Mysia 5, czy Dzikie Pola, albo Dziki Zachód, czyli jaki będzie internet obywatela
Dariusz Matuszak 05.09.2018

Pierwszy swój tekst jaki blisko 2 lata temu napisałem na blogu WEI poświęcony był Facebookowi, a właściwie cenzurze jaką wówczas zaczynały stosować media społecznościowe i internetowi giganci. Cenzorzy z Facebooka zablokowali wpisy zachęcające do udziału w Marszu Niepodległości. Protestującym przeciwko poczynaniom platformy lewacy, jak Sierakowski, odpowiedzieli: załóżcie sobie swojego własnego Facebooka.

 

Wtedy to były jeszcze pojedyncze incydenty. Później pisałem kolejne o nasilającej się cenzurze, która co do zasad i procedur zaczęła przypominać tę, którą stosowały komunistyczne reżimy. W Polsce centrala funkcjonariuszy prawdy znajdowała się w Warszawie przy ulicy Mysiej 5.

I oto teraz nareszcie dobra wiadomość. Stało się coś, co przeszło niemal niezauważone, a czego znaczenie może być ogromne – i dla wolności słowa i dla rozwoju wszelkich platform internetowych. Oto ponad 100 tysięcy Amerykanów podpisało petycję do Białego Domu zatytułowaną „Chrońmy Wolność Słowa w Publicznej Przestrzeni Cyfrowej”.

W przeciwieństwie do Polski w Stanach Zjednoczonych nie da się wyrzucić 100 tysięcy podpisów do kosza i udać, że ich nigdy nie było. 100 tysięcy oznacza, że administracja Białego Domu ma obowiązek co najmniej odnieść się do petycji. A brzmi ona tak:

„Internet jest współczesną przestrzenią publiczną, gdzie wygrywa i przegrywa się batalie polityczne, gdzie dziennikarze kreują i dystrybuują informacje i gdzie rodzą się ruchy obywatelskie. Tymczasem wolny i otwarty Internet zaczął być miejscem kontrolowanym, cenzurowanym i zmonopolizowanym przez kilka nieponoszących żadnej odpowiedzialności firm. Poprzez blokowanie użytkowników firmy te skutecznie usuwają politycznie niemile widzianych Amerykanów z przestrzeni publicznej. To niszczy nasze wspólne wartości jakimi są wolność słowa i wolność mediów”.

Prezydent powinien zwrócić się do Kongresu, by na podstawie Pierwszej Poprawki o Ochronie Wolności Słowa – uchwalono prawo zabraniające mediom społecznościowym blokowania użytkowników. Prawo do blokowania zgodnych prawem treści powinni mieć indywidualni użytkownicy, a nie Mark Zuckerberg, czy Jack Dorsey (szef Twittera).

Ostatnie zdanie oznacza, że jeśli jakaś treść mi się nie podoba, to sam ją usuwam ze swego pola widzenia i sam ewentualnie blokuję autora, by nie zalewał mnie swymi upławami myślowymi, a nie Zuckerberg, który miałby decydować co jest dla mnie odpowiednie, a co nie.

Oczywiście Biały Dom mógłby zbyć petycję byle gładką odpowiedzią, ale wydaje się, że tym razem tak się nie stanie, i że ruszyła maszyna, która może sprawić, że w skrajnym przypadku media społecznościowe, czy tacy giganci jak Google, czy Amazon przestaną istnieć w kształcie jaki znamy i zostaną np. podzielone. Zwłaszcza, że sam prezydent Trump choćby w wywiadzie dla Bloomberga wskazał, że takie firmy jak Google, Amazon i Facebook „znajdują się w sytuacji”, w której trzeba podjąć działania antymonopolowe. To właśnie, w skrajnym przypadku może oznaczać nawet przymusowy podział firm.

Nie wiem czy pracownicy Facebooka wchodzą na stronę Białego Domu, gdzie jest specjalna zakładka z petycjami, ale pewnie robią to inwestorzy, bo na otwarciu giełdy następnego dnia po złożeniu 100 tysięcy podpisów jego akcje spadły o 3%.

Kluczowe są zapewne najbliższe 2 miesiące przed wyborami do Kongresu i na gubernatorów stanów. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że mamy do czynienia z porozumieniem największych graczy internetowych, by maksymalnie cenzurować i ograniczać dystrybucję treści konserwatywnych i prawicowych. Nowe algorytmy działają skutecznie, ale na oślep, więc ofiarą cenzury oprócz wielu portali i komentatorów prawicowych padli nawet Trump, czy były premier Australii, John Howard, którego konta zostały zablokowane. Oficerowie polityczni siedzący w centralach Twittera, czy Facebooka nie są w stanie ręcznie usuwać takich kompromitujących platformy poczynań. Trump będzie chciał więc co najmniej postraszyć gigantów z Doliny Krzemowej, by ich działania nie ograniczały szans Republikanów w nadchodzących wyborach.

