O lekarzach i przymusowym patriotyzmie
Łukasz Warzecha 05.05.2018

Sposób myślenia polityka o otaczającym nas świecie – lub przynajmniej sposób, w jaki dany polityk chciałby, abyśmy o nim myśleli – objawia się często w jego pojedynczych, rzuconych gdzieś mimochodem wypowiedziach. Pisałem wielokrotnie, że częścią paradygmatu gospodarczo-społecznego obecnej władzy jest wyrażane gdzieś między wierszami przekonanie, że źli „bogacze” okradali państwo i „zwykłych Polaków”, a więc trzeba wprowadzić rozwiązania, które „bogaczom” ich „bogactwo” odbiorą i rozdzielą je między tych „zwykłych”. Inny wątek, choć ściśle z tym pierwszym powiązany, to umiejętnie, choć dyskretnie podsycana niechęć do „elit”, przy czym ich członkiem może być każdy, kto w jakikolwiek sposób wyszedł poza ramy przeciętności i odniósł sukces – choćby nawet zapracował na niego ciężko i uczciwie.

Lekarze nie są specjalnie lubiani ani przez obecną władzę, ani przez Polaków w ogóle. Działa tu mechanizm przypominający stosunek znacznej części obywateli do sędziów: brak jasnych i skutecznych mechanizmów oczyszczania środowiska plus systemowa niewydolność wymiaru sprawiedliwości (mająca źródło niekoniecznie w złej postawie sędziów, ale też w kształcie kodeksów postępowania) lub publicznej służby zdrowia napędzają złe emocje w stosunku do całości środowiska, a więc również tych, którzy pracują rzetelnie, ciężko i nie zarabiają przy tym gigantycznych pieniędzy. Przy okazji protestu rezydentów parę miesięcy temu objawił się cały ładunek uprzedzeń – dzielnie wspierany rządową medialną propagandą (która zresztą sama się w końcu skompromitowała). O młodych lekarzach na rezydenturze zaczęto mówić jako o darmozjadach, którym dobre państwo funduje studia, a oni, niewdzięcznicy, zamiast położyć uszy po sobie i leczyć ludzi, najlepiej darmo, jeszcze podskakują albo ośmielają się wyjeżdżać na Zachód i tam pracować w lepszych warunkach, lżej i za mniejsze pieniądze.

Szczególnie ta ostatnia kwestia wywołuje emocje, które ostatnio pobudził na nowo premier Morawiecki podczas spotkania w Pelplinie (jest tam, nawiasem mówiąc, przepiękna, majestatyczna katedra pocysterska o średniowiecznym rodowodzie, zabytek ekstraklasy – polecam!). Pan premier stwierdził, że wykształcenie lekarza trwa około dziesięciu lat, a w ciągu ostatnich 20 lat na Zachód wyjechało 30 tysięcy medyków. I tak właśnie – mówił premier – Polska była drenowana.

Analizę tej wypowiedzi zacznijmy od ostatniego stwierdzenia. Pojęcie drenażu mózgów jest doskonale znane. Oznacza sytuację, gdy z jakiegoś kraju do krajów, oferujących lepsze pod różnymi względami warunki pracy i życia, wyjeżdżają najzdolniejsi. Często przekłada się to na wskaźnik migracji netto – takie kraje bywają krajami, z których w ogóle chętnie się wyjeżdża.

Dla kraju, oddającego specjalistów, często wykształconych właśnie za pieniądze podatników, nie jest to oczywiście korzystne. Patrząc jednak z czysto rynkowego punktu widzenia, jest to proces logiczny i racjonalny. Człowiek optymalizuje swoje korzyści, a więc szuka miejsca, gdzie jego umiejętności dadzą mu największe profity. Nie jest przecież tak, że Wielka Brytania, Australia czy Stany Zjednoczone – kraje od lat przyciągające imigrację, w tym wyspecjalizowaną (Australia robi tu szczególnie dokładną selekcję) – kierują się jakąś złośliwością wobec państw, których obywatele emigrują w tych właśnie kierunkach. To nie jest jakiś Kulturkampf ani krzyżowanie polskiego Chrystusa narodów, tylko najprostszy mechanizm rynku pracy, mający swój odpowiednik także wewnątrz kraju. A jednak w wypowiedzi Mateusza Morawieckiego pobrzmiewa całkiem inna nuta, tak jakbyśmy mieli do czynienia z celowym, wrogim i złośliwym przejmowaniem zasobów polskiego państwa.

Oczywiście problem jest, ale podejście do niego może być dwojakie. Pierwsze to praca nad stworzeniem w kraju takich warunków i zachęt, żeby specjaliści sami nie chcieli z Polski wyjeżdżać. Jeśli przypomnimy sobie, że rząd PiS wciąż trwa choćby przy pomyśle zniesienia limitu 30-krotności limitu składki na ZUS, a sam premier mówi o dodatkowym opodatkowaniu „bogaczy”, to widać, że chyba nie zamierza podążać tą drogą. Bo wprowadzenie tego rozwiązania uderzy właśnie najmocniej w specjalistów różnych branż.

