Mocarstwo mniemane
Jerzy Marek Nowakowski 25.11.2018

Udając mocarstwo, Polacy w swoich dyskusjach o polityce międzynarodowej okazują się niesłychanie prowincjonalni. Nie interesujemy się światem, a jeżeli już jakieś elementy rzeczywistości międzynarodowej przebijają się do powszechnej debaty publicznej, to dotyczą one najczęściej USA, Rosji albo Niemiec. Co gorsza, jak się wydaje, także na poziomie politycznym nasze zainteresowanie (i działania) ograniczają się do tego – dosyć wąskiego – kręgu.

 

W przekonanie twórców polityki i autorów przekazu publicznego, taka koncentracja na największych graczach jest godna naszego poczucia mocarstwowości. W końcu nie po to wstawaliśmy z kolan, żeby teraz pochylać się nad jakimiś małymi państewkami. Nasi partnerzy to ci wielcy i ważni. Maluchom pokazujemy gdzie ich miejsce.

Do tych – przyznaję – nieco szyderczych wniosków skłonił mnie niedawny wywiad Wiktora Juszczenki. Były prezydent i premier Ukrainy zarzucił Polsce brak jakiejkolwiek polityki wschodniej. A był zawsze zwolennikiem ścisłej z nami współpracy. Z jeszcze większą przykrością obserwuję kompletne, proszę wybaczy mało elegancki jeżyk, „olewanie” Armenii.

No dobrze, Ormian lubię, spędziłam tam kilka lat, mogę więc być, i pewnie jestem, nieobiektywny. Tyle tylko, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy na Południowym Kaukazie zachodzą zjawiska nie tylko ciekawe, ale niezmiernie ważne w kategoriach wielkiej polityki. I to tej, która nas bezpośrednio dotyczy.

Pokojowa rewolucja i zmiana systemu władzy w Erywaniu były gigantyczną niespodzianką. Pod wpływem spokojnych ulicznych protestów dotychczasowi przywódcy Armenii zrezygnowali z władzy, którą przejął kompletnie niedoświadczony lider demokratycznej opozycji Nikol Paszynian. Zdarzyło się. Prawie nikt się nie spodziewał, że Paszynian utrzyma się przy władzy dłużej niż parę miesięcy. Nie miał ludzi, nie miał pieniędzy, niezbyt życzliwie patrzyła na niego Moskwa, a Zachód był, delikatnie mówiąc ostrożny pamiętając, że z obietnic składanych przez poprzednie ekipy spełniało się niewiele. Tymczasem sprawując od maja urząd premiera Paszynian zdołał wymienić sporą część elity rządowej, przyłączyć grupę dawnych zwolenników rządzącej Partii Republikańskiej, w imponującym stylu wygrać wybory lokalne w Erywaniu (ponad 70% poparcia) i na koniec wbrew oporowi dużej części dawnych elit doprowadzić do przedterminowych wyborów parlamentarnych. Wyborów, które niemal na pewno wygra.

Do tego należy dodać rzecz nie najmniej ważną, czyli pewną neutralizację niechęci Rosji. Aksamitna rewolucje w Erywaniu nie budziła w Rosji zachwytu. W końcu  hasłem Paszyniana było „wyjście”. Wyjście ze stworzonej przez Moskwę Unii Euroazjatyckiej. I wyjście – generalnie – z rosyjskiej strefy wpływów. Już podczas demonstracji w Erywaniu Paszynian zmienił ton. Spotkał się kilka razy z rosyjskim ambasadorem zapewniając, że Armenia pod jego kierownictwem nie zmieni „geopolitycznego wektora”. Potem kilka razy spotykał się z Putinem, publicznie bardzo wyraźnie wspierając politykę Rosji.

