O drukarzu z Łodzi i kurierze z Wrocławia
Łukasz Warzecha 16.06.2018

Sprawa drukarza z Łodzi, przy okazji odrzucenia przez Sąd Najwyższy kasacji prokuratora generalnego do wyroku, uznające go winnym pogwałcenia kodeksu wykroczeń, utonęła w klasycznym ideologicznym jazgocie. Warto odsunąć się na parę kroków i postarać się spojrzeć spokojniej.

 

Nim jednak przejdziemy do spraw ogólniejszych, warto pamiętać, że pracownik drukarni nie dyskryminował swoich klientów ze względu na ich upodobania seksualne czy jakiekolwiek inne cechy osobiste. Nie miały one nic wspólnego z odmową wykonania przez niego usługi. Jego decyzja miała źródło w samym zamówieniu – to ono było sprzeczne z przekonaniami drukarza, bo miało reklamować ideologię całkowicie niezgodną z jego światopoglądem. Można założyć, że gdyby dokładnie te same osoby chciały zamówić u tego samego drukarza, powiedzmy, plakaty o wystawie psów rasowych (czyli wydarzeniu ideologicznie neutralnym), nie byłoby żadnego problemu.

W kontekście tej sprawy przywoływany jest najczęściej artykuł 138. kodeksu wykroczeń który mówi, że ten, kto zajmuje się zawodowo świadczeniem usług i umyślnie, bez uzasadnionej przyczyny, odmawia świadczenia, do którego był zobowiązany, podlega karze grzywny. Jednak znaczenie tego przepisu dla tej i podobnych spraw nie jest jednoznaczne. Istotne tu są dwie kwestie. Pierwsza – co jest uzasadnioną przyczyną, czyli stanowiłoby kontratyp do cytowanego przepisu? Dlaczego nie może nią być rażąca sprzeczność zamawianej usługi z poglądami usługodawcy? Druga – czy faktycznie prywatny przedsiębiorca jest zobowiązany do świadczenia każdemu każdej usługi?

Z drugiej strony istnieje przecież swoboda zawierania umów, gwarantowana kodeksem cywilnym (a dokładnie artykułem 353[1]), o ile ustalone zasady „nie sprzeciwiają się zasadom współżycia społecznego”. Znów zatem pojawia się pytanie: czy odmowa wykonania usługi niezgodnej z własnymi przekonaniami sprzeciwia się zasadom współżycia społecznego czy nie?

Sprawa drukarza sprawiła, że ponownie objawiły się dwa skrajne stanowiska.

Pierwsze reprezentowane jest w tym akurat konkretnym sporze przez lewicę, ale tylko dlatego, że drukarz odmówił pracy dla seksualnej mniejszości. (Zakładam, że gdyby drukarz był aktywistą LGBT, a jego klienci – integrystami katolickimi, lewica zajęłaby stanowisko dokładnie odwrotne). Brzmi ono, że nikt nigdy nie ma prawa odmówić wykonania usługi z powodu swoich poglądów, poza przypadkami, gdzie jest to wprost ujęte w przepisach prawa (lekarska klauzula sumienia).

Doprawdy? Należałoby w takim razie spytać, co powinno się stać, gdyby do drukarza o lewicowych poglądach przyszli przedstawiciele konserwatywnej organizacji i zamówili banner na spotkanie z ekspertem, który twierdzi, że homoseksualizm jest chorobą? Lub jeszcze inaczej: co stałoby się, gdyby do kawiarni, prowadzonej przez „Krytykę Polityczną”, zgłosili się chłopcy z ONR i oznajmili, że chcą wynająć lokal na swoje spotkanie organizacyjne? Czy i tutaj równie ochoczo lewica twierdziłaby, że w żadnym z podanych przypadków odmówić nie wolno?

Łatwo przewidzieć wykręty, jakimi spytani się posłużą. Powiedzą zapewne, że nie można porównywać poglądów politycznych z orientacją seksualną. Ale jaka to różnica w świetle przywoływanego jako argument ostateczny artykułu 138. kodeksu wykroczeń? Poza tym w obu przypadkach mamy do czynienia z czysto ideologicznym nastawieniem – i w organizacjach LGBT, które wyrażają przecież czysto polityczne postulaty, i w przypadku ONR. Porównanie jest zatem jak najbardziej na miejscu.

Drugie skrajne stanowisko w tym sporze zajmują niektórzy prawicowcy. Brzmi ono, że właściciel prywatnego biznesu powinien mieć całkowitą swobodę w świadczeniu usług i że powinien móc ich odmówić, komu tylko chce. Oznaczałoby to jednak między innymi, że muszą się liczyć z tym, iż konserwatywne organizacje będą mieć problemy na przykład z wynajęciem lokali na swoje spotkania, ale także z tym, że każdy przedsiębiorca będzie mógł prowadzić własną politykę obsługiwania tych albo innych. Nietrudno sobie wyobrazić, że gdyby taka właśnie wykładnia swoistej „klauzuli sumienia” została przyjęta, przy obecnej głębokości podziałów wiele biznesów stałoby się dostępnych tylko dla wybranych – tych, którzy światopoglądowo odpowiadają właścicielowi. Mielibyśmy restauracje niedostępne dla lewicowców i dla narodowców. Taksówkarz mógłby wywalić z taksówki Jacka Żakowskiego, jeśli wielbi PiS, a Jacka Karnowskiego, jeśli PiS nienawidzi.

