O CPK, referendum w Baranowie i pośle upickim Sicińskim
Łukasz Warzecha 20.06.2018

Czy pamiętają państwo historię z czasów głębokich rządów PO, z roku 2012, kiedy to pan Marek Litwiniak poszedł czytać akta swojej sprawy wywłaszczeniowej do Ministerstwa Transportu (taką wówczas nosiło jeszcze nazwę), a nazajutrz odwieziono go do szpitala dla umysłowo chorych na przymusową kontrolę? Warto ją sobie przypomnieć w kontekście budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego.

 

Wynik referendum w gminie Baranów na temat budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego nie jest, mówiąc najdelikatniej, sukcesem rządu. Przy frekwencji 47-procentowej, czyli, jak na polskie warunki, całkiem wysokiej, aż 84 proc. odrzuciło pomysł budowy CPK w rejonie. Referendum nie ma oczywiście mocy wiążącej, ale jest piarowym problemem dla rządu, bo nietrudno przewidzieć, że opozycja zacznie forsować opowieść o tym, jak to zła władza wyrzuca ludzi z ich ojcowizny, nie uwzględniając ich stanowiska. I, czysto formalnie rzecz biorąc, będzie to nawet prawda, bo rząd mieszkańców będzie musiał wywłaszczyć, w ogromnej części wbrew ich woli.

Wynik referendum to również osobista porażka ministra Mikołaja Wilda, który podczas spotkań z mieszkańcami nie umiał ich najwyraźniej przekonać do CPK. Inna sprawa, że ci, którzy głosowali, szczególnych korzyści z jego budowy nie odczują. Wywłaszczeni i wyposażeni w odszkodowania, poszukają zapewne nowych domów gdzieś dalej. Ci, którzy zostaną, będą żyli w cieniu ogromnej inwestycji, a potem gigantycznego przedsięwzięcia komunikacyjnego i nie będzie to życie łatwe. Wątpię, żeby wielu z nich znalazło tam atrakcyjną pracę.

Wszystko to nie oznacza oczywiście, że Polska ma zrezygnować z budowy CPK (nie odnoszę się w tym tekście do wątpliwości dotyczących tego przedsięwzięcia, które zawarłem w jednym ze swoich wcześniejszych wpisów), podobnie jak trudno rezygnować z budowy dróg, zapór czy innych przedsięwzięć, wymagających wywłaszczeń. Warto jednak przy tej okazji postawić pytanie o zasadność takich działań i sytuacje, kiedy wywłaszczenia można przeprowadzić.

Tu wracam do historii opisanej na wstępie. Pan Litwiniak uzyskał dostęp do akt sprawy po bardzo długim oczekiwaniu. Akt było bardzo dużo, przeczytanie ich w jeden dzień było nierealne. Gdy pan Litwiniak spytał, czy może wrócić następnego dnia, w odpowiedzi usłyszał, że będzie musiał od nowa przechodzić całą procedurę uzyskania dostępu do dokumentów. Zdenerwowany nie zdzierżył i rzucił: „To trzeba się podpalić, jak ten człowiek przed Kancelarią Premiera?”. A było to wkrótce po pamiętnym samopodpaleniu pod KPRM. Urzędnik napisał notatkę do policji, policja następnego dnia z samego rana zabrała pana Marka na przesłuchanie, aby wywiedzieć się, czy faktycznie zamierza się podpalić, na przesłuchaniu usłyszała od niego, że przez tę sprawę „odechciewa się żyć”, uznała, że to właściwie potwierdzenie, iż obywatel zamierza pożegnać się z życiem, w następstwie czego prosto z komisariatu pan Marek trafił na pięć dni do psychuszki.

Dlaczego do tego doszło? Szło tam właśnie o wywłaszczenia. Otóż w związku z budową ważnej trasy w Warszawie państwo postanowiło wywłaszczyć pana Marka z parkingu przed jego nieruchomością – i tylko z niego. Jako że nieruchomość miała charakter biurowy, pozbawienie jej miejsc parkingowych czyniło ją praktycznie bezużyteczną, ale tym się już polskie państwo i jego urzędnicy nie przejęli.

