McCain – czyli fałszywa narracja o Republikanach
Tomasz Wróblewski 28.08.2018

Po śmierci senatora McCaina, partia Republikańska jest dziś zjednoczona i wewnętrznie silna jak nigdy od czasów Ronalda Reagana. Donald Trump odmienił partię i położył kres wewnętrznym wojnom.

 

Pogrzeb senatora Johna McCaina przykrył przekazy medialne z trasy kampanii wyborczej do Kongresu Stanów Zjednoczonych. To co docierało do Polski, to w większości przetrawione przez rodzimych publicystów wywody anty-Trumpowskich mediów. Ich sentymentalne wspomnienia po senatorze, podszyte nutką fałszywego żalu, po rozpadającej się starej-dobrej Partii Republikańskiej. To, co nie przebiło się w Polsce. To, że śmierć senatora McCaina choć niezamierzona, to jednak domyka przemyślaną i zaskakująco konsekwentną politykę prezydenta Trumpa na rzecz przebudowy i wewnętrznej konsolidacji partii Republikańskiej.

Partii, która od lat rozjeżdżała się na dwa wrogie obozy. Praktycznie od 1992 roku, od czasów kandydatury Pata Buchanana, odwołującego się do republikańskich ideałów z początków amerykańskiej państwowości, obserwowaliśmy narastający wewnętrzny konflikt. Buchanan dwukrotnie próbował odwoływać się do głosu masowego, konserwatywnego wyborcy i dwukrotnie przegrywał w prawyborach. Jego konserwatywno-narodowy ruch przetrwał i – zamiast słabnąć – rósł w siłę. W 2009 dał początek Tea Party. Antyglobalnemu ruchowi społecznemu, którego zwolennicy odrzucali liberalną wykładnię demokracji. Przez prawa obywatelskie rozumieli prawo do demonstrowania swoich poglądów a nie prawo mniejszości do uciszania większości. Tea Party wyrosło na silnej wewnętrznej opozycji do republikańskiego establishmentu godzącego się z otwartą polityką imigracyjną, z uznaniem nadrzędności międzynarodowych instytucji nad rządem i interesami Amerykanów. Donald Trump niczego nie musiał wymyślać. Wystarczyło, że umiejętnie wykorzystał rosnące niezadowolenie wyborców z aparatu partyjnego. Przepaść między filtrującym z globalizmem establishmentem a narodowymi wyborcami partii Republikańskiej.

Konsekwentne wypełnianie obietnic wyborczych i osłabianie roli tradycyjnych przywódców partyjnych dały Trumpowi pozycję niekwestionowanego lidera partii. W przeddzień tegorocznych wyborów, 35 z 37 kandydatów do Izby Reprezentantów i do Senatu, to zwolennicy Trumpa. Wszyscy najbardziej zajadli przeciwnicy Trumpa zostali pokonani w prawyborach. Choć trzeba przyznać, że McCain był największym i najbardziej wpływowym antagonistą. Niemniej, prezydent dokonał przejęcia listy kandydatów w kraju gdzie nie ma odgórnie układanych list i pieniędzy z rozdzielnika prezesa. 80 proc. prawicowych wyborców stoi dziś za prezydentem. Donald Trump nie tylko utrzymał poparcie dołów partyjnych, ale też odebrał partie dawnemu establishmentowi. Tak, jak Ronald Reagan dał głos przysłowiowej „Milczącej Większości” zagłuszanej zgiełkiem lewicowych mediów i uczelni, tak Donald Trump oddał partię konserwatywno-narodowym wyborcom lekceważonym przez stary aparat.

Wbrew lewicowym krytykom, Trump nie dokonał tego za sprawą „fake newsów”, ani rosyjskiego lobby. Przeciwnie, zrobił to na przekór zmasowanej krytyce i publicznemu śledztwu prokuratury. Dokonał tego dzięki rewelacyjnym wynikom gospodarczym opartym o niższe podatki, zarówno dla osób prywatnych jak i korporacji. Dzięki masowej deregulacji, w tym tak głośnych ustaw ograniczających działalność instytucji finansowych jak ustawa Dodda-Franka, dokonał odbiurokratyzowania amerykańskiej przedsiębiorczości. Dziś Stany Zjednoczone mogą się pochwalić jednym z najniższych na świecie kosztów prowadzenia firmowej dokumentacji. Liczba stron regulacyjnych w Rejestrze Federalnym została zmniejszona o jedną trzecią. Według National Federation of Independent Business, właściciele małych firm zatrudniają dziś więcej osób niż kiedykolwiek w historii Stanów Zjednoczonych. Badania wyprzedzające wyniki gospodarcze, jak PMI pokazują, że amerykańscy przedsiębiorcy od blisko 60 lat nie patrzyli z takim optymizmem w przyszłość jak dziś.

Tak bardzo, jak amerykańscy demokraci i liberalny establishment na całym świecie nie chce tego przyznać, tak wyniki gospodarcze Ameryki są wynikiem przemyślanych decyzji politycznych, a nie populistycznego chaosu. Irytujący styl Donalda Trumpa i jego awanturnicza polityka zagraniczna, pewnie nie przeszłyby wiedeńskiego testu savoir-vivre’u, ale efekty są. Meksyk zgodził się właśnie zmienić warunki umowy wolnocłowej NAFTA pod dyktando Waszyngtonu, nawet gdyby to miało oznaczać zerwanie porozumień z Kanadą. To nie będzie jednak konieczne, Kanada wróciła do stołu negocjacyjnego i po cichu rozluźnia swoje wymogi klimatyczne.

Katastrofa, która miała obnażyć politykę gospodarczą Trumpa, zostawia w kieszeni Amerykanów o 20 proc. więcej pieniędzy i najwięcej w historii miejsc pracy. A partia, która miała się rozpaść pod jego przywództwem jest spójna i wewnętrznie zmobilizowana tak, jak dawno nie była.