec Podolski, Chocim, Mołdawię i Odessę. Tutaj jednak od lat dziewięćdziesiątych na przeszkodzie stoi pseudopaństewko: Naddniestrze. Kawałek Mołdawii oderwany przez Rosję na początku przemian w dawnym Związku Sowieckim.

Kiedy mówimy, że żyjemy w pokojowym świecie i nic nam nie grozi, to warto sobie uświadomić, że z Przemyśla jest bliżej do Naddniestrza i na Krym niż do Szczecina.

Kiedy mówimy, że nic nam nie grozi musimy sobie uświadomić, że w dystansie od kilku do kilkunastu godzin jazdy samochodem od polskiej granicy toczą się co najmniej 3 wojny.

Po ataku na ukraińskie okręty w Cieśninie Kerczeńskiej przyglądaliśmy się telewizyjnym wiadomościom mniej więcej tak, jakby to był reportaż z walki z piratami gdzieś w Somalii czy Cieśninie Malakka. Nic z tego. To są rzeczy, które dotyczą nas blisko i bezpośrednio.

Przy turystycznej trasie marzeń, którą opisywałem przed chwilą, toczy się 6 wojen. Naddniestrze, Krym, Donbas, Abchazja, Osetia Południowa i na końcu, na południowy wschód od Erywania Górski Karabach. Prawie wszędzie niemal codziennie giną ludzie. A życie całych społeczności jest podporządkowane wojnie.

Rzeczywistość państwa toczącego wojnę jest zupełnie inna niż tego, które żyje w pokoju. Z pozoru wszystko jest normalnie. Ludzie się bawią, dzieci chodzą do szkoły, dorośli pracują… Ale po pierwsze jest biednie. Na wydatki społeczne idzie tyle ile zostanie po opłaceniu armii. No i nikt, albo prawie nikt, nie inwestuje. Granice są pozamykane. I nic nie jest pewne. Jedziesz do znajomych na kolację, a tu na drodze wojskowi z lizakami. Przejazd chwilowo zamknięty bo był ostrzał snajperów. W szkole dzieciaki uczą się obsługi broni, a przede wszystkim nienawiści do wroga. Dorośli zaś wiedzą, że nie warto planować na wiele lat do przodu. Bo nie wiadomo co się wydarzy.

Konflikt wojenny zawsze i dla wszystkich jego uczestników (oraz zaangażowanych obserwatorów) jest skrajnie destrukcyjny. Demoluje tkankę społeczna na pokolenia.

Rosyjski atak na ukraińskie kutry artyleryjskie płynące na Morze Azowskie nie był, wbrew niemądrym wypowiedziom niektórych ekspertów, incydentem. Po raz pierwszy od początku konfliktu z Ukrainą Rosjanie wystąpili pod własną flagą. Nawet okupując Krym robili to metodami wojny hybrydowej a prezydent Putin zapewniał, ze wyposażenie „zielonych ludzików” można kupić w każdym rosyjskim sklepie. Po czterech latach wojny, bodaj po raz pierwszy doszło do formalnej konfrontacji dwóch armii. I po kilku latach wojny Ukraina wprowadziła formalnie stan wojenny na terytoriach graniczących z Rosją.

Pytanie po co? Oczywiście nasuwa się najprostszy wniosek. Bo „mała zwycięska wojenka” jest potrzebna Putinowi, którego popularność drastycznie spadła. Także prezydent Ukrainy, Petro Poroszenko mający w marcu wybory (w których nie jest bynajmniej faworytem sondaży) traktuje spór z Rosją jako szansę wzmocnienia swojej pozycji.

Myślę jednak, że na to starcie należy patrzeć z podwójnej perspektywy. Rosyjskich celów strategicznych i bieżącej taktyki rosyjskiej polityki zagranicznej. Bo nikt nie ma wątpliwości, ze starcie sprowokowali Rosjanie.

Rosja ma wobec Ukrainy dwa kluczowe cele. Pierwszy z nich to legalizacja zaboru Krymu. Nikt poważny w Rosji nie zgodzi się w wyobrażalnej perspektywie na zwrot Krymu Ukrainie. Zarówno Putin jak i opozycja są zgodni: Krym ma pozostać rosyjski. Koniec, kropka. Należy więc mnożyć karty przetargowe, które skłonić mogą społeczność międzynarodową do przymknięcia oka na okupację Krymu. Właśnie dodano kolejną, zamknięcie Morza Azowskiego. W geście dobrej woli będzie można go kiedyś otworzyć, no ale dopiero wówczas, gdy choćby de facto uznacie nasza władzę nad Krymem. Podobnie jest z Donbasem, jak Ukraina chce go odzyskać to musi zaprzestać blokowania Krymu. Taki sam komunikat otrzymuje społeczność międzynarodowa. Jesteśmy gotowi rozmawiać o Syrii, Iranie, Morzu Azowskim i Donbasie. No ale w końcu przestańcie się wygłupiać z tym Krymem. Na formalne uznanie możemy poczekać (zakładają, że ok. 30 lat), ale z tymi sankcjami to jednak przesada.