Joseph Farah, założyciel WND – jednej z pierwszych agencji informacyjnych – w internecie wielokrotnie wskazywał na istnienie „cyfrowego kartelu” składającego się z Google, YouTube, Facebooka, Twittera, Applea i Amazon. Firmy miały zawrzeć porozumienie ze skrajnie lewacką organizacją Southern Poverty Law Cente (SPLC), która na ich potrzeby określa co jest mową nienawiści, i które konta usuwać pod pretekstem, że promują rasizm, czy nazizm. SPLC działa więc zupełnie tak jak dzielni chłopcy gryzipióry z Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk na Mysiej 5.

Wiadomo, że taką rolę dla Facebooka pełnią też dziennikarze stacji ABC zajmujący się określaniem tego co jest „fake newsem” oraz finansowana przez Sorosa i prowadzona przez Davida Brocka, jednego z najbliższych współpracowników Clinton, organizacja Media Matters. Na „prośbę” rządu szwedzkiego tacy oficerowie politpoprawności działają już na potrzeby tamtejszego Facebooka.

Cenzura z internetu zaczyna się już przenosić do świata rzeczywistego. Demokratyczny kongresmen Keith Ellison napisał list do szefa Amazon, by firma ta stosowała się do wskazówek lewackiego Southern Poverty Law Center, które miałoby określać które książki dopuszczone byłyby do sprzedaży przez Amazon.

Sprawa jest bardzo poważna. Na szczęście wolność słowa ma potężnego obrońcę w postaci Donalda Trumpa, który twierdzi, że wartość swobody wypowiedzi jest znacznie wyższa niż ochrony przed „fake news” czy tzw. mową nienawiści. To stanowisko dokładnie odwrotne od tego jakie zajmują przywódcy w Zachodniej Europie, jak chociażby Macron, który chce wprowadzenia cenzury w internecie przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w maju 2019 roku.

Ochrona przed fake newsami, którą dla pieniędzy ochoczo wspierają tradycyjne media, to oczywiście obłudna i bezwzględna próba wyeliminowania z dyskusji publicznej wszelkich niewygodnych i niepoprawnych głosów. Jest coś niesłychanie aroganckiego w tym, iż uważa się, że ludzi należy chronić przed kłamstwami, bo sami nie są w stanie ich rozpoznać. I mieliby to robić funkcjonariusze państwa pospołu z funkcjonariuszami tradycyjnych mediów, dla których wolny obieg słowa w sieci stanowi prawdziwe zagrożenie, bo odbiera im przychody.

Oddzielna sprawa to sam koncept tzw. mowy nienawiści, której blokowanie ma oczywiście służyć eliminacji niewygodnej krytyki. Ot wystarczy jako mowę nienawiści określić np. tezę, iż Europa powinna chronić swe granice i nie przyjmować nielegalnych imigrantów.

W epoce pionierskiego internetu w Stanach Zjednoczonych, by dbać o rozwój sieci, przyjęto specjalne przepisy zapewniające ochronę firmom w nim działającym. W największym uproszczeniu polegało to na tym, że firmy internetowe, działały jak infrastrukturalne i nie ponosiły odpowiedzialności za treści zamieszczane przez indywidualnych użytkowników. Inaczej mówiąc, każdy mógł sobie założyć stronę np. na temat Clinton, czy Macrona i kłamać sobie o nich ile wlezie. Odpowiedzialności nie ponosił dostawca platformy, tylko sam autor. Działało to mniej więcej tak, jak sieć telefoniczna, która nie ma prawa decydować o tym co mówimy przez telefon.

Sytuacja nieco się skomplikowała, gdy pojawiły się media społecznościowe, ale i one działają jak firmy infrastrukturalne. Nie dostarczają treści, tylko platformy do publikowania ich przez użytkowników. Tymczasem firmy takie jak Facebook czy Twitter wyszły ze swej roli i stały się redaktorem, recenzentem i cenzorem. Skoro więc działają jak współtwórcy treści, to dlaczego w takim razie miałyby być zwolnione z odpowiedzialności, co zapewniają im przepisy z 1995 roku.

Sprawa ma dziesiątki aspektów. Najbliższe miesiące rozstrzygną o tym jak będzie wyglądała owa publiczna przestrzeń cyfrowa, o której piszą autorzy petycji. Oby była nadal wolna jak Dziki Zachód, albo Dzikie Pola ze swoimi zasadzkami, niebezpieczeństwami i często okrutnymi zasadami.