Podejście drugie to metoda etatystyczno-zamordystyczna: wymyślić jakiś zakaz lub nakaz, który zwiąże specjalistów na siłę z ojczyzną i w formalny sposób utrudni im wyjeżdżanie. Można odnieść wrażenie, że takiego właśnie podejścia wielu by chciało: zakazać darmozjadom wyjeżdżania, a jak im się zachce wyjechać, to niech spłacają dług przez lata, tak, żeby im się odechciało. Publika ekscytuje się takimi pomysłami. „Jak chcą wyjechać, to niech studia spłacają!” – powtarza w sieci podochocony tłum.

Tymczasem nie istnieje dziś żadna prawna możliwość uwiązania studenta w kraju, a że prawo nie działa wstecz, więc jakiekolwiek rozwiązanie, wprowadzone teraz, dotyczyć by mogło najwyżej tych, którzy opuszczą uniwersytety po jego wejściu w życie.

Nie bardzo też wiadomo, dlaczego postulat przymusowego spłacenia rzekomego długu krajowi miałby dotyczyć akurat lekarzy, a nie każdego studenta, opuszczającego mury publicznej uczelni, a następnie Polskę. Przecież za nasze pieniądze kształcą się na studiach dziennych także historycy, politolodzy, matematycy, inżynierowie, angliści i tak dalej.

Argumentacja o konieczności spłacania jakiegoś długu społeczeństwu też nie trzyma się kupy. Przecież podatnikami są również członkowie rodziny studenta. Dlaczego ich wkład ma być gorszy niż wkład tych, którzy życzą sobie, aby każdy był doktorem Judymem?

Sytuację komplikuje dodatkowo fakt, że system opieki zdrowotnej w Polsce jest co do zasady państwowy. Czyli lekarze są kształceni za publiczne pieniądze, a następnie mieliby „zwracać dług” społeczeństwu, pracując w niewydolnej państwowej służbie zdrowia. A co z tymi, którzy wybierają całkowicie prywatną karierę? Dlaczego zwolennicy wymuszanego patriotyzmu nie zwracają na nich uwagi? Przecież i oni nie spłacają „długu” społeczeństwu. Pracują poza państwowym system, wyłącznie na własny rachunek. Czym to się różni od wyjazdu za granicę? Ba, dotyczy to właściwie każdego, kto kończy „bezpłatne” studia, a następnie zarabia sam na siebie, zamiast pracować na państwowym. Tyle że – pozostając w Polsce – tutaj płaci podatki. Ale nie zapominajmy, że pracujący za granicą na ogół dokonują transferów finansowych do Polski, a te wzmacniają pośrednio polską gospodarkę, zwiększając popyt wewnętrzny, umożliwiając inwestycje czy budowanie firm w kraju. Można nawet założyć, że transfery finansowe są w wielu przypadkach wykorzystywane znacznie racjonalniej niż płacone przez obywateli podatki.

Sytuacja byłaby prosta, gdyby odejść od modelu bezpłatnych studiów. Gdyby każdy musiał za swoje zapłacić, pokrywając choćby część ich kosztów, moralnym szantażystom całkowicie wypadłby z ręki argument. Tu jednak pojawia się pułapka: nie istniejemy przecież w próżni. Gdyby w Polsce studia były płatne, inne kraje, gdzie płatne nie są, kusiłyby najlepszych polskich studentów (którzy zresztą i tak w ogromnej części wyjeżdżają – wystarczy poczytać, jakie plany mają laureaci corocznego konkursu Matura na Sto Procent). A nawet, gdyby były tam płatne, zawsze znalazłyby się firmy i instytucje, gotowe za nie zapłacić, byle przywiązać potem młodych Polaków do siebie. Zatem bezpośrednia odpłatność za studia, które w Polsce są wciąż na ogół marnej jakości, mogłaby być na tym etapie strzałem w stopę. Mimo to wydaje się to jedynym logicznym kierunkiem. Na pewno natomiast kontrproduktywne byłoby rozwiązania, wymuszające na absolwentach tego czy innego kierunku pozostawanie w kraju pod groźbą finansowej kary. Wątpliwa byłaby zresztą zgodność takiego pomysłu z prawem w sytuacji, gdy kształcenie na publicznych uczelniach wyższych na studiach dziennych jest oficjalnie bezpłatne.

Zwolennikom przymusowego wiązania studentów z Polską przypominam, że patriotyzmu nie da się na ludziach wymusić. Nie da się go wzbudzić, zmuszając ich do nieefektywnego wykorzystywania własnych umiejętności. Wręcz przeciwnie – tak można pobudzić jedynie niechęć wobec własnego państwa i skłonić najzdolniejszych do ucieczki. Patriotyzm polegać powinien na tym, aby tak ulepszać własne państwo, aby najlepsi chcieli w nim zostawać z własnej woli.