Nie ma to jak radość z cudzego „nieszczęścia”. Cieszmy się z odrzucenia przez Brytyjczyków umowy z Unią
Dariusz Matuszak 16.01.2019

O tym jak dużą klęskę poniosła Theresa May i o tym jakie plagi spadną na Wielką Brytanię po tym, jak Parlament odrzucił porozumienie z Unią można przeczytać gdzie indziej, czyli wszędzie.

 

Tutaj sobie pogadamy o tym, że to klęska Unii, dobrodziejstwo dla państw członkowskich, a może i nawet samego Zjednoczonego Królestwa.

Bezpośrednią transmisję z debaty w Parlamencie oglądałem na zmianę w BBC i TVN2 4BiS. Szczególnie ta druga była rozweselająca, a to za sprawą obecnych w studio ekspertów, których nazwiska zapomniałem, bo mózg zdecydował nie rezerwować przestrzeni na pamiętanie o nich.

Powiedzieli to co zawsze: Brytyjczycy stracili rozum, na Wyspy spadną plagi, piąta gospodarka świata załamie się i całkowicie sczeźnie izolowana od reszty globu. Ciężko było gadać, że to manipulacje Putina wpłynęły na członków Izby Gmin, którzy odrzucili porozumienie, więc ten tradycyjny wątek pominięto.

Nawiązując do Apokalipsy nadciągającej na zamieszkałe przez bezrozumnych Brytów wyspy, prowadzący program redaktor Kraśko (świetna konferansjerka), mówił że oprócz tego, że przestaną latać samoloty, to nie będzie można z Wysp wydostać się samochodem, więc przygotowano w Dover wielki parking, gdzie całymi dniami trzeba będzie oczekiwać na przeprawę na drugą stronę Kanału Angielskiego, czyli La Mache, czyli Rękawa.

Od tego wątku zacznę swe rozważania, bo grzecznie się zapytam: gdzie w takim razie na kontynencie jest parking , na którym będą koczowali ci, którzy będą chcieli dostać się na Wyspy? Być może jest niepotrzebny, bo za cały koncept z parkingiem odpowiada ten sam geniusz, który projektował w Jankach zjazd na gierkówkę. Pośrodku jest wielka rabatka, więc zjazd w kierunku Śląska zwężono do jednego pasa, Za to w drugą stronę jak się wjeżdża na Warszawę do dyspozycji są trzy pasy.

Geniusz z Janek najwyraźniej przewidział, że w każdym danym momencie trzy razy więcej ludzi wjeżdża do Warszawy, niż z niej wyjeżdża. Ta przenikliwość została pewnie doceniona, więc stąd koncept z parkingiem. Z pogrążonej w odmętach chaosu Wielkiej Brytanii wszyscy będą chcieli uciekać, a mało kto do niej wjeżdżać.

Ten groteskowy wątek świetnie ilustruje to, iż wszyscy biorą pod uwagę tylko jedną stronę równania: Wielka Brytania – Unia Europejska. May poniosła klęskę, bo negocjowany przez nią układ z pominięciem nawet ministra spraw zagranicznych, został odrzucony bezprecedensową większością głosów, co grozi jej utratą teki premiera (kiedy to piszę nie wiadomo jak potoczą się losy jej gabinetu, ale dla naszych rozważań nie ma to większego znaczenia).

Problem w tym, że May nie negocjowała i nie próbowała zawrzeć umowy sama z sobą. Po drugiej stronie była przecież Unia. To także jej propozycje nie zostały przyjęte. May miesiącami upokarzała się w Unii próbując uzyskać korzystniejsze zapisy w umowie, ale europejscy negocjatorzy okazali się w rokowaniach z nią niezwykle twardzi, tacy „tough guys” i wciąż powtarzali “nie”.

Eurokratom oczywiście nie chodziło o umowę korzystną dla obu rozwodzących się stron, ale o ukaranie Brytyjczyków za to, że mieli czelność opuścić Unię. To było też demonstracyjne przechadzania się z kijem przed stojącymi w pokornym szeregu państwami członkowskimi. Oto co wam się przydarzy jak wychylicie się z szeregu i ośmielicie iść w ślady Wielkiej Brytanii. Kij tymczasem złamał się na plecach Brytyjczyków. I to pierwszy wielki pożytek jaki płynie z odrzucenia przez Brytyjczyków umowy z Unią. Jeśli liderzy państw członkowskich to zrozumieją, to już żadne negocjacje z eurokratami nie będą prowadzone w kornym przyklęku.

Debata w brytyjskim parlamencie na temat umowy była fascynująca z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że fascynująca, po drugie dlatego, że była. Czym w tym czasie ekscytowali się Europejczycy na kontynencie? Niczym. A po co jakaś tam debata nad umową Unii z Wielką Brytanią? A co tam kogo obchodzi co my, europejscy „tough guys” wynegocjujemy w sprawie np. 2 milionów Polaków mieszkających na Wyspach? A niby po co mielibyśmy pytać jakichś tam posłów do Parlamentu Europejskiego o zdanie? Nie po to Europarlament ma niczego istotnego nie robić, żeby teraz miał coś robić. Tak jak jest, jest znacznie bezpieczniej. Taka May musiała się pytać i teraz grozi jej utrata roboty. A my sobie negocjowaliśmy 2 lata, papierem z umową możemy sobie już niedługo zimowe buty wypchać i jesteśmy całkowicie wyluzowani. Nikt nas do żadnej odpowiedzialności nie pociągnie, przed nikim nie musimy się tłumaczyć. Nasza europejska demokracja jest znacznie lepsza niż jakaś tam brytyjska, gdzie jakieś przypadkowe społeczeństwo ma coś do powiedzenia, a jego przedstawiciele w parlamencie muszą się z tym liczyć.

