Narodowy Holding Lodziarski? Czemu nie!
Łukasz Warzecha 23.07.2018

Idą wybory. Ba, nie jedne, ale cały cykl wyborczy. Czasami może to oznaczać coś dobrego – na przykład wycofanie się władzy z jakichś niemądrych decyzji – a czasem wręcz przeciwnie: podjęcie decyzji szkodliwych, które mają na celu zjednanie jakiegoś segmentu wyborców.

 

PiS swoimi działaniami osłabił własną pozycję na wsi. Stało się tak – po pierwsze – za sprawą antywolnościowej ustawy o ziemi, która zablokowała rolnikom możliwość dysponowania ich własnością czy też korzystania z niej w celu zabezpieczenia kredytów. Po drugie – za sprawą nieprzemyślanej (i również antywolnościowej) ustawy łowieckiej, która sparaliżowała szacowanie szkód łowieckich tak bardzo, że trzeba ją było na chybcika nowelizować. Po trzecie – za sprawą ostatecznie zarzuconych właśnie pod wpływem presji przedwyborczej planów likwidacji hodowli zwierząt futerkowych.

Wycofanie się z tego ostatniego to jednak za mało i rząd postanowił uderzyć mocniej, zapowiadając powołanie Narodowego Holdingu Spożywczego. W skrócie – holding ma być czapą nad państwowymi spółkami, zajmującymi się skupowaniem płodów rolniczych i częściowo ich przetwarzaniem. Rzecz jasna, natychmiast pojawiły się skojarzenia z minionym ustrojem, na które zareagował Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa, mówiąc: „Nie ma powrotu do komunizmu. Ja będę pierwszy, który będzie temu przeciwdziałał. Nie ma nacjonalizacji, ustalania przez komitet centralny partii, jak to było za Gierka, ile będzie kosztowało żyto. Działamy w ramach gospodarki wolnorynkowej, otwartej”.

Pięknie. W takim razie czym ma się holding zajmować? „Ceny są głęboko niestabilne. Skoki z roku na rok są ogromne. Wynikają m.in. z podaży tzw. jabłek przemysłowych. Jest to opanowane przez dwie, trzy firmy globalne. Dlaczego nie miałaby być polska firma, która zacznie być operatorem handlującym i sprzedającym ten koncentrat?” – wyjaśnił minister.

Jak to odczytywać? Zastanówmy się: jeśli NHS ma się zając „stabilizowaniem” cen, to oznacza, że jego rolą będzie przeciwstawienie się normalnemu rynkowemu mechanizmowi kształtowania się cen produktów rolnych. Nie ma tu znaczenia, czy te ceny wynikają z podaży jabłek takich czy innych. Mechanizm jest ten sam, od zawsze znany: jeśli czegoś jest więcej, cena tego czegoś jest niższa.

Co oznacza enigmatyczne „stabilizowanie cen”? Nic innego jak kupowanie od rolników ich produktów za sumy oderwane od rynkowej rzeczywistości – za co oczywiście ktoś będzie musiał zapłacić. Jeśli w danym momencie cena kilograma jabłek będzie wynosić, powiedzmy w jednym roku 20 groszy, a w następnym 15 groszy, to NHS będzie je kupować nadal za 20 groszy, żeby „ustabilizować ceny”. A to oznacza, że następnie nie będzie na nich zarabiał lub też będzie zarabiał znacznie mniej niż jakakolwiek prywatna firma, kierująca się zyskiem i cenami, ustalanymi przez rynek. To pomysły jak żywcem wzięte z „Kariery Nikodema Dyzmy”. Państwowy Bank Zbożowy miał działać na niemal identycznej zasadzie. Pozostaje tylko pytanie, kim jest tym razem Krzepicki, który pomysł podrzucił.

Mało tego – ponieważ NHS będzie instytucją państwową, a więc umocowaną politycznie, nietrudno przewidzieć, że będzie obiektem nieustających nacisków ze strony lobby rolniczego, a każda kolejna władza będzie się starała za jego pomocą zaskarbić sobie poparcie rolników i sadowników, dając atrakcyjne ceny skupu. Oczywiście – naszym kosztem. To kolejny etap uprzywilejowania rolników, którzy i tak już są uprzywilejowani (dopłaty w ramach WPR, brak normalnego opodatkowania, KRUS).

Ale logikę, którą w tej sprawie deklaruje władza, można pociągnąć dalej. Rząd powiada: niestabilne ceny powodują, że rolnicy nie mogą sobie zaplanować produkcji, która co jakiś czas (bo przecież nie w każdym roku) okazuje się nieopłacalna. A jeszcze wchodzą w grę czynniki czysto losowe, jak pogoda. Musimy rolnikom pomóc i spowodować, żeby zawsze mogli liczyć na dobre ceny skupu swojej produkcji.

Trudno jednak zrozumieć, czemu ta logika ma dotyczyć jedynie rolników (podobnie jak nie sposób pojąć, dlaczego zakaz niedzielnego handlu objął tylko część jednej branży). Weźmy dziennikarzy. Praca w mediach jest bardzo niepewna w dzisiejszych czasach. W szczególnie złej sytuacji są reporterzy – autorzy klasycznych reportaży, których stworzenie wymaga czasu i pieniędzy. Dlaczego nie powołać Narodowego Holdingu Medialnego, który będzie kupował dziennikarskie materiały za centralnie ustalane ceny, pozwalając w ten sposób dziennikarzom na spokojne życie, z możliwością zaplanowania dochodów na długi czas naprzód?

To samo można powiedzieć o wielu rodzajach usług czy produkcji. Potrzebujemy Narodowego Holdingu Lodziarskiego, który w razie chłodnego lata skupi lody od ich producentów, gwarantując im stabilny zysk. Narodowy Holding Muzyczny powinien zająć się kupowaniem biletów na koncerty, tak aby artyści mieli zawsze zagwarantowany stabilny dochód z biletów. Narodowy Holding Literacki powinien zacząć kupować powieści polskich pisarzy, żeby oddalić od nich przygnębiającą wizję niestabilności finansowej. Narodowy Holding Jachtowy mógłby uwolnić polskich producentów jachtów od zgubnych wahań koniunktury. I tak dalej, i tak dalej. Nie ma żadnego powodu, żeby w tej kwestii wyróżniać rolników. Przedstawiciele każdej z opisanych branż inwestują w swoje zajęcie pieniądze, czas, wysiłek i też mogą polec w starciu z rynkiem. Dlaczego państwo nie przyjdzie im na pomoc? W czym są gorsi od rolników?

Otóż, logicznie rzecz biorąc, oczywiście w niczym. Argument o konieczności „stabilizowania cen” można równie dobrze odnieść do rolników, jak do dziennikarzy, pisarzy, producentów lodów, napojów chłodzących, samochodów itd. Rzecz jasna – wiadomo, że naprawdę chodzi tu jedynie o korzyść czysto polityczną. Niestety, ta korzyść będzie nas kosztować rozregulowanie mechanizmu rynkowego.