Nowy europejski totalitaryzm i wirus brukselski (1/2)
Dariusz Matuszak 23.11.2018

Lech Wałęsa, wówczas jeszcze tylko przewodniczący Solidarności, rozpoczął swe przemówienie przed obiema izbami amerykańskiego Kongresu cytując pierwsze słowa amerykańskiej konstytucji: „My naród”. Dziś w postępującąco postępowej Europie nikt już by tych słów nie użył. Już samo pojęcie „naród” wpisano niemal na indeks słów zakazanych. I nikogo też nie interesuje co jakiś tam lud ma do powiedzenia.

 

Niemal dokładnie 29 lat później w Łodzi w przeddzień Święta Niepodległości do zgromadzonych na Festiwalu Wolności przemawiał Donald Tusk. Powszechnie odebrano to jako zapowiedź powrotu do polityki krajowej i ewentualnego startu w wyborach prezydenckiej, jeśli tylko okoliczności okażą się sprzyjające. Po stronie opozycji wywołało to entuzjazm, po stronie władzy kiepsko skrywane zaniepokojenie. W przemówieniu uwagę przykuło wiele wątków, ale komentowano głownie porównanie obecnie rządzących do bolszewików. Apologeci i wyznawcy teorii, iż PiS to antydemokratyczny reżim, przyjęli ten nieszczęsny zwrot z entuzjazmem, jako najtrafniejsze określenie obecnej władzy. Szybko jednak zamilkli, gdy sam Donald Tusk zaczął się z niego niezgrabnie wycofywać.

Zdał sobie sprawę z tego, że takim bezmyślnym miotaniem obelg tylko zaszkodził. Wcześniej takie wpadki byłemu premierowi się nie zdarzały. Miał to niezawodne wyczucie pozwalające mu twardo grać i używać ostrych słów, ale bez przekraczania granicy, za którą czai się pycha i poczucie wyższości. Cóż więc się stało „temu Tusku”? Moja teoria jest taka: zaraził się brukselskim wirusem, oderwał od rzeczywistości i zapadł na chorobę arogancji. Pewnie uleczalną, ale jednak. A świadczy o tym nie tylko ten nieszczęsny zwrot o bolszewikach, ale także coś zupełnie innego.

Moją uwagę przykuł inny wątek, a mianowicie dotyczący Brexitu i Davida Camerona. Donald Tusk mówił bowiem o lunatycznej, jak to określił, polityce byłego premiera Wielkiej Brytanii. Cóż takiego zrobił ów Cameron? Jako przeciwnik Brexitu chcąc wreszcie pozbyć się wewnętrznej opozycji i ostatecznie przeciąć spory na Wyspach dotyczące obecności w Unii, zarządził referendum, którego wynik doprowadził jego samego do dymisji, a Królestwo do zerwania z Brukselą.

A przecież wystarczyło żadnego referendum nie robić. Wystarczyło zlekceważyć głosy milionów Brytyjczyków domagających się referendum i tak by sobie to małżeństwo Londynu i Brukseli siłą bezwładu trwało. Cameron tymczasem zdał się na przypadkowe rozstrzygnięcie jakiegoś przypadkowego ludu i nie przewidział wyniku. Lunatyk.

Tydzień po wystąpieniu Donalda Tuska wysłuchałem w TVN24 rozmowy trzech ekspertów. Dwóch nazwisk nie zapamiętałem, bo nie warto było. Tym trzecim był były poseł do parlamentu Europejskiego politolog Marek Migalski, pamiętać nie warto. Dyskutowali na temat Brexitu i politycznego chaosu, w którym pogrążyła się Wielka Brytania i bardzo było im miło, bo się ze sobą zgadzali. A taka jedność jak się w trakcie programu okazało to bardzo dobra rzecz.

