Milczenie jest złotem
Jerzy Marek Nowakowski 21.01.2019

Najmodniejszym sformułowaniem ostatnich dni pozostaje „mowa nienawiści”. I przyznam się, że gdyby nie najnowsze zapiski moich sąsiadów na stronie WEI: Łukasza Warzechy i Cezarego Kaźmierczaka, pewnie bym o tej modnej zbitce słownej napisał. Niemniej słyszymy o lekcjach w szkole, szkoleniach przedszkolaków i Bóg wie o czym jeszcze. No i oczywiście wezwania do prokuratur, sadów, policji jawnych, tajnych i dwupłciowych aby ścigały, aresztowały i osądzały. Pełna zgoda z Cezarym Kaźmierczakiem, że jeśli tych wezwań by posłuchano, to każda władza uzyska znakomite narzędzie do kneblowania wolności słowa i prześladowania swoich przeciwników. Również grupa najbogatszych, których stać na kosztownych adwokatów i uprawiane pieniactwa sądowego mającego kneblować jakichkolwiek krytyków ucieszy się z nowego narzędzia.

 

Efekt: bloger napisze o polityku – czy ja wiem – „złośliwy gnom”. Dobry adwokat lekko łatwo i przyjemnie udowodni, że jest to mowa nienawiści, a nawet zakładając rozsądek sędziego i oddalenie oskarżenia, to mamy jak w banku dwie apelacje i finansową ruinę mniemanego nienawistnika. A z drugiej strony: polityk powie, że imigranci zbliżają się do naszych granic „niczym armia żarłocznych insektów”. Rzecz jasna dobry prawnik wywiedzie, że mówiącemu chodziło o mrówki, które jak wiadomo są pracowite, a pracowitych ludzi bardzo potrzebujemy. A że żarłoczne, no właśnie dlatego, że pracowite.

Mówiąc krótko, penalizacja słowa w Polsce jest już i tak niebezpiecznie duża (vide słynna sprawa Owsiaka skazanego za użycie słów tyleż grubych co powszechnie obecnych w debacie publicznej). Posiadanie dobrego prawnika, niczym w słynnym amerykańskim powiedzeniu, że nie ma winnych i niewinnych tylko ci, którzy maja dobrego lub złego adwokata, pozwala nękać za dowolne słowa wypowiedziane nawet w windzie.

Zgadzam się więc w stu procentach z tym, że rozszerzanie zakresu represji karnej wobec tak nieostrego pojęcia jak mowa nienawiści będzie wylanie dziecka wolności z brudną wodą ‘złego słowa”.

Nie zgadzam się natomiast z założeniami tekstu Łukasza Warzechy. Tu z kolei mamy do czynienia z odwrotnym procesem. Protestując przeciwko konkretnemu podręcznikowi, skażonemu – nie czytałem, więc jedynie powtarzam ocenę Warzechy – lewackim widzeniem świata, autor broniąc się przed opowiastką o dobrym z definicji „nieheteronormatywnym afroafrykaninie” chciałby zarzucić jakąkolwiek edukację w tej dziedzinie. Bo to i samo pojęcie mowy nienawiści nieostre i do edukowania zdają się zabierać nie ci co trzeba.

Tymczasem o ile wsadzanie do pudła za słowa jest ohydnym zamachem na wolność, o tyle niedostrzeganie, że złe słowo i zły język wyrządzają gigantyczne szkody zarówno konkretnym osobom jak tkance społecznej. I jedynym sensownym sposobem zwalczania tych zjawisk jest z jednej strony jakaś forma działań wychowawczych, a z drugiej konsekwentne obejmowanie infamią towarzyską ludzi, którzy owej mowy nienawiści używają. Bo o ile nie mamy trafnej, prawniczej definicji tego pojęcia, to w codziennym odbiorze znakomicie wiemy gdy mamy do czynienia z mową nienawiści.

Prócz tego warto może zwrócić uwagę na powszechne nadużywanie słów o dużym ciężarze „obelżywości”. Nieliczni, którzy pamiętają „Potop” z lektury a nie z serialu, przypomną sobie scenę, w której pan Zagłoba rzuca w twarz Januszowi Radziwiłłowi „zdrajca, zdrajca, po trzykroć zdrajca”. I martwą ciszę, która wtedy zapadła, i bladą jak kreda twarz Radziwiłła. Aż do bardzo nieodległych czasów była to obelga straszliwa. A kiedy niedawno uczennica, siusiumajtka rzuca taka obelgę wobec premiera polskiego rządu to część środowisk uznaje ją za prawdziwą bohaterkę. I w języku publicznej debaty zdrajcami są teraz niemal wszyscy dla wszystkich. Stało się coś podobnego, jak z pewnym słowem na „k” jeszcze niedawno całkowicie nieobecnym zarówno w przekazie publicznym jak w rozmowach ludzi pragnących uchodzić za kulturalnych. Legitymizowane w kinie, uświęcone nieomal poprzez nagrania z „Sowy i przyjaciół”, właściwie przestało razić. Z ciężkiej obelgi stało się przecinkiem w rozmowie. Takich przykładów znajdziemy niestety dziesiątki.

Jeżeli chcemy „coś zrobić” z mową nienawiści to musimy liczyć nie tyle na rozwiązania prawne ile właśnie na skuteczność wychowania – bo głównym rozsadnikiem nienawistnej narracji jest świat mediów społecznościowych zdominowany przez młodych i bardzo młodych ludzi – oraz na próbę odbudowania autorytetu ludzi stanowiących grupę, która w języku socjologii nazywa się elitą wpływu.