W umowie przedmiotem wielkiej sporu jest tzw backstop. W największym skrócie chodzi o to, że po Brexicie granica pomiędzy Irlandią Północną a Republiką Irlandii miałaby być „twardą granicą” ze wszelkimi jej konsekwencjami. To z kolei złamałoby Porozumienia Wielkopiątkowe zawarte pomiędzy Wielką Brytanią a Irlandią, gwarantujące spokój na Zielonej Wyspie. Backstop miałby zapobiegać powstaniu takiej granicy, ale jego ustaleń nie akceptują Brytyjczycy.

Sprawa zaś jest banalnie prosta do rozwiązania. Wystarczy, że żadna granica na granicy nie powstanie. Brytyjczycy nie muszą jej tworzyć. Sama zaś Unia wystarczy, że w sprawie granicy będzie robiła to co robi od dawna i w czym jest najlepsza, czyli nic. Czyż Unia nie ma wielkiej wprawy w nicnierobieniu ze swymi granicami?

Po odrzuceniu umowy przez parlament snute są różne scenariusze. Najczęściej powtarza się, że najlepszym rozwiązaniem w takim układzie byłoby ponowne referendum. Zaiste najlepsze rozwiązanie. Jego zwolennicy muszą mieć chyba jakąś tajemną wiedzę na temat przyszłego rozstrzygnięcia w kolejnym referendum i spodziewają się głosowania na „nie”. Zakładam, że nie są jak pasażer z pociągu do Baden Baden, który uważa, że podejrzewany jest o głuchotę i nie zależy im by po raz drugi usłyszeć „tak”.

Zasadniczo są dwa możliwe rozwiązania. Powtórny wynik za Brexitem niczego nie zmieni i oznaczać będzie tylko zmarnowanie czasu i energii obywateli. Głusi politycy powtórnie usłyszą „tak” i wciąż będą uważali, że zamiast do Baden Baden jadą do Baden.

Jeśli padnie „nie”, to będzie remis i nie będzie żadnej siły, która powstrzyma związany z tym chaos i przekonania o wielkim oszustwie i manipulacji.

Tak więc jak tylko ktoś znów wspomni o powtórnym referendum, to proponuję szybko zakupić w Chinach kilka kontenerów z żółtymi kamizelkami i jak najszybciej dostarczyć je na Wyspy. Sprzedadzą się świetnie. (Dygresja na marginesie. Jednym z najgłupszych argumentów na rzecz powtórnego referendum jest mówienie, że wielu starszych ludzi, którzy opowiedzieli się za Brexitem już nie żyje, więc ich głos nie powinien już wpływać na to co się dzieje. Ciekawe ile wciąż żyje osób z tych, które na początku lat 70-tych wprowadzały Zjednoczone Królestwo do Wspólnoty).

Dlaczego wynik głosowania w Parlamencie Brytyjskim to świetna wiadomość dla nas i pozostałych państw europejskich?

Przede wszystkim oznacza ono zwycięstwo demokracji. Oto okazuje się, że jest w Europie społeczeństwo, które potrafi przeciwstawić się brukselskiemu dyktatowi. Oznacza, że kij, czy bat, którymi Unia pilnowała swych niepokornych członków właśnie się złamał. Nie da się ich już używać w żadnych przyszłych negocjacjach. Nie da się nimi straszyć. Każdy członek Unii może mieć teraz kij na władców i dwór z Brukseli i wskazać na Brytyjczyków.

Jeśli, jak przewidują niektórzy, co jednak stanowczo odrzuca Emmanuel I „Micron”, dojdzie do ponownych negocjacji w sprawie umowy, to eurokraci będą musieli udać się do Canossy. W pokutnych worach, na kolanach, kornie błagać o wysłuchanie i przebaczenie.

To może oznaczać całkowite odwrócenie socjalistycznego założenia, które towarzyszy funkcjonowaniu Unii. Dotychczas, jak w socjalizmie uważano, że jej pomyślność – instytucji, przekłada się na pomyślność państw członkowskich i obywateli, więc trzeba pokornie służyć przede wszystkim Brukseli. Jest minimalna szansa, że eurokraci wreszcie zrozumieją, że powinno być dokładnie odwrotnie. To pomyślność państw członkowskich przekłada się na pomyślność Unii i to eurokraci mają służyć.

W zderzeniu dwóch wartości, czyli demokracji polegającej na realizowaniu woli ludu, i tej drugiej, czyli europejskiej integracji, ważniejsza jest właśnie demokracja. Złamanie kręgosłupa Brytyjczykom oznaczałoby, że demokracja, jej procedury, wola obywateli nie mają już kompletnie żadnego znaczenia. Dokładnie tak stało się we Francji, Irlandii, Holandii. Wyniki tamtejszych referendów w sprawie Traktatu Lizbońskiego wyrzucono do kosza. Konsekwencje ponosimy wszyscy.

Z takiego przebiegu wydarzeń oprócz mnie, najpewniej najbardziej raduje się niejaka Elżbieta Mountbatten-Windsor. Nie bardzo bowiem sobie wyobrażam, by Z Bożej Łaski Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz innych Jej Królestw i Terytoriów Królowa, Głowa Wspólnoty Narodów, Obrończyni Wiary cieszyła się, że jej poddanymi włada Juncker-drunker.