Na pytanie, czy był to sprytny manewr chroniący rewolucję, czy też przejęcie władzy przez Paszyniana było sprytnym manewrem Putina, odpowiedź uzyskamy jak dobrze pójdzie dopiero w przyszłym roku. Pełnego zaufania ze strony Moskwy nie ma. Bez względu na to, czy Rosjanie kontrolują Paszyniana czy nie, sam model przejęcia przez niego władzy budzi w Moskwie uzasadniony niepokój. Pokojowa rewolucja zbytnio przypomina falę rewolucji z początku lat 2000, aby traktować nową elitę ormiańską z zaufaniem. Udało się jednak Paszynianowi doprowadzić do tego, że Rosja nie wsparła jednoznacznie żadnego z jego przeciwników. Choć z drugiej strony próby rozliczania polityków odpowiedzialnych za masakrę pokojowych demonstrantów 1 marca 2008 r. spotkały się z putinowskim pomrukiem niezadowolenia. Do zatrzymanego na kilka dni byłego prezydenta Roberta Koczarniana Putin osobiście zadzwonił z życzeniami urodzinowymi dyskretnie zapominając o przypadających w tym samym czasie urodzinach Paszyniana. Odwołanie byłego szefa sztabu ormiańskiej armii Jurija Chaczaturowa ze stanowiska sekretarza „rosyjskiego NATO” czyli Organizacji Układu o Zbiorowym Bezpieczeństwie (CSTO/ODKB) ciągnęło się parę miesięcy, i jak się zdaje, było możliwe tylko za cenę gwarancji bezpieczeństwa dla generała. No i od kilku miesięcy trwa festiwal upokarzania Ormian, poprzez brak zgody na przedstawienie innego kandydata Armenii na stanowisko sekretarza generalnego – z poparciem Kazachstanu domagają się tego stanowiska Białorusini. Decyzje mają zapaść tuż przed wyborami w Armenii, 6 grudnia. Jeżeli Putin, którego głos rozstrzyga w ODKB, przychyli się do żądań Łukaszenki, będzie to oznaczało jasny sygnał, że ekipa Paszyniana jest co najwyżej tolerowana przez Kreml.

Z drugiej strony podczas niedawnej wizyty na Kaukazie Południowym John Bolton, doradca Trumpa ds. bezpieczeństwa oznajmił, że Stany Zjednoczone są gotowe sprzedawać broń do Armenii. A nawet nie tyle sprzedawać co „dostarczać” co może oznaczać jakąś formę bezpłatnego przekazywania sprzętu.

I tutaj warto może wrócić do spraw polskich. Przed kilkoma laty firma „Lubawa” za zgodą, a nawet zgodnie z sugestią rządu, zainwestowała w budowę swojego zakładu w Armenii. Lubawa produkuje kamizelki kuloodporne, różnego rodzaju sprzęt maskujący etc. Generalnie tak zwany sprzęt defensywny. Inwestycja była od początku solą w oku Rosjan. Robili wszystko, by zakład nic nie produkował, a najlepiej w ogóle wyniósł się z Armenii. Z drugiej strony ekipa Serża Sarkisjana używała zakładu jako straszaka pozwalającego na wymuszanie rosyjskiej pomocy wojskowej (jak nam nie dacie to kupimy od Polaków – czytaj od NATO). Krótko mówiąc nieduża inwestycja była niczym kamyk w rosyjskim bucie. Niby bardzo nie szkodziła, ale uwierała i kosztowała całkiem sporo. Logika relacji zarówno z Rosją, jak z Zachodem, kazałaby wspierać tę inwestycję prywatnej firmy ze wszystkich sił. No bo za swoje pieniądze biznes realizował polską rację stanu. W każdym normalnym państwie inwestor mógłby liczyć na różne formy rekompensaty finansowej i nieustanne wsparcie wszelkich instytucji Państwa. W Polsce nie. Zamiast promować kolejne polskie firmy zbrojeniowe, nawet przy założeniu, że trzeba będzie być może rekompensować straty, mieliśmy ze strony rządu w najlepszym razie milczenie lub sugestie, że ta Armenia to jest „ruska” i nie ma co się wysilać.

Gdyby udało się ruszyć z jeszcze dwiema inwestycjami zbrojeniówki. A było do nich blisko, to dzisiaj powiedzielibyśmy Boltonowi: „już ty jesteśmy, róbmy coś razem”. Skądinąd również wcześniej Amerykanie byli taką współpracą zainteresowani. Tylko my nie potrafiliśmy, dręczeni kompleksami, grać z nimi jak równy z równym.