Lecz decyzja dotyczyła również mieszkających obok osób i również w ich imieniu działał pan Litwiniak. Ludzie w każdej chwili mogli się spodziewać eksmisji, ale wciąż nie mieli decyzji o odszkodowaniach. Państwo wyrzucało obywateli z ich domów, nie dając im możliwości zaplanowania przyszłości. Ludzie żyli na walizkach i spakowanych kartonach przez ponad rok. Aż tyle, ponieważ ministerstwo nie było uprzejme podjąć decyzji przez 15 miesięcy, mimo że zgodnie z prawem miało na nią maksymalnie 60 dni. Rzecznik resortu tłumaczył potem w TVP Info, że urzędnicy czekali bardzo długo na stanowisko inwestora. Tylko co to obchodzi ludzi?

Przypominam tę głośną swego czasu historię nie dlatego, bym podejrzewał, że obecna władza może się zachować podobnie. Oby nie. Ale casus pana Litwiniaka pokazuje, że państwo nie może niefrasobliwie szafować instytucją wywłaszczenia. Bohater tej opowieści stracił część swojego gruntu, która była mu niezbędna, aby mógł w pełni korzystać ze swojej nieruchomości, ale państwo wyszło z założenia, że pozostawienie go z faktycznie bezwartościowym budynkiem nie jest już problemem.

Gdy mowa o wywłaszczeniach pod znaczące inwestycje infrastrukturalne, zahaczamy o kwestię zasadniczą dla kształtu państwa: gdzie leży granica, której państwo nie powinno przekraczać, stawiając dobro wspólne ponad dobrem indywidualnym? Wiadomo, że nie istnieje żadne uniwersalne prawo złotego środka, ale akurat w tym wypadku trzeba by chyba go jednak poszukiwać, przy czym warto sięgnąć do polskiej historii i zastanowić się nad naturą liberum veto, bo to ono przecież w swoim założeniu było zabezpieczeniem przed podjęciem przez ogół decyzji, mogących szkodzić lokalnej społeczności.

Tyle że – o czym wielu nie pamięta – liberum veto nie było instytucją w jakiś sposób od wieków obwarowaną najdalej nawet idącymi przywilejami szlacheckimi. Przeciwnie – jako zapis prawny nie istniało. Po raz pierwszy z jego pomocą zerwał Sejm – a dokładnie mówiąc: sprzeciwił się wydłużeniu jego obrad – podsędek upicki Władysław Siciński, co stało się dopiero w roku 1652, za rządów Jana Kazimierza. Konsekwencją wyjścia Sicińskiego z sali i jego wyjazdu z miasta była najpierw konsternacja, a potem dorozumiane przekonanie, że wobec nieobecności jednego z przedstawicieli szlachty obrad kontynuować nie sposób.

Niektórzy historycy twierdzą zresztą, że skoro Siciński nie pozwolił jedynie na prolongatę obrad Sejmu, nie było to właściwie veto, a do zastosowania tej zasady po raz pierwszy tak naprawdę doszło jeszcze później, w roku 1669. Józef Szujski w swojej „Historyi polskiej” o postępku Sicińskiego pisze jednak: „Niepraktykowanym dotąd sposobem zerwał go [Sejm] poseł upicki, Siciński, założywszy veto i opuściwszy Warszawę”. Henryk Samsonowicz z kolei nie używa w ogóle pojęcia veto i pisze po prostu o zerwaniu obrad. Jakkolwiek by na to patrzeć, nieszczęsny Siciński został po wsze czasy powiązany z instytucją liberum veto, do tego stopnia, że pojawiły się nawet legendy, jakoby zmarł od uderzenia pioruna, co miało być boską karą za użycie po raz pierwszy instrumentu, który potem przyczynił się do upadku republiki.