Mieliśmy już po śmierci Pawła Adamowicza popisy medialnych fighterów ze świata polityki, mieliśmy wylew szamba na portalach społecznościowych, itd. Jeżeli tragiczna śmierć prezydenta Gdańska ma doprowadzić do czegoś więcej niż kolejny nawrót pedagogiki kloaki, wyjście jest tylko jedno. Konsekwentna infamia wobec ludzi, którzy nie potrafią się zachować. Konsekwentne odrzucanie mediów rozsiewających nienawiść. System prawny nigdy nie ureguluje wszystkiego, zawsze zajdzie się prokurator uznający swastykę za starożytny symbol (jeżeli użyli go ludzie z którymi jest mu po drodze,) a za chwilę karzący miłośnika militariów, bo miał w domu model Messerschmitta z czarnymi krzyżami na skrzydłach.

Rzecz jasna klucz jest prosty, infamia (a w mediach społecznościowych konsekwentny ban dla chamów i nienawistników) będzie działała tylko w wypadku stosowania jej zarówno wobec swoich „swoich” jak i dla „obcych”. Więcej – wymaga elementarnej uczciwości intelektualnej, oraz (mamy chyba prawo oczekiwać tego od elit) oceny rzeczywistej społecznej szkodliwości czynu. Uważam, że skazanie Jurka Owsiaka za użycie publicznie tak zwanego grubego słowa, było absolutnie uzasadnione. Dlatego, że jest on dla wielu ludzi autentycznym autorytetem. I legitymizuje tym samym może nie tyle mowę nienawiści, ile bluzg w przestrzeni publicznej. Ale tak samo powinny być karane wypowiedzi posłów, artystów czy – generalnie – osób publicznych zawierające obelgi czy pomówienia.

Łukasz Warzecha obawia się, że walka z językiem nienawiści zaprowadzi nas w niewolę głupawej poprawności politycznej. Sam pamiętam, jak rozmawiając ze znajomym w knajpie, w Phoenix w Arizonie użyłem słowa „murzyn” w wersji uznawanej za obelżywą (Nigger), co wynikało raczej z ubóstwa mojej angielszczyzny a nie złych intencji. Mój rozmówca zbladł, rozejrzał się trwożnie dookoła i oznajmił „nigdy tak nie mów bo cię wsadzą”. Od słowa do słowa okazało się, że i wersja łagodniejsza czyli „black” nie jest tolerowana. Postukałem się w czoło, ale lekcję zapamiętałem. Podobnie jak lekcję rozmowy z młodą i rozsądną damą, która mi tłumaczyła, że „W pustyni i w puszczy” powinno być zakazane bo jest skrajnie rasistowskie i seksistowskie.

Ale to właśnie jest zadanie dla elit. Trzymając się rzeczonego „czarnucha” bo tak jest odczytywane słowo nigger, co innego znaczy ono w ustach pijanego farmera wyzywającego swojego czarnoskórego rozmówce a co innego w ustach cudzoziemca któremu wbiło się pewnie do głowy podczas oglądania licznych amerykańskich filmów. W pierwszym wypadku wypada uznać je za mowę nienawiści a w drugim dyskretnie zwrócić uwagę.

Nie chcę być stroną w politycznej wojnie toczonej w cuchnącym kisielu, więc nie będę przywoływał przykładów z naszej polityki. A właściwie przywołam jeden. Oto jeden z medialnych fighterów (w złym tego słowa znaczeniu) senator Bonkowski był uprzejmy o zamordowanym Pawle Adamowiczu powiedzieć, iż był on „piewcą genderyzmu”. Paradoks polega na tym, że mówiący te słowa chciał zelżyć zmarłego. Bo w jego katalogu wartości gender jest czymś fundamentalnie złym. Z drugiej strony w środowisku feministycznym czy lewicowym to samo sformułowanie jest komplementem. I oczywiście gdyby pana senatora oskarżono przed sądem powiedziałby, że użył neutralnego opisu a wręcz komplementu. Co byłoby kłamstwem, gdyż w kręgu odbiorców jego wypowiedzi jest to ciężka obelga.

A dlaczego nie zgadzam się Łukaszem Warzechą? Parę tygodni temu mój czteroletni wnuczek bawiąc się z kuzynem, który mu zabrał zabawkę wpadł we wściekłość. Pomyślał chwilę i wrzasnął: „ty muzułmaninie”. W pojęciu malucha musiała to być najstraszniejsza dostępna obelga. Rodzice zdębieli. I doszli do wniosku, że młody człowiek takie pojmowanie obelg wyniósł był z przedszkola. Dobrego, prywatnego, do którego chodzą dzieci z tak zwanych dobrych domów. Może więc jednak jakaś forma edukacji przeciwko stygmatyzacji i mowie nienawiści jest potrzebna?

Wypada w tym miejscu wrócić do obowiązku elit wzorcotwórczych. Pomimo obrzydliwego hejtu w Internecie dopóki język nienawiści nie uzyskał legitymizacji publicznej w wypowiedziach polityków i dziennikarzy był czymś wstydliwym i najczęściej anonimowym. Gdy stał się normą, ci którzy dotychczas bluzgali i ziali nienawiścią na forach zaczną sięgać po noże czy kije baseballowe. Prawne zakazu tutaj nie pomogą. Dopóki nienawistnik nie będzie miał poczucia, że nie jest akceptowany, będzie posuwał się coraz dalej. Dopóki bluzgacze będą zapraszani do mediów, i na swoim hejcie będą budowali popularność, żadne prawo niczego nie załatwi. Odpowiedzią na mowę nienawiści musi być po prostu pogardliwe milczenie. Tylko tyle i aż tyle.