Po debacie w brytyjskim parlamencie na temat umowy jaką rząd Theresy May wynegocjował z Unią kilku ministrów podało się do dymisji. Podziały wśród Wyspiarzy prawdopodobnie nigdy nie były tak duże. Eksperci oczywiście doszli do wniosku, że owe podziały to wina Brexitowców. To jakoś tam jest nawet logiczne. Gdyby nie mieli swego zdania i całkowicie zgadzali się ze zwolennikami pozostania, to przynajmniej na jednym tle podziałów by nie było. Ekspertom do głowy nie przyszyło, że może by tak euroentuzjaści zrezygnowali ze swej opinii. Też zapanowałby front jedności narodu.

Jeden z ekspertów przedstawił śmiałą tezę, iż cała Wielka Brytania i Unia stały się zakładnikiem kilkudziesięciu członków Partii Konserwatywnej, którzy dążyli do Brexitu. Najpierw więc Cameron, a teraz Theresa May muszą się z nimi męczyć, jeśli nie chcą doprowadzić do rozpadu Partii Konserwatywnej. Gdyby nie oni i lunatyczny Cameron, który przeprowadził referendum na zachodzie byłoby bez zmian.

Trudno o bardziej prostacką i niemal autorytarną wizję świata – taką, w której o losach państw i ludów powinny decydować elity na szczytach władzy. To tam wśród gierek i umizgów na salonach i w gabinetach decyduje się o wszystkim. Zjawisk jakie zachodzą w społeczeństwach z wysokości szklanych wież nie widać. Dla decyzji podejmowanych więc na szczytach nie mają one znaczenia.

Taki stan rzeczy podoba się ekspertom, tak jakby uważali, że gdyby nie grupa krnąbrnych Torysów i lunatyczny premier, to Brytyjczycy w swej ogromnej części radowaliby się z członkostwa w Unii Europejskiej. A nawet jeśli nie, to co to kogo obchodzi. To, że w Brytyjczykach narastałyby niezadowolenie z obecności we wspólnocie, bunt i frustracja, nikogo nie interesuje, bo przecież są jak dzieci, które nie wiedzą co jest dla nich dobre. Krótko mówiąc po co w ogóle pytać jakiś lud o zdanie.

No ale skoro już przydarzyło się to nieszczęście i naród się nieprawidłowo wypowiedział, to według ekspertów, ale i większości europejskich polityków trzeba coś z tym zrobić. Może drugie referendum, może do skutku – aż naród dojrzeje do demokracji i zgodzi się z poglądem światłych przywódców i ekspertów? Przecież w kilku krajach Unii przećwiczono już jak się takie sprawy załatwia. W Holandii i Francji gdzie w referendach odrzucono konstytucję europejską. Wystarczyło ją nazwać Traktatem Lizbońskim i już można było wyrzucić większość głosów i o zdanie więcej narodu nie pytać. Podobnie z Irlandczykami. Raz zagłosowali nie tak jak się eurokratom podobało, to zmuszono ich do ponownego pójścia do urn, by wynik był prawidłowy.

Pomysł ponownego referendum jest bezwstydnie nieustannie międlony. Jego zwolennikom kompletnie nie przeszkadza, iż jest całkowitym zaprzeczeniem demokracji. Podważa zaufanie do samej jej istoty i jakichkolwiek umów i to nie tylko „umowy społecznej” jak państwo definiował Rousseau, ale nawet w znaczeniu cywilnoprawnym. To droga do zakwestionowania każdego wyniku wyborczego. Niby dlaczego nie miałoby się powtórnie wybierać posłów?

Oczywiście nie można wykluczyć, iż matactwami i manipulacjami euroentuzjaści zdołają doprowadzić do ponownego głosowania i nawet do tego, że większość Brytyjczyków opowie się za pozostaniem w Unii. No to będzie remis – raz na nie, raz na tak. I co dalej? Kolejne referendum rozstrzygające? A może do trzech wygranych jak w siatkówce?