Przykład Armenii, w której od czasu obraźliwej dla Gospodarzy wyprawy min. Waszczykowskiego nie było w istocie nikogo z Polski (wcześniej zresztą też nie), a gdzie mamy spore aktywa w postaci dużej sympatii ludzi i dość znaczącej imigracji do Polski, jest znaczący. Po rewolucji Paszyniana do Erywania przyjeżdżali: A. Merkel, E. Macron, J. Trudeau z Kanady, J. Bolton, dwa razy zastępcy sekretarza stanu USA, ministrowie z połowy Europy. Polacy tymczasem demonstracyjnie podróżują do Gruzji omijając Erywań. W Gruzji skądinąd tez niczego nie załatwiamy i wygląda to na rytualny taniec na cześć Lecha Kaczyńskiego i nic więcej.

Bo mam wrażenie, że od lat polskie władze nie wiedzą czego chcieć od Wschodu. A generalnie od mniejszych partnerów. Obok deklarowania, że kochamy Amerykę w polskiej polityce zagranicznej jest pustka. Gdzieś tam na zapleczu toczy się urzędnicza dłubanina pod hasłem ratowania resztek naszej pozycji w Europie. Wychodzi to raz lepiej raz gorzej, ale generalnie nasz wizerunek zarówno na wschodzie jak na zachodzie marnieje. I nie ma się co pocieszać, że kwestie wizerunkowe to nie jest realna polityka. Otóż jest. W czasach polityki prowadzonej w mediach i na Twitterze wizerunek państwa jest absolutnie kluczową kwestią. Gęba aroganckiego partnera, który lekceważy mniejszych, pokrzykuje na większych, a płaszczy się przed wielkimi, nawet jeżeli jest nam przyprawiana to może utrwalić się na długie lata.

Do ilu krajów nie jeździmy tylko dlatego, że gdzieś kiedyś był tam zamach terrorystyczny, albo dlatego, że (doskonały przykład to Iran) państwo ma opinię niebezpiecznego. Statystycznie rzecz biorąc ryzyko wypadku samochodowego podczas podroży po Europie jest sporo większe niż bycia ofiarą terrorystów w Tunezji czy Turcji. Ale kiedy wybierałem się na golfa do Egiptu wszyscy pytali: „nie boisz się?”. Stereotyp przekłada się na miliony tego typu pytań i na miliardy niezainwestowanych lub niewydanych pieniędzy.

I rzecz ostatnia. Mocarstwowe nadęcie jest szczególnie szkodliwe w relacjach z małymi państwami. Sami mamy narodowe kompleksy, które każą nam unosić się oburzeniem, kiedy ktoś zupełnie nieistotny (a istotny tym bardziej) nie dostrzega naszej wrażliwości, niuansów naszej historii etc. Oburzamy się, gdy jakaś firma inwestuje nie u nas a – powiedzmy – w Słowacji. To pomnóżmy to polskie wzmożenie razy dziesięć, i będziemy wiedzieli jak nasze faux pas są odbierane w Armenii, Mołdawii, czy dziesiątkach innych państw oczekujących partnerskiego traktowania.

Skuteczna polityka zagraniczna wymaga gry na wielu fortepianach. Wymaga inwestowania w kontakty i dobrze pomyślany PR. Elementarzem jest to, by wiedząc, że ktoś ma wielkie szanse na sukces wyborczy budować relacje z nim przed wyborami, wtedy gdy nie ma stanowisk i tytułów. Elementarzem jest budowanie dobrych relacji ze wszystkimi uczestnikami rocznych konfliktów, po to, by móc we właściwym momencie wystąpić jako mediator, dobrze postrzegany przez wszystkie strony. A przede wszystkim, jeżeli chcemy aby się z nami liczono, systematycznie inwestować w budowanie sieci kontaktów. Co wymaga niedużych pieniędzy, ale systematycznego myślenia.

Narodowym sportem Ormian są szachy. Uczmy się od nich tego, by próbować przewidywać co stanie się w świecie na kilka ruchów naprzód. Być może wtedy nie będziemy musieli co kilka lat zbierać figur porozrzucanych po podłodze, bo ktoś wywrócił szachownicę.