Drugi, a w zasadzie to najważniejszy, cel strategiczny Rosji to powstrzymania zbliżenia Ukrainy do Zachodu. Pamiętam jak przed laty pytałem jednego z rosyjskich polityków: „co zrobicie jak Polska wejdzie do NATO”? Nic nie zrobimy. A jak do NATO wejdą Bałtowie? „No tutaj będziemy musieli wzmocnić bardzo wyraźnie nasze siły wojskowe na północnym zachodzie Rosji”. A jeśli do NATO wejdzie Ukraina? – drążyłem. „A eto wojna” odpowiedział mój rozmówca. Nic nie wskazuje, by myślenie kremlowskich elit od tego czasu się zmieniło. Okupacja Donbasu nie miała na celu oderwanie tych ziem od Ukrainy. Rosjanie od początku deklarowali, że ich celem jest doprowadzenie do federalizacji państwa ukraińskiego. Bo wiedzieli, że wschód będzie blokował wszelkie próby zbliżenia z Zachodem. A w rosyjskiej koncepcji politycznej Ukraina ma być państwem buforowym uzależnionym od Moskwy. Zamknięcie Morza Azowskiego ma w zamyśle Rosji doprowadzić do dalszej pauperyzacji Mariupola czy Berdiańska i przechylić sympatie mieszkańców na stronę Rosji. Poza tym, jeżeli zamknie się ten akwen, to Ukrainie pozostanie de facto jeden port w Odessie. Dość łatwy do odcięcia przez potężną Flotę Czarnomorską z bazy w Sewastopolu.

Cele taktyczne także wydaja się dość oczywiste. Niespełna dwa tygodnie temu Stany Zjednoczone zdecydowały o przekazaniu Ukrainie dwóch fregat i kilku mniejszych okrętów wojennych. Byłoby to znaczne wzmocnienie ukraińskiej floty (straconej wraz z okupacją Krymu). Zatrzymując ukraińskie okręty, Rosjanie wysłali do Amerykanów komunikat: podarujcie Ukrainie wasze okręty, chętnie je sobie weźmiemy.

Warto zauważyć, że w tym samym czasie co starcie koło przesmyku Kerczeńskiego, doszło do incydentu na Morzu Bałtyckim. Nad ćwiczącymi jednostkami NATO przeleciały rosyjskie bombowce z tzw. brudnymi skrzydłami. „Brudne skrzydła” oznaczają w slangu wojskowym, że miały podwieszone uzbrojenie. Komunikat był jasny. Wy sobie tu ćwiczcie, ale jeżeli zrobicie coś, co nam się nie podoba to was możemy w jednej chwili zatopić. Zwłaszcza, że samolotom towarzyszył okręt podwodny, który demonstracyjnie wynurzył się obok flotylli NATO i robił pamiątkowe zdjęcia.

Ponieważ za kilka dni w Buenos Aires ma dojść do spotkania Trump-Putin jest dość oczywiste, ze oba incydenty morskie są formą testu. Jeśli Amerykanie nie odwołają spotkania, to znaczy, że milcząco zgadzają się na to, iż Bałtyk i Morze Czarne to obszary gdzie Rosja ma specjalne prawa.

Dumne przekonanie, że to co zdarzyło się w relacjach ukraińsko – rosyjskich nie ma wpływu na nasze bezpieczeństwo jest głęboko nieprawdziwe. Ma. Po pierwsze, to wszystko dzieje się niebezpiecznie blisko naszych granic. Po drugie gotowość Rosji do wystąpienia bez kamuflażu wojny hybrydowej tworzy nową jakość i po trzecie jeżeli Zachód nie zda testu solidarności (a widać że są z tym spore kłopoty) to nasze bezpieczeństwo będzie znów odrobinę mniejsze.

Odrębną kwestią jest polska reakcja na wzrost napięcia. Na poziomie dyplomatycznym właściwa, chociaż niczego oryginalnego nie zaproponowaliśmy. Na poziomie politycznym jest natomiast za słaba. Jak dotąd reakcja rządu na pierwszy realny kryzys polityczny w czasach władzy PiS wydaje się nieco bojaźliwa. A powtórzę to wszystko dzieje się niepokojąco blisko polskich granic.