Miedwiediew pojawia się i znika, czyli kremlinologia w rozkwicie
Marek Budzisz 26.08.2018

Rosyjski premier Dmitrij Miedwiediew zniknął i już prawie dwa tygodnie nikt go nie widział, przynajmniej publicznie. Po tym, jak w rosyjskich sieciach społecznościowych podniósł się w tej sprawie szum, służby prasowe rządu wydały uspokajający komunikat. Premier odniósł kontuzję, poinformowano, w czasie treningu i teraz jest na rekonwalescencji. Przy czym nie wiadomo ani jakiego rodzaju sportem parał się rosyjski polityk, ani jak długo będzie trwała rekonwalescencja, ani tym bardziej czy jest on formalnie na zwolnieniu. Jedyne, czego można się było dowiedzieć z komunikatu to, że kontuzja jest tego rodzaju, iż uniemożliwia uczestniczenie w publicznych przedsięwzięciach i premier pracuje w domu, gdzie dostarczane mu są niezbędne dokumenty. Oczywiście nie wiadomo też, czy odbywające się tradycyjnie w każdy poniedziałek spotkanie z wicepremierami będzie miało miejsce.

 

Cała historia, wystąpienia służb prasowych rządu nie wykluczając, spowodowała falę spekulacji na temat spodziewanej dymisji Miedwiediewa. Zdaniem zwolenników tej teorii jest ona bardzo prawdopodobna, bo niedawno jego rzeczniczka prasowa Timakowa poinformowała, że przechodzi do pracy w bankowości, a konkretnie rzecz biorąc ma być rzeczniczką Wnieszekonombanku, na czele którego stanął niedawno, już po zmianie rządu, były wicepremier Szuwałow. W Moskwie spekuluje się, że następca Miedwiediewa ma być obecna szefowa Banku Centralnego Elvira Nabiullina, która miała zjednać sobie sympatię Putina twardą walką z inflacją. Niedawno w Wall Street Journal ukazał się na jej temat pochwalny artykuł i to zdaniem niektórych może być przesądzającym argumentem na jej rzecz.

Oczywiście trudno nie uśmiechać się czytając tego rodzaju rewelacje. Kremlinologia w rozkwicie. O pozycji w rosyjskiej hierarchii władzy sądzi się na podstawie napomknień Putina, bądź obecności na oficjalnych spotkaniach. Przy czym pogłoski o odejściu Miedwiediewa dość regularnie się pojawiają, ostatnia ich fala przypadała na czas przed i zaraz po wyborach prezydenckich.

Można w gruncie rzeczy podobne spekulacje uznać za niegroźny bzik czy rodzaj hobby. Jedni łapią rzadkie okazy motyli, inni trawią czas na dociekanie, jakie zmiany nastąpią na szczytach rosyjskiej władzy. Do podobnie pożytecznego zajęcia zaliczyć wypada regularnie publikowane przez rosyjskich politologów rankingi najbardziej wpływowych polityków (tu ciekawe są miejsca począwszy od drugiego, bo kto jest na czele lisy nietrudno zgadnąć) czy też potencjalnych następców Putina. W ubiegłym tygodniu pojawił się kolejny ranking następców obecnego prezydenta Rosji, który co prawda ma przed sobą jeszcze niemal sześć lat, ale tradycja (sporządzania rankingów) obowiązuje. Najwięcej szans wg kolejności mają – Andriej Turczak, Dmitrij Miediwdiew, Aleksiej Diumin, Dmitrij Patruszew i Anton Wajno. Poza Miedwiediewem (wg tego rankingu nie czeka go dymisja) inni są politykami mniej na świecie znanymi. Turczak jest senatorem, wiceprzewodniczącym Rady Federacji, Diumin to urzędujący wiceminister obrony, Patruszew jest ministrem rolnictwa, a przy tym synem znacznie lepiej znanego i bardziej wpływowego ojca – generała FSB, kierującego rosyjską Radą Bezpieczeństwa, zaś Wajno to obecny wiceszef administracji rosyjskiego prezydenta. Nie nazwiska, ale kryteria, jakimi się posłużono w budowie tego rankingu są najciekawsze. Otóż potencjalny następca winien być blisko z Władimirem Putinem i ten winien odczuwać wobec niego „ojcowskie sympatie”. Nietrudno się domyślić, że musi być znacznie w związku z tym młodszy. Musi być maksymalnie lojalny, nie może być w jego przypadku mowy o planach czy marzeniach wykreowania jakiejś „kontrelity”, powinien być lubiany i szanowany przez siłowików i co też ważne, choć chyba nieprzesądzające, nie może być w oczach narodu osobą „toksyczną”. Nie bardzo wiadomo, co to w praktyce może oznaczać, ale z pewnością kandydująca niedawno na prezydenta Rosji celebrytka Sobczak, która nie skrywa swego poglądu, iż aneksja Krymu nie była najmądrzejszym posunięciem, w takim rankingu nie ma szans.

Morał, który płynie z tej opowieści jest taki, że nie ma znaczenia czy Miedwiediew jest dziś premierem, a może i kandydatem na następcę Putina, bo jutro może być nikim, prywatną osobą leczącą kontuzje. I kiedy przyjdzie czas zmiany na stanowisku rosyjskiego prezydenta, to idę o zakład, że przeżywać będziemy podobne zdziwienie, jak wówczas, kiedy po raz pierwszy padło nazwisko dzisiejszego rosyjskiego numeru 1, wtedy, w 1999 roku, niewiele komukolwiek mówiące.