Mecenasie!
Robert Gwiazdowski 01.02.2019

Za sprawą kolejnej odsłony afery nazywanej „reprywatyzacyjną” – choć handel roszczeniami z reprywatyzacją ma niewiele wspólnego – dowiedzieliśmy się, że każdy w Polsce może zostać adwokatem i milionerem. I przekonaliśmy się jaka na nim jest konkurencja. Afera wyrwała się spod kontroli właśnie dzięki niej. Jedni handlarze roszczeń donieśli dziennikarzom na drugich, ale wybuchu nie udało się przeprowadzić w sposób kontrolowany. Co dowodzi, że konkurencja jest ogólne dobra, choć dla niektórych bywa zła.

 

Postanowiłem więc przypomnieć, co co pisałem o tym w Rzepie we wrześniu 2016 roku. Bo nieskromnie zauważę, że zazwyczaj nie muszę pisać nic nowego, tylko przypominać co pisałem wcześniej.

„Problem etyczny, polityczny i ekonomiczny jaki mamy z reprywatyzacją wziął się z braku restytucji mienia po 1989 roku. Dlaczego ona nie nastąpiła? Po pierwsze z powodów politycznych – żeby nie drażnić wyborców zwrotem majątków „kamienicznikom” i nie pozbawiać ich „dachu nad głową”. Po drugie z powodów ekonomicznych – skarbu państwa miało nie być stać na odszkodowania. Po trzecie z powodów ideologicznych – żeby nie przesadzać z tym liberalizmem. I wreszcie z powodów hochsztaplerskich – w „mętnej wodzie łatwiej łapać ryby”. Który był decydujący? Niestety czwarty. Prezydent Święcicki zaczął zwracać niektóre nieruchomości – ale tylko niektórym. A wiadomo, że „kto szybko daje, ten dwa razy daje”. Warto sprawdzić komu dał. A potem zaczęła się obstrukcja. Głównie wobec przedwojennych właścicieli i ich spadkobierców. Ci którzy nabyli od nich roszczenia ponoć „mieli lepszych prawników”. Z pokorą przyjmuję ten argument.

„Jak się nająłeś w charakterze psa, to musisz szczekać” – powiedział mi dawno temu stary adwokat. Wszyscy wiedzieliśmy, że handel roszczeniami to szwindel. A jak ktoś nie wiedział, to źle świadczy o jego profesjonalizmie. A dla adwokata zarzut braku profesjonalizmu jest chyba gorszy niż braku etyki. Taki zawód. Mamy reprezentować interesy klientów. Wykorzystywać potknięcia prawodawcy, urzędników, przeciwników procesowych i nawet sędziów. Ba – mamy obowiązek je wykorzystywać i bronić ludzi nawet jak przypuszczamy, że zarzuty wobec nich wytoczone w postępowaniu karnym nie są bezpodstawne, albo nie mają oni racji w postępowaniu cywilnym czy administracyjnym. Taki zawód. Wielka sława spadła na obrońców O.J. Simpsona, którzy uzyskali od ławy przysięgłych jego uniewinnienie dzięki trikom prawnym. Inny z naszych amerykańskich kolegów zasłynął, gdy broniąc klienta oskarżonego o gwałt wręczył przysięgłym nitkę z igłą prosząc, by „nawlekli igłę, gdy się igła rusza”. Ale myślę sobie, że spadłaby na niego zamiast sławy infamia, gdyby klientowi tę „igłę” przytrzymał. Nie mówiąc już o tym, gdyby sam ją „nawlekł”. A taka właśnie analogia się nasuwa z kupowaniem roszczeń do nieruchomości warszawskich dla siebie.”