O paleniu w aucie, równi pochyłej i ślepocie
Łukasz Warzecha 23.05.2018

Na blogu WEI pisałem kilkakrotnie o tym, że gdy państwo raz przyzna sobie kompetencje do uszczęśliwiania i „chronienia” obywateli, traci umiar w tworzeniu kolejnych regulacji. Wskazywałem, że groźny jest mechanizm, w ramach którego państwo (a w istocie politycy) udziela sobie prawa do regulowania życia obywateli wszędzie tam, gdzie w związku z ich postępowaniem ponosi jakieś koszty – w celu, jakżeby inaczej, ich zmniejszenia.
Niestety, paternalistyczne państwo nie ustaje w zamiarach uczynienia naszego życia bezpieczniejszym, lepszym i przyjemniejszym – nawet jeśli kompletnie sobie tego nie życzymy, nie dążymy do pełnego bezpieczeństwa oraz co innego uważamy za lepsze i przyjemniejsze. Oto w toku konsultacji społecznych prowadzonych przez Ministerstwo Zdrowia w związku z nowelizacją Ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych pojawił się postulat, aby zabronić palenia w prywatnych samochodach, gdy przewożone są nimi dzieci. Postulat, jak to zwykle bywa, motywowany szczytnie i działający na emocje – bo zdrowie, bo dzieci i tak dalej. W dodatku w samochodzie, inaczej niż w mieszkaniu, nie da się przed dymem schować. Pozornie zatem rozwiązanie godne poparcia. Ale tylko pozornie. To bowiem klasyczny przykład wiary w to, że świat da się uczynić lepszym i szczęśliwszym za pomocą ustaw.
Pierwsza kwestia to egzekucja prawa. Nie trzeba specjalnej przenikliwości, żeby uświadomić sobie, że jest to przepis, poza pojedynczymi sytuacjami, nieegzekwowalny. Chyba że doposażymy policję w jakieś czujniki dymu, dzięki którym da się udowodnić ponad wszelką wątpliwość, iż zatrzymany właśnie kierowca przed momentem palił papierosa, przewożąc dziecko. Jednak przypadki zatrzymania i ukarania z tego właśnie powodu byłyby zapewne pojedyncze, może poza pokazowymi akcjami. I oczywiście poza koniecznością podreperowania statystyki, co wciąż wyznacza sposób działania policji, zwłaszcza drogówki. Ale wtedy i tak najlepszym sposobem jest zaczajenie się z „suszarką” gdzieś w szczerym polu, będącym formalnie obszarem zabudowanym.
To jednak mniej istotny powód, dla którego pomysł jest fatalny. Ot, mielibyśmy kolejne martwe prawo, jedno z dziesiątków tysięcy. Posłowie mogliby się pochwalić, że dbają o zdrowie najmłodszych, a wnioskodawca czułby się uszlachetniony realizacją swego znakomitego pomysłu. Nihil novi.
Przede wszystkim jednak groźny jest sposób myślenia, stojący za propozycją. Niestety, już wdrażany przez rządzących, jeśli przypomnieć sobie choćby zapis w nowym prawie łowieckim, zabraniający zabierania dzieci na polowania. Czyli wkraczający głęboko w kompetencje rodziców i prawdopodobnie łamiący ich konstytucyjne prawo do wychowywania potomstwa zgodnie ze swoimi przekonaniami. Można oczywiście powiedzieć, że jest różnica: udział dziecka w polowaniu to nie to samo co trucie go w samochodzie z powodu własnego nałogu. Ale przecież uzasadnienie ustawodawcy jest identyczne jak wnioskodawców zakazu palenia w samochodach: chodzi o dobro i zdrowie dziecka. W pierwszym przypadku psychiczne, w drugim – fizyczne. To ma uzasadniać wkroczenie w sferę prywatności i autonomii obywateli.
To myślenie ogromnie niebezpieczne. Zakaz udziału dzieci w polowaniach prowadzi wprost do kolejnych podobnych zakazów. Dziś władza, mająca szmergla na punkcie ekofanatyzmu, sekuje myśliwych i zabrania im oceniać samemu, czy ich dzieci są wystarczająco dojrzałe, aby poznać łowieckie obyczaje. Jutro inna władza, mająca szmergla antyreligijnego, korzystając z już ustalonego sposobu myślenia, uzna, że niedopuszczalne jest posyłanie na lekcje religii dzieci, których rozeznanie nie pozwala im świadomie decydować, czy chcą być wierzące czy nie. Rzekoma prawica, a w gruncie rzeczy antywolnościowi etatyści, tworzący kolejne regulacje, nie dostrzegają, że legitymizują nimi przyszłe działania innych rządzących, którzy uderzą w wartości dla tychże etatystów istotne.
W przypadku ewentualnego zakazu palenia przy dziecku w samochodzie działałby ten sam mechanizm. Skoro dorosłym należy ustawą zabronić szkodzenia dziecku poprzez zmuszanie go do wdychania dymu papierosowego w samochodzie, to dlaczego nie w domu? Przecież nie każde mieszkanie jest dość duże, żeby było się gdzie przed dymem schować. Może zatem wprowadzić zakaz we wszystkich mieszkaniach poniżej określonego metrażu lub poniżej określonej liczby izb? Idźmy dalej: skoro rodzice tak bardzo mogą szkodzić własnym dzieciom, że państwo musi je przed tym chronić, to dlaczego nie zdefiniować obowiązkowej diety dla dzieci lub przynajmniej nie wprowadzić kar dla rodziców, którzy, powiedzmy, zbyt często zabierają swoje pociechy do fastfoodów? Że to trudne do wyegzekwowania? Nie bardziej niż zakaz palenia w samochodzie. Zawsze zresztą można powołać jakąś Narodową Inspekcję Dietetyczną, przy okazji tworząc kolejne miejsca pracy.
Idąc do władzy, PiS zapowiadał, że ograniczy możliwości odbierania rodzicom dzieci z błahych powodów. Tymczasem poprzez regulacje takie jak prawo łowieckie wkracza w sferę rodziny mocniej niż poprzednicy. Nietrudno sobie wyobrazić, że sąd rodzinny może uznać, iż rodzicowi, który jednak zabrał dziecko na polowanie, trzeba ograniczyć prawa rodzicielskie. Gdyby do ustawy wszedł zakaz palenia przy dzieciach w aucie, mielibyśmy kolejny pretekst dla sądowych ingerencji w rodzinę.
Oczywiście mówimy na razie o pomyśle, który pojawił się w trakcie konsultacji i niekoniecznie musi trafić do ustawy. Obserwując jednak, jakim paradygmatem w relacjach państwo-obywatel kierują się rządzący, można mieć poważne obawy, że wniosek trafi im do przekonania.
Powie ktoś, że błędem jest walka z paternalizmem państwa poprzez ekstrapolację reguły slippery slope – równi pochyłej. Doprawdy? Czy istnieje jakikolwiek dowód, że jest jakaś nieprzekraczana granica, której nie przekroczy władza przekonana, że obywatele nie są w stanie dobrze pokierować swoim życiem sami? Czy zakres regulacji, jaki dziś istnieje, nie jest wielekroć większy niż ten sprzed dziesięciu czy dwudziestu lat? Dowody na to, że zasada równi pochyłej działa, mamy przed oczami. Wielu z nas jest jednak zbyt ślepych, żeby je dostrzec.