A przecież powstaje jeszcze problem pracowników, którzy właścicielami biznesów nie są, a jedynie pracownikami najemnymi. Czy i oni mieliby prawo do prowadzenia własnej „polityki sumienia” czy może powinniśmy jednak uznać, że mają się podporządkować poglądom pracodawcy?

Pamiętają państwo sprawę „dzielnego kuriera” z Wrocławia? W 2016 roku pracownik firmy kurierskiej (żeby było śmieszniej – niemieckiej, DB Schenker) przywiózł do wrocławskiej siedziby „Gazety Wyborczej” obiektyw dla tamtejszej fotoreporterki, ale odmówił wejścia do redakcji, powołując się na „klauzulę sumienia”. W końcu wyręczył go inny kurier.

Zrobił się szum, „prawicowa” publiczność była zachwycona, a o wysyłanie mejli w obronie „bohaterskiego kuriera” apelował nawet Maciej Świrski, dziś wiceprezes nieszczęsnej Polskiej Fundacji Narodowej. W istocie postawa kuriera nie broniła się w żaden sposób. Po pierwsze – wypełniał zlecenie dla innej firmy i niczego tu nie zmienia nawet to, że prawdopodobnie prowadził własną działalność gospodarczą. Po drugie – dostarczenia sprzętu dla fotoreportera nie sposób uznać za sprzeczne z jakimkolwiek światopoglądem. To całkiem inna sytuacja niż w przypadku drukarza z Łodzi. Poza tym kurier przecież sprzęt dowiózł pod siedzibę wrocławskiej redakcji GW, nie chciał tylko wejść do środka, co było już kompletnym nonsensem.

Zachwyconym mimo to postawą wrocławskiego kuriera warto uświadomić, że gdyby uznać ją za zasadną, uzyskalibyśmy idealne warunki dla zimnej wojny domowej. W wielu przypadkach nie dałoby się wynająć kwatery na wakacje, wsiąść do taksówki, może nawet zatankować paliwa czy kupić gazety bez wcześniejszego ustalenia, czy aby usługodawcy lub sprzedawcy nie przeszkadzają nasze poglądy na jakąś sprawę.

Zwolennicy szerokiego prawa prywatnych podmiotów (bo zgodzimy się, że podmioty państwowe to inna sprawa, wszak wszyscy płacimy na nie w podatkach) do decydowania o tym, kogo chcą, a kogo nie chcą obsługiwać, powinni też odpowiedzieć na pytanie, czy sądzą, że odnosi się to również do wielkich firm, faktycznych monopolistów na przykład w dziedzinie mediów społecznościowych. Przecież dokładnie to robi Facebook, rugując ze swojego portalu choćby ONR. Nie mają prawa? Zwłaszcza że tu można uznać, iż sytuacja – inaczej niż w przypadku kuriera – bardzo przypomina tę z drukarzem w Łodzi. Przecież profil na FB służy wprost do głoszenia określonych poglądów lub organizowania się.

Piszę to wszystko nie dlatego, żebym był przeciwnikiem swobody zawierania umów, lecz aby pokazać, że wbrew łatwym receptom sprawa nie jest ani oczywista, ani prosta. Wydaje się, że granicą wolności przedsiębiorcy powinno być powiązanie wykonania usługi lub sprzedaży towaru z wyraźnym konfliktem światopoglądowym pomiędzy klientem a przedsiębiorcą. Gdyby przyjąć takie założenie, łódzki drukarz mógłby odmówić druku ulotek dla gejowskiej organizacji, ale wrocławski kurier musiałby obiektyw dowieźć. Katolicka szkoła nie byłaby zmuszana do przyjmowania dzieci wojujących ateistów, a lokal, należący do lewicowców, nie musiałby udostępniać sali na spotkanie organizacyjne prawicowego stowarzyszenia. Ale jego właściciel nie miałby prawa nie wpuścić Krzysztofa Bosaka, gdyby ten chciał po prostu zjeść obiad. To chyba wydaje się rozsądne?

W warunkach ostrego politycznego i ideologicznego konfliktu nie powinniśmy, z jednej strony, zmuszać nikogo do robienia rzeczy ewidentnie sprzecznych z jego światopoglądem. Z drugiej jednak musimy mieć świadomość, że pozostawienie tu całkowitej dowolności (i tak niemożliwe w obecnym stanie prawnym) niosłoby z sobą konsekwencje, które codzienne życie mogłyby uczynić trudnym do zniesienia.