Nie tęsknić za stanem klęski
Artur Kiełbasiński 21.08.2017

Przez media przetacza się ogromna fala dyskusji dotyczącej stanu klęski żywiołowej – czy takie rozwiązanie wprowadzić na zniszczonych przez nawałnicę terenach Kaszub. Biznes nie powinien tęsknić za takim rozwiązaniem.

Przepisy z 2002 r. dotyczące klęsk żywiołowych mają 2 cechy. Są wyjątkowo proste i nikt ich nigdy nie stosował w praktyce.

Ustawa daje potencjalnie ogromne kompetencje wojewodzie (czasami kosztem np. starostów). A ustawa (art. 20 i nast.) określa też liczne możliwości ograniczania praw obywatelskich, w tym rozwiązania ważne i ryzykowne dla przedsiębiorców. Co konkretnie? Otóż możliwy jest m.in.:
– zakaz prowadzenia określonej działalności gospodarczej
– nakaz prowadzenia określonej działalności gospodarczej
– możliwość „podbierania” pracowników z firm, zmiana godzin ich pracy
– możliwość zajmowania nieruchomości i ruchomości osób prywatnych i firm
– możliwość ograniczania sposobu poruszania się na danym terenie
– możliwość zamrażania cen i reglamentacji towarów
– możliwość wydania nakazu opróżnienia mieszkań lub rozbiórki budynków

I dziesiątki innych. Bardzo restrykcyjnych czasami. Dla biznesu takie obostrzenia mogą być nadzwyczaj uciążliwe.

A jednocześnie gdy już do tragicznego zdarzenia doszło, a wichura ustała, nie ma specjalnych przesłanek, by wprowadzać stan klęski. Samorządy radzą sobie świetnie.

Rodzi się jednak pytanie – czemu od 15 lat przepisów nie zastosowano. Powód jest bardzo prosty. Za wszelkie szkody powstałe w warunkach klęski żywiołowej odpowiedzialność ponosi państwo. Nie ma wówczas miarkowania pomocy i odszkodowań. Trzeba płacić pełne odszkodowania. I dlatego żadna władza, niezależnie od barw politycznych, nie sięgnie po takie rozwiązanie. Może zatem pora zmienić przepis?