Tym wszystkim próbom kwestionowania decyzji ludu towarzyszy tłumaczenie przyczyn głosowania Brytyjczyków za Brexitem. Jest ono najczęściej najbardziej prymitywne z możliwych. Wyspiarze zgłupieli, chcą popełnić samobójstwo, dali się oszukać, nabrać na kłamstwa. Żadnej refleksji na temat tego czym stała się Unia, skoro Zjednoczone Królestwo będące jej drugą potęgą gospodarczą, a piątą na świecie, zdecydowało się na rozwód. Żadnej refleksji nad tym co takiego w Unii jest złe, że tak silny gospodarczo i militarnie kraj, o tak długich i trwałych tradycjach demokracji zdecydował się ją porzucić.

I najwidoczniej wszystko w Unii jest wspaniałe skoro eurokraci chcą wprowadzić rozwiązania, z powodu których m.in. doszło do Brexitu. Jedną z przyczyn była chęć odzyskania przez Wielką Brytanię kontroli nad swymi granicami i nad tym, kto się w niej osiedla. Tymczasem Unia właśnie forsuje pomysł całkowitego ujednolicenia polityki imigracyjnej, prawa azylowego i chce by jej agencja – Frontex sprawowała kontrolę nad wszystkimi zewnętrznymi granicami wspólnoty.

Te uniocentryczne poglądy jakie zaprezentowali Donald Tusk i panowie eksperci to efekt choroby na jaką zapada się pod wpływem jakiegoś brukselskiego wirusa. Trudno mi znaleźć, przynajmniej w przypadku byłego premiera, jakiś fundamentalny powód, dla którego nie tylko tak bardzo zmienił swe poglądy, ale też stracił wyczucie i słuch społeczny, którym zawsze się wyróżniał. Tusk potrafił z ludem rozmawiać i przynajmniej udawać, że go słucha, mimo iż, przyszło mu podejmować bardzo niepopularne decyzje, jak choćby w sprawie emerytur. Okazuje się jednak, iż prawdą jest, że z kim przestajesz takim się stajesz. I tak Tusk w środowisku eurokratów przestał być Gdańszczaninem. Stał się Brukselczykiem.

Wydawałoby się, iż ma szczególne cechy, ale też doświadczenia z własnego życia, by potrafić choćby studzić, czy równoważyć centralistyczne zapędy Brukseli i pomysł budowania Stanów Zjednoczonych Europy. Że skoro pochodzi z kraju, który w ciągu ponad 200 lat cieszył się zaledwie 50 latami niepodległości i wolności i to na raty, to rozumie jak na takie pomysły mogą reagować Słowacy, Chorwaci, Estończycy, Łotysze etc., którzy praktycznie nigdy swego państwa nie mieli. Nigdy nie zdążyli się nim nacieszyć i nasycić. I teraz oto, ledwie po 30 latach mieliby znów je stracić, czy też oddać.

Donald Tusk ani razu nie zabrał głosu w tej sprawie, choć przecież sam jest z takiego „ubogiego w państwowość” kraju. Tak jakby podobała mu się wizja imperium z Emmanuelem I jako władcą na czele. Właśnie o potrzebie zbudowania takiego imperium militarnego i gospodarczego jak Chiny, czy Stany Zjednoczone mówił ostatnio jeden z poddanych Macrona – francuski minister finansów Bruno Le Maire. Coraz nachalniej rojenia o jednym państwie i jednej armii powtarzają też Angela Merkel i Jean Claude Juncker nie mówiąc już o wywrzaskującym w Parlamencie Europejskim pogróżki wobec krnąbrnych byłym premierze Belgii Guy Verhofstadtcie.

Jakie miałoby być owe państwo nietrudno zgadnąć. Choćby dlatego, że wiemy jaka jest Unia i jakie dominują w niej tendencje. Obowiązującym ustrojem, a jednocześnie obowiązującą doktryna polityczną byłaby liberalna demokracja. Ostatnio świetny opowiadał o niej na WEI Tomasz Wróblewski w kolejnym odcinku cyklu „Wolność w Remoncie”.

Ja nazywam tę liberalną demokrację nowym europejskim totalitaryzmem.

 

1/2 – cdn.