W instytucję stosowaną w sposób patologiczny veto zmieniło się jednakże dopiero pod koniec XVII wieku, w wieku XVIII było już nadużywane w sposób ewidentny, stając się zarazem w chylącej się ku upadkowi Rzeczypospolitej źrenicą oka szlachty, uznającej je za istotę polskiej wolności. Co oczywiście nie było prawdą.

Bardzo ostro oceniał veto wybitny historyk Władysław Konopczyński. W swoich pismach wielokrotnie pisał o „Sicińskich” jako synonimie prywaty, dominującej nad dobrem wspólnym. W eseju „Veto a strajk” pisał:

Nieszczęściem dawnej Rzpltej było to, że byt państwowy zależał tylko od dobrej woli jednostek, że ogół nie miał władzy nad częścią, że każdy szkodnik mógł bezkarnie tamować działalność i podcinać życie całości. […]

Narzędziem zniszczenia było liberum veto.

Kto chciał uniknąć płacenia podatków albo wymusić na królu starostwo, tamował obrady; kto chciał się zemścić na królu, ten rwał sejm – mordował Rzpltą. […]

Naprawdę, veto było narzędziem despotyzmu mniejszości, orężem zabójczym w rękach menerów partyjnych, a bardzo rzadko chroniło przed niesprawiedliwością.

Tu warto się zatrzymać – bo Konopczyński, jakkolwiek zagorzały wróg instytucji veta, odnotowuje jednak, jaka była jego pierwotna funkcja. A właściwie nie funkcja samego veta, ale tego, co było jego kontratypem, czyli sejmowej jednomyślności. Ta jednomyślność miała gwarantować, że w wyniku sejmowych ustaleń, korzystnych dla ogółu, nikomu nie stanie się krzywda. Wychodzono z cokolwiek idealistycznego założenia, że szlachta kieruje się nie tylko dobrem partykularnym, ale też dobrem Rzeczypospolitej, a jeśli jakieś rozwiązanie będzie wybitnie niekorzystne dla konkretnej grupy, po prostu się go nie wniesie na obrady. Obowiązek jednomyślności w swej istocie nie brał się z umiłowania anarchii ani lekkomyślności. Jednomyślność miała zabezpieczać przed działaniami krzywdzącymi i niesprawiedliwymi dla choćby części obywateli republiki, a może i, w skrajnych przypadkach, dla całego państwa, bo przecież wystarczyłby jeden sprawiedliwy, aby Sejm wtedy zerwać. Tak zachował się Tadeusz Reytan, poseł nowogródzki, na Sejmie roku 1773, tyle że przekupieni posłowie zamienili wówczas Sejm zwykły w skonfederowany, a na takim zasada liberum veto nie obowiązywała.

Wracając do czasów współczesnych i CPK – gdyby obowiązywały nas zasady z I RP, można by być pewnym, że poseł ziemi baranowskiej postawiłby w sprawie CPK veto. Po naszych doświadczeniach wiemy, że na taki mechanizm zgodzić się nie sposób, a zgodnie z konstytucją posłowie mają mieć na uwadze dobro całej Rzeczypospolitej. Powinniśmy jednak też rozumieć, że w sensie poczucia sprawiedliwości i dobrego potraktowania obywateli byłoby to veto całkowicie zasadne. Jeśli dzisiejsze państwo w imię bono publico decyduje się zadziałać wbrew czyjemuś partykularnemu interesowi, powinno to czynić tylko w ostateczności, a na pewno dbając bardzo o należyte wynagrodzenie indywidualnej krzywdy. Wynik baranowskiego referendum można zatem potraktować jako nieformalne veto, pamiętając, że wzburzenie obywateli Rzeczpospolitej, nierzadko zresztą słuszne, prowadziło do rokoszów. Władza, która obywateli słucha, powinna dać świadectwo, że choć veta uwzględnić w całości nie może, to jednak je słyszy i bierze pod uwagę, na ile to tylko możliwe.