Międzymorze – Śródmorze – być może
Jerzy Marek Nowakowski 13.06.2018

Międzymorze, czy jak inni mówią Śródmorze, jest kluczowym, a być może jedynym oryginalnym konceptem politycznym obecnego rządu Polski w dziedzinie polityki zagranicznej. Kiedy jednak przyglądamy się bliżej owej koncepcji, to pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi.

 

Przede wszystkim nie jest jasne, kto w skład owego Międzymorza wchodzi. I w ogóle o jakich morzach jest mowa. No dobrze, Bałtyk i Morze Czarne są dość oczywiste. Tak zresztą definiowano koncept Międzymorza w epoce międzywojennej, kiedy Józef Beck zamyślał uczynić z niego oś polskiej polityki „równego dystansu” do Niemiec i Sowietów. Ale w narracji dotyczącej Między- Śród- morza pojawiają się jeszcze Morze Śródziemne, Adriatyk czy wręcz Morze Kaspijskie. Z kolei u progu XX stulecia pojęcie Międzymorza oznaczało wymarzoną przez Józefa Piłsudskiego federację państw od Bałtyku po Morze Czarne odcinającą Rosję od Europy, a w optymistycznym wariancie sięgającą do Kaukazu.

Kłopoty definicyjne nie są tylko teoretyczną zabawą. Na użytek tego tekstu zdefiniujmy Międzymorze jako próbę zbliżenia państw poczuwających się do zagrożenia ze strony Rosji i budujących współpracę regionalną przede wszystkim zorientowaną na kwestie polityczne i bezpieczeństwa. Z kolei Śródmorze byłoby koncepcją skierowaną na pogłębianie współpracy gospodarczej, szczególnie w zakresie budowy infrastruktury północ – południe, istotnie dramatycznie zaniedbanej oraz wzmacnianiu pozycji regionu i lobbingu wspólnych interesów w strukturach UE i NATO.

Obie opowieści wydaja się brzmieć atrakcyjnie. Wspólne stanowisko wobec neoimperialnej polityki Moskwy bez wątpienia jest potrzebne. Szczególnie wówczas, gdy południe Europy coraz mocniej lobbuje na rzecz skoncentrowania się na wyzwaniach płynących z masowej imigracji z Afryki i kłopotach gospodarczych regionu niezbyt elegancko nazywanego PIGS (Portugalia, Włochy, Grecja, Hiszpania). Z kolei budowa silniejszych więzi infrastrukturalnych pomiędzy regionem bałtyckim a adriatyckim i czarnomorskim jest jak najbardziej logiczna i może stać się czynnikiem przyspieszającym rozwój. Szczególnie, że jest to także droga do tego by zaoferować np. Chinom przedłużenie linii komunikacyjnych nowego Jedwabnego Szlaku omijających Rosję, do której to koncepcji Chińczycy zdają się przykładać sporą wagę.

Należy wszelako poczynić istotne zastrzeżenie, po części bazujące na doświadczeniu historii. Międzymorze Becka okazało się konstrukcją sztuczną z dwóch powodów. Pierwszym z nich była słabość militarna i ekonomiczna uczestników porozumienia. W świetnym studium profesora Mariana Zgórniaka, wydanym jeszcze w czasach PRL porównał on potencjały militarne i ekonomiczne państw międzymorza oraz Sowietów i Niemiec Hitlera. Bez względu na możliwe konfiguracje polityczne nie mieliśmy szans. Co więcej, w wypadku przestawienia gospodarek na tryb wojenny dystans pomiędzy krajami międzymorza a wielkimi sąsiadami mógł się tylko zwiększyć. Drugą przyczyną, dla której pomysł ministra Becka nie miał szans powodzenia, były rozbieżne interesy państw regionu. W chwili kryzysu, każde z nich próbowało się ratować na własną rękę z wiadomym skutkiem.

Współcześnie nie jest dużo lepiej. Łączne PKB krajów tzw. dziewiątki bukareszteńskiej (Polska, Rumunia, Bułgaria, Czechy, Węgry, Słowacja oraz Litwa, Łotwa i Estonia) będącej trzonem Śródmorza i jedynym realnym bytem politycznym wykreowanym w regionie wynosi 1358 mld dolarów. Czyli w przybliżeniu tyle ile produkuje znajdująca się w kryzysie Hiszpania (1315). To znacznie mniej niż PKB Rosji (1527) i mnożnikowo mniej niż w Niemczech (3685). Jeżeli dopiszemy do B9 jeszcze Słowenię, Chorwację, Ukrainę, Białoruś a nawet państwa Kaukazu to skumulowane PKB tak rozumianego Międzymorza skoczy do 1696 mld USD. Czyli przeskoczy Rosję, ale wciąż będzie mniejsze od, na przykład, włoskiego. Jeżeli byśmy przyjęli porównacie PKB w parytetach cen bieżących różnica będzie jeszcze większa. Podobnie w wypadku porównania potencjałów militarnych.

Nie została przezwyciężona również druga słabość regionu – brak solidarności. Mamy zarówno w obrębie dziewiątki bukareszteńskiej, podobnie jak (tym bardziej) w ramach najszerszej formuły Międzymorza, państwa orientujące się na Rosję, na USA, na Niemcy czy na Włochy. A niekiedy na Turcję czy Iran (Kaukaz). Znalezienie tak zwanego minimalnego wspólnego mianownika na poziomie interesów politycznych w regionie jest trudne, czy wręcz niemożliwe. Do czasu, gdy taka inicjatywa jest palcem na wodzie pisana, możemy się spotykać. Kiedy zagroziłaby interesom wielkich graczy pod ich naciskiem zacznie pękać, tak jak stało się to w latach międzywojennych.

Kolejną słabością Międzymorza traktowanego jako inicjatywa polityczna, jest możliwość wykorzystywania go jako czynnika osłabiającego Unię Europejską. Działająca solidarnie Unia jest równorzędnym partnerem dla USA, Chin czy Rosji. Unia podzielona prowadzi do tego, że mocarstwa rozmawiają z Berlinem, graczy pomniejszych traktując przedmiotowo, czy wręcz używając ich do załatwiania własnych interesów z Niemcami lub Francją. Na dodatek polityczny koncept Międzymorza odbudowuje szkodliwy podział na zachód i wschód Europy. Podział, który Polakom przynosił wyłącznie szkody. Stereotyp gorszej Europy przekłada się na przekonanie o większym ryzyku inwestycyjnym, niepewności walutowej i „niższości” cywilizacyjnej naszego regionu. I możemy sobie powtarzać, że to my jesteśmy bardziej dynamiczni, że bronimy dobrej europejskiej tradycji. A w centrach finansowych i decyzyjnych będziemy postrzegani jako ci gorsi. Jeżeli ktoś ma wątpliwości czy stereotypy są ważne, może sobie przypomnieć jak 80 lat temu nikt nie wątpił ze warto umierać za Paryż , a „nie warto umierać za Gdańsk” (Pragę, Budapeszt etc.).

O wiele ciekawszy zdaje się być koncept Śródmorza. Pod pewnymi warunkami. Pierwszym z nich jest potraktowanie tego pomysłu przede wszystkim jako platformy współpracy w dziedzinie budowania infrastruktury łączącej północ z południem. Ogromną słabością polskiej polityki infrastrukturalnej była koncentracja na korytarzu wschód – zachód. Jeden z moich włoskich znajomych pokpiwał kiedyś, że dużym wysiłkiem budujemy połączenia miedzy Niemcami a Rosją. Ale jest to również problem pozostałych państw regionu. Główny korytarz transportowy z północy na południe wiedzie z Grecji przez obszar byłej Jugosławii do Austrii i Niemiec. Kiedy w zeszłym roku podróżowałem samochodem z Turcji do Polski byłem zmuszony posuwać się zygzakiem, po dość marnych drogach natykając się, na dodatek, na zatłoczone przejścia graniczne. Dlatego, że wybrałem trasę przez Bułgarie i Rumunię. Wybierając drogę przez Belgrad i Wiedeń niemal całą trasę ze Stambułu można pokonać po wygodnych autostradach.

Podobnie rzecz wygląda gdy idzie o linie kolejowe, rurociągi i połączenia elektroenergetyczne. Kraje Bałtyckie są dużo lepiej skomunikowane z Moskwą niż z Warszawą, pozostają wciąż w rosyjskim systemie energetycznym a ich koleje jeżdżą po szerokich torach. Budowa gazociągu z Polski na Litwę i Łotwę ciągle jest w planach itd.

Projekt Śródmorza ma jednak jedna niezmiernie istotna słabość. Brakuje w nim Skandynawii. Dlaczego? Bóg raczy wiedzieć. Trzymając się najbardziej uniwersalnego wskaźnika PKB sama Szwecja i Finlandia to blisko 800 mld USD a więc o wiele więcej niż połowa produktu B9. Na dodatek logiczna rozbudowa infrastruktury północ – południe powinna kończyć się w przystaniach promowych Gdańska i przy tunelu Tallin – Helsinki.

W polityce liczy się czynnik czasu. Gromkie ogłaszanie pomysłów na Międzymorze już teraz może wyłącznie doprowadzić do tego, że jego przeciwnicy zmobilizują siły, aby nie dopuścić do materializacji współpracy. A fałszywi przyjaciele uczynią z niego narzędzie do rozbijania UE. Tymczasem bez Unii Międzymorze w ogóle nie ma sensu. Polityczny projekt będzie mógł być w ogóle rozważany tylko wtedy, gdy z Sofii do Warszawy nie trzeba będzie jechać przez Berlin, gdy porządne drogi i rurociągi połączą Odessę z Lublinem, kiedy promy z Gruzji będą pływały trzy razy dziennie do Konstancy i Odessy, gdy z Helsinek do centrum Europy będziemy jeździli via Kowno i Warszawę. Ta lista jest długa. I to ona powinna być zasadniczą troską polityków, o ile traktują pomysł współpracy regionalnej poważnie. Ostatnim elementem tak rozumianej współpracy powinna być rozmowa o współpracy obronnej. Znowu bez silnych armii Skandynawii trudno traktować taki pomysł poważnie.

Międzymorze ma potencjał. Aby był to potencjał pozytywny musi opierać się na solidnej pracy wewnątrz regionu i na pogłębianiu jego związków z Unią i NATO. Zarówno Pekin, jak Waszyngton Trumpa i Moskwa Putina maja wielką chrapkę by używać Międzymorza jako narzędzia do osłabiania jedności Zachodu. Jeżeli ewolucja pójdzie w tym kierunku mamy gwarancję, iż zamiast silnej współpracy regionalnej czeka nas bałkanizacja. Zacznijmy od mniej ambitnego „technicznego” Śródmorza, a wtedy, być może, powstanie